Neoczłowiek z bieżączką

Neoczłowiek z bieżączką

Dodano:   /  Zmieniono: 
Dla kobiet symbolem współczesnej kobiecości stała się chudziutka postać Ally McBeal
Jeżeli matką filozofii jest zdziwienie, to jej ojcem chyba Alzheimer. Bo ile razy można być sklerotycznie zadziwionym tym samym? Okazuje się, że niemal zawsze, kiedy pojawia się temat płci. Dlatego nie mogę wyjść z podziwu, czytając recenzje "Intymności".
Krytycy doszukują się w tym filmie tajemnicy, mrocznej zagadki kobiecości. Na ekranie miota się w miłosnym uścisku czterdziestoparolatek ze swoją rówieśnicą. Robią to bez słów i rozstają się w milczeniu, by za tydzień znowu się na siebie rzucić. Nie ma w tym uczuć ani namiętności, ale systematyczność zakrawająca na metodyczną perwersję. Kopulujący bohater sam nie rozumie natury tego dziwