Płać i wymagaj!

Płać i wymagaj!

Dodano:   /  Zmieniono: 
Płatne studia w szkołach niepaństwowych są szansą głównie dla średnio i słabo zarabiających
Uczestniczyłem niedawno w zorganizowanej przez jedną z komisji sejmowych konferencji na temat przystosowania naszego szkolnictwa wyższego do warunków Unii Europejskiej. Zjechało się na nią kilkudziesięciu rektorów uczelni państwowych i prywatnych. Poproszono mnie o skomentowanie wystąpienia resortowego wiceministra, który przedstawił w nim "osiągnięcia" ministerstwa, zwłaszcza w dziedzinie zwiększania kontroli jakości szkolnictwa prywatnego, które - jak stwierdził - nie zawsze odpowiada standardom jakościowym.
Zgroza, można powiedzieć. Oto uczelnie prywatne, dzięki którym potroiliśmy notabene liczbę studentów w czasie zmian ustrojowych, śmią dzielić się na lepsze i gorsze! Przypomniałem więc audytorium, że - jak każdemu wiadomo - jest to cecha wszystkich szkół wyższych, we wszystkich krajach. Jeszcze w komunizmie "chadzał" dowcip, jaka jest różnica między Uniwersytetem Jagiellońskim a Uniwersytetem Robotniczym (były takie, organizowane przez ówczes-ną partyjną młodzieżówkę). Odpowiedź: "Taka jak między Alma Mater i k... mać". Nie będę się wdawać w porównania, które uczelnie państwowe najbardziej odstają od UJ. Idzie jedynie o przypomnienie oczywistości, że w Polsce mamy (i mieliśmy) uczelnie państwowe lepsze i gorsze.
Udawanie, że jest inaczej i że problemy zróżnicowania dotyczą tylko uczelni prywatnych, jest częścią zauważalnej nagonki na sektor prywatny w szkolnictwie wyższym. Jednych kłuje w oczy to, że za naukę na uczelniach prywatnych (czy szerzej - niepaństwowych) studenci płacą; innych zżera zawiść, że niektórzy potrafią zarobić kilkakrotnie więcej, pracując na dwóch, trzech uczelniach. W każdym razie sojusz socjalistów i zawistników ostro zmierza do nałożenia kagańca na szkolnictwo niepaństwowe.
Uważam, że warto powtórzyć szerokiemu gronu czytelników to, co powiedziałem na tejże konferencji o różnych konsekwencjach finansowych istnienia dobrych i złych uczelni państwowych i prywatnych. Otóż uczelnie prywatne, jak wszystkie firmy na rynku, zależne są od popytu na ich usługi. Z upływem czasu dobre uczelnie, których absolwenci są poszukiwani i łatwo znajdują dobrą pracę, będą zyskiwać studentów, a słabe, bez takich osiągnięć, będą studentów tracić i - nazywając rzeczy po imieniu - bankrutować, wypchnięte z rynku przez konkurencję.
I tym właśnie różnią się kiepskie uczelnie państwowe od kiepskich uczelni prywatnych, że w odniesieniu do tych ostatnich rynek dokonuje selekcji. Tymczasem te pierwsze trwają w nieskończoność. Mogą mieć jak najgorszą markę wśród studentów i edukacyjnego establishmentu, ale będą trwać, bo takie są realia politycznej alokacji zasobów. Zawsze znajdą się politycy, którzy będą walczyć o utrzymanie "ich" uczelni, podobnie jak zawsze znajdą się politycy, którzy będą walczyć o utrzymanie przy życiu "ich" huty czy cukrowni...
Warto o tym pamiętać, szczególnie w okresie kryzysu finansów publicznych. Moglibyśmy bowiem mówić o równoważności uczelni państwowych i prywatnych, gdyby z powodu trudności budżetowych resort zdecydował się zamknąć na przykład pięć najgorzej sprawujących się uczelni państwowych, wnosząc w ten sposób swój wkład do zmniejszania luki budżetowej. A że tak nie jest, wszyscy - jak zwykle - dostaną trochę mniej: i dobrzy, i kiepscy. W rzeczywistości jest znacznie gorzej, bo resort edukacji pod naciskiem polityków mnożył ostatnio państwowe uczelnie jak króliki na wiosnę.
