Antypowieść Eco

Antypowieść Eco

"Baudolino" Umberta Eco, czyli pisarz pożarty przez własną erudycję
Umberto Eco miał w ręku wszystkie atuty, aby napisać porywającą powieść o średniowieczu. Współtwórca nowoczesnej semiotyki, autor słynnego "Imienia róży", łączącego wiedzę historyczną z narracją rodem z powieści kryminalnej, tym razem nie potrafił ich jednak wykorzystać z pożytkiem dla siebie i czytelnika. Zamiast arcydzieła otrzymaliśmy książkę miejscami kompletnie nieczytelną.

Bohater zakłamany
Eco wymyślił schemat, w którego skuteczność, niestety, uwierzył. Założył, że podstawową cnotą pisarza jest kłamstwo. "Jeśli chcesz zostać człowiekiem pióra i pisać kiedyś Historie, musisz umieć kłamać i wymyślać opowieści, inaczej twoja historia będzie nudna" - taką radę otrzymał tytułowy Baudolino od swego nauczyciela Ottona. "Bacz, że nie żądam, byś dawał świadectwo temu, co uważasz za fałsz. Byłby to bowiem grzech. Lecz byś dawał fałszywe świadectwo temu, co uważasz za prawdę" - powiada mistrz Otton na łożu śmierci. Z rady tej sam pisarz skorzystał nad wyraz skwapliwie. Już po kilkudziesięciu stronach dociera do nas, że stworzył jedną z najbardziej zakłamanych postaci literackich. Monotonią i dłużyznami narracji przebił przy tym wszystkich. Ile razy można błyszczeć znaną z logiki anty-nomią kłamcy, sofizmatami, paradoksami? Kłamiąc w dobrej wierze, Baudolino osiąga szczytne cele. Jego stwórca zaś nie może się pochwalić wysokich lotów osiągnięciem literackim. Dlaczego? Zostaje zjedzony przez własną erudycję.

Do kogo ta mowa?
Dawka materiału faktograficznego, jaki funduje czytelnikowi pisarz w "Baudolinie", jest zatrważająca. Niemal cały czas mamy tu do czynienia z nową interpretacją znanych lub - co gorsza - nie do końca znanych faktów. Kłopot polega na tym, że Eco opowiada historie nie tylko trudne, ale i w niewłaściwych momentach. Zafascynowany przewrotnymi, według siebie, konceptami, żegna się z wyczuciem napięcia, dramaturgią, strategią narracji. Nie robi nic, by pociągnąć za sobą onieśmielonego czytelnika. Wręcz przeciwnie. Jak belfer każe mu siedzieć cicho i za karę, że ten nie potrafi zinterpretować tekstu Konopnickiej, z uporem maniaka tłumaczy biedakowi zawiłości na poziomie Joyce’a.
Trzymając się średniowiecznej metaforyki: "Baudolino" jako wehikuł niosący czytelnika ku przeżyciom estetycznym nie jest, niestety, rączym rumakiem, ale przyciężką maszyną oblężniczą, za pomocą której Eco próbuje sforsować mury naszego umysłu i wyobraźni. Do wieży dostaje się jednak zbyt wiele żołnierzy-konceptów. Nie wytrzymuje więc, biedna, tego ciężaru i... można się założyć, że wielu czytelników odłoży powieść, nim dotrą do nich intencje autora.
Żałość po straconej okazji na dobrą książkę bierze się stąd, że Eco słynie ze zdolności do skrótu. Jego felietony są arcydziełami, jasno i inteligentnie tłumaczącymi zawiłości współczesnego świata - Internetu, szkolnictwa, fundamentalizmu. Jest wspaniałym, błyskotliwym gawędziarzem. Kiedy w 1996 r. miał spotkanie na Uniwersytecie Warszawskim, z jego dowcipów śmiali się wszyscy - nie tylko filozofowie, historycy czy italianiści.

Baudolino a sprawa polska?
Niemożność rozsmakowania się w piętrowych aluzjach semiotyka dostrzegają najwięksi fachowcy. Po ukazaniu się książki we Włoszech prof. Andrzej Litwornia, wykładający na uniwersytecie w Udine, ostrzegał na łamach "Rzeczpospolitej", że autor zdaje się zapominać, iż nie wszyscy są do tej zabawy wystarczająco przygotowani. Ostrzeżenie to było skierowane do czytelnika włoskiego, nieporówanie bardziej wrażliwego na aluzje Eco. A co ma zrobić czytelnik polski, skoro na naszym rynku wydawniczym nie znajdzie przecież większości tekstów, do których odnosi się z taką emfazą pisarz? Filologiczne mediewalia obce nie zostały dotąd spolszczone. Część terminów, używanych ze swadą w "Baudolinie", nie występuje nawet w "Słowniku tradycji" Kopalińskiego. Gdzieś w bibliotekach można pewnie znaleźć ich wytłumaczenie, ale zalecanie czytelnikowi wędrówek po czytelniach uniwersyteckich jest absurdem. Wszak najnowsze dzieło Eco nie jest traktatem semiotycznym ani zbiorem esejów z estetyki średniowiecza, lecz utworem literackim. Okazuje się, że trudno w Polsce znaleźć kogoś, kto z marszu ubawiłby się wszystkimi igraszkami mediewistyczno-semiotycznymi profesora.

Co zrobić z tym fantem?
Czy zatem nie powinno się tłumaczyć najnowszego dzieła Umberta Eco na język polski? To postulat nazbyt radykalny. Umysłu takiego formatu nie można lekceważyć. Książkę Eco należało wydać, choćby po to, by nie przeoczyć kolejnego literackiego wydarzenia. Pod jednym wszakże warunkiem: że opatrzymy je rzetelnym i głębokim komentarzem. I cóż z tego, że istnieje niepisane prawo zabraniające dodawania naukowych przypisów do literatury pięknej? Prawda jest taka, że 500-stronicowy "Baudolino" jako beletrystyka przepada z kretesem. Pozostaje więc albo zostawić go na pastwę losu, albo też, odbierając mu nieco splendoru uniwersalnego dzieła, uznać za postmodernistyczną historię średniowiecza i poszerzyć o... kolejnych 200 stron przypisów.

Okładka tygodnika WPROST: 46/2001
Więcej możesz przeczytać w 46/2001 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0