Teoria Kołodki

Teoria Kołodki

Dodano:   /  Zmieniono: 
Ekonomiczne absurdy głoszą nie tylko kiepsko wyedukowani populiści, ale i profesorowie
Najlepszy sposób w Polsce na zrobienie kariery, nie tylko politycznej, polega na składaniu obietnic i sugerowaniu rozwiązań łatwych, lekkich i przyjemnych, umożliwiających bez wysiłku natychmiastowe osiągnięcie amerykańskiego dobrobytu. Autorami owych obietnic są dwie grupy osób: populistyczni politycy, których nie do końca tłumaczy głupota i brak wykształcenia, oraz nieodpowiedzialni profesorowie ekonomii. Ci drudzy są nawet bardziej niebezpieczni. Ich wypowiedzi tworzą bowiem alibi dla "Kaszpirowskich polskiej polityki".

Ekonomia wedle Leppera i LPR-a
Andrzej Lepper zapytany o sprawę posłanki Danuty Hojarskiej, której hobby polega na braniu i niespłacaniu kredytów, powiedział w programie "Linia specjalna", że "kredyt to przecież umowa banku i dłużnika. Jeżeli dłużnik kredytu nie spłaca, to bank powinien mu pomóc". Mamy zatem pierwszy pomysł z długiej serii cudownych recept na rozwój gospodarczy - to banki powinny spłacać pożyczki pani Hojarskiej i innych dłużników.
W sukurs Samoobronie przychodzi Liga Polskich Rodzin mająca wiele pomysłów na cudowne rozmnożenie pieniędzy. Już w swoim programie wyborczym proponowała oparcie polityki monetarnej na dwóch zdrowych zasadach: zniesieniu ograniczenia wysokości długu publicznego i zniesieniu zakazu kredytowania budżetu przez NBP. Wprowadzenie tych zasad wymaga jednak nowelizacji konstytucji, a ojciec Rydzyk kwalifikowanej większości w parlamencie jeszcze nie ma. Być może dlatego przyjaciele naszych rodzin skoncentrowali się na postulacie "wykorzystywania rezerw walutowych do finansowania wzrostu gospodarczego". Jest to bzdura tak wielka, że student dowolnego kierunku, na którym choć przez semestr wykładana jest ekonomia, powinien za jej głoszenie wylecieć za drzwi. Ponieważ jednak pomysł nieźle się sprzedaje, wypada wyjaśnić, że tego uczynić nie można, bowiem dewizy znajdujące się w NBP już raz na krajowym rynku zostały wydane. NBP, skupując dolary czy marki, emituje w zamian dodatkowe złotówki i wydawanie owych dolarów po raz drugi byłoby - po prostu - drukowaniem pustego pieniądza.

Instrument Kalinowskiego
Z pomysłami opozycji jest mniejszy kłopot, bo w naturalny sposób mają one nikłą szansę na realizację. Gorzej z projektami cudów zgłaszanymi przez partie rządzące. PSL (oczywiście Samoobrona i LPR też) od dawna domaga się zaprzestania prywatyzacji polskich banków. Dlaczego? Wicepremier Kalinowski wyjaśnił to niedawno w wywiadzie radiowym z rozbrajającą szczerością. Powiedział mianowicie, że rząd musi mieć instrument, za którego pomocą będzie prowadzić politykę gospodarczą. Idzie zatem o to, by banki przestały udzielać kredytów podmiotom gotowym się zgodzić na płacenie istniejących odsetek i zaczęły dawać je, wedle niższej stopy, firmom wskazanym przez władzę. Kogo wskaże władza - nie wiadomo. Wiadomo jednak, jakie może to mieć konsekwencje dla gospodarki.