Nie tylko złe uczelnie prywatne różnią się od złych uczelni państwowych, ale także dobre uczelnie prywatne różnią się od dobrych uczelni państwowych. Przede wszystkim składem społecznym swoich studentów. Dzieci najlepiej wykształconych i najlepiej zarabiających rodziców jak zawsze będą miały łatwiejszy dostęp do darmowych najlepszych państwowych uczelni i będzie ich tam znacznie więcej niż innych. Ciekaw jestem, kiedy wreszcie gorzej sytuowani wyborcy zrozumieją to, co ekonomiści wiedzą od dawna, że bezpłatne wyższe studia są transferem od gorzej do lepiej sytuowanych i płatne studia są w ich najgłębszym interesie?
Deepak Lal, Hindus, profesor Uniwersytetu Kalifornijskiego w Los Angeles, cytuje w swojej książce "Niezamierzone konsekwencje" (MIT Press, 1998 r.) wyniki badań przeprowadzonych w czterech średnio rozwiniętych krajach Azji i Ameryki Łacińskiej dotyczących korzystania z zasobów edukacyjnych. Otóż w Chile, Kolumbii, Malezji i Indonezji studenci z 25 proc. najlepiej zarabiających rodzin wykorzystywali od 51 proc. do 83 proc. wszystkich wydatków publicznych na szkoły wyższe, podczas gdy studenci z 40 proc. najmniej zarabiających rodzin korzystali z tychże wydatków w 6 proc. do 15 proc.! Przypuszczam, że w Polsce proporcje są jeszcze gorsze. Płatne studia w szkołach niepaństwowych są u nas szansą przede wszystkim dla średnio i słabo zarabiających. Utrudnianie życia szkołom prywatnym godzi właśnie w szanse życiowe słabszych ekonomicznie warstw społecznych.
Mitologia bezpłatnych studiów jako szansy dla mniej zamożnych kiedyś umrze śmiercią naturalną i oby stało się to jak najszybciej. Najwyższy odsetek studentów w stosunku do ludności w danej grupie wiekowej mają Stany Zjednoczone i inne kraje anglosaskie, w których studia są płatne. W 1995 r. w USA przypadało 81 studentów na 100 osób w wieku studenckim (w Polsce - 25, w Niemczech - 47).
Zwrócę jeszcze uwagę czytelników na fakt, że szkolnictwo prywatne, tak jak zazwyczaj firmy prywatne, jest efektywniejsze w tym sensie, że koszt studiów w przeliczeniu na studenta jest w nich niższy. Ekonomiści wiedzą nie od dzisiaj, że popyt na subsydiowane dobra i usługi jest wyższy od popytu na takie same dobra i usługi, tyle że świadczone po cenach rynkowych. W wypadku usług darmowych - a z taką sytuacją mamy do czynienia przy okazji studiów w Polsce - różnice są jeszcze bardziej jaskrawe.
Jak donosił "The Economist" (z 3 lipca 2001 r.), uczeni z kalifornijskiego Instytutu Studiów Publicznych obliczyli, że w drogich uczelniach prywatnych
- na Uniwersytecie Stanforda i w CalTech (Politechnice Kalifornijskiej) - 85 proc. studentów kończy studia magisterskie po czterech i pół roku nauki. Tymczasem w równie dobrym, ale tanim uniwersytecie stanowym w Berkeley (też w Kalifornii), tylko 48 proc. studentów kończy studia... po sześciu latach.
Wnioski z powyższych porównań są jednoznaczne. Zamiast nagonki na szkoły prywatne, niech kolejne ekipy spróbują dla odmiany zrobić coś sensownego. Niech postarają się przekonać społeczeństwo, że może tylko zyskać na wprowadzeniu płatnych studiów. I niech zaakceptują oczywistość, że i na tym polu konkurencja, rynek i wynikający z niego rachunek kosztów rozwiążą więcej problemów społecznych niż darmowe studia dla zamożnych i tworzenie kolejnych kiepskich uczelni państwowych.

Więcej możesz przeczytać w 46/2001 wydaniu tygodnika e-Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0