Reguła Łazarka
Zgoda, to są pomysły szalone. Dlaczego jednak przeciwko nim nie protestują ekonomiści? Większość zapewne dlatego, że stosuje się do tzw. reguły Łazarka (ten znany trener piłkarski powiedział kiedyś "z koniem kopać się nie będę"), czyli uważają, że polemika z idiotyzmem jest bezsensowna. Ta strategia sprawia jednak, że tym bardziej słychać głosy profesorów, którzy w istocie mówią to samo co Lepper, a dodają do tego jeszcze pozór naukowości. Nie mówię tu o prof. Kazimierzu Poznańskim, bo jego poglądy są wdzięczniejszym polem analizy dla psychiatrów niż ekonomistów, ale o naszych dyżurnych antymonetarystach: Grzegorzu Kołodce i Andrzeju Sopoćce.
Wizja historii gospodarczej ostatnich lat wedle Grzegorza Kołodki jest następująca: "W rezultacie wadliwej polityki ekonomicznej, zwłaszcza strukturalnej i finansowej, w sumie podczas ośmiu lat - 1990-1993 oraz 1998-2001 - PKB zwiększył się w granicach błędu statystycznego, bo zaledwie o mizerne 1 proc., natomiast w czteroleciu 1994-1997 aż o 28 proc.! Niestety, wskutek schładzania uległ on wpierw ostremu wyhamowaniu, a później - na wiosnę i latem 2001 r. - drastycznemu załamaniu. I tak oto... uzyskano wzrost w sumie tylko o 15,4 proc.". Diagnoza i recepta, jak widać, taka sama: za mało pieniędzy. Gdyby w latach 1998-2001 drukowano ich więcej, tempo wzrostu byłoby większe i każdy Polak - jak wyliczył profesor - miałby "miesięcznie realny dochód większy o 100 dolarów".
Profesor Sopoćko posuwa się o krok dalej i imiennie wskazuje winnego (oczywiście RPP i stopy procentowe). Pisze bowiem w "Rzeczpospolitej": "Nasze stopy procentowe należą do najwyższych na świecie. Otóż skoro gospodarka znalazła się na krawędzi kryzysu, problem inflacji, a więc nadmiernego popytu wewnętrznego, ma drugorzędne znaczenie. Trzeba, nawet za cenę rezygnacji z ambicji antyinflacyjnych, pobudzić inwestycje... Aby jednak inwestycje wzrosły, trzeba zablokować efekt wypychania, tj. zastępowania kredytów inwestycyjnych przez papiery skarbowe".

n Epigoni Keynesa
Wiedząc, że ekonomia jest nauką w miarę ścisłą, w której co roku przyznaje się Nagrody Nobla, czytelnik ma prawo zapytać, czy poglądy panów profesorów Kołodki i Sopoćki są zgodne z owym głównym podręcznikowym nurtem teorii ekonomicznych. Sprawa cała sprowadza się do tzw. sporu o neutralność pieniądza, czyli do tego, czy wstrzyknięcie do gospodarki dodatkowych pieniędzy może spowodować zmiany wielkości realnych (produkcja i zatrudnienie), czy też powoduje jedynie zmiany cen i siły nabywczej. Teza o nieneutralnym charakterze pieniądza wywodzi się od Johna Maynarda Keynesa (i jeszcze bardziej od jego wulgarnych epigonów). Niestety, nie została potwierdzona i główny nurt ekonomii chyłkiem się z niej wycofał.

Uwaga na manipulację!
Czytelników trzeba także przestrzec przed ewidentnymi manipulacjami - twierdzeniami ekonomii, danymi i terminami - jakie uprawiane są przez nasze słynne duo. Profesor Kołodko, gdy pisze o "polityce schładzania", nie różni się od - na przykład - Jarosława Kalinowskiego. Różnić go powinno to, że jego obowiązkiem jest wiedzieć, iż "polityka schładzania" polega na redukcji popytu. Tego zaś w Polsce nie było. Było zmniejszanie tempa wzrostu (rozdmuchanego do absurdalnych rozmiarów) popytu. A to nie to samo.
Grzegorz Kołodko lubi także wieszczyć "koniec monetarnej ortodoksji". Brzmi to mocno, choć jest piramidalną bzdurą w sferze faktów, logiki, słów i emocji. Termin "ortodoksja" wywodzi się od greckiego orthos (słuszny, prawdziwy). Już z tego widać, że nie może być mowy o końcu prawdy. I tu mamy nadużycie logiczne i językowe. Emocjonalne polega na odwołaniu się do specyficznie polskiego sensu terminu "ortodoksyjny" znaczącego tyle, co dogmatyczny.
Z kolei prof. Sopoćko najpierw wielce frywolnie obchodzi się z danymi, następnie pomija płynące z nich wnioski, a na końcu wykonuje typową "stójkę na dwunastnicy". Stawiając śmiałe tezy, że Polska ma najwyższe stopy procentowe na świecie i że obniżka stóp jest zabiegiem pozbawionym ryzyka, wymienia trzy kraje: Meksyk - z realną stopą 2,5 proc., Turcję z realną stopą minus 11 proc. i Argentynę, która między marcem a majem obniżyła realne stopy z 18,1 proc. do 8,61 proc. Wszystko to prawda, tyle że na tych krajach lista się nie kończy. To raz. Meksyk ma stopę wzrostu produkcji przemysłowej minus 3 proc., a więc jakoś mu - podobnie jak Turcji - niskie stopy nie pomagają. A czym zakończyła się "kuracja stopowa" w Argentynie, każdy może przeczytać w prasie codziennej.

Więcej możesz przeczytać w 46/2001 wydaniu tygodnika e-Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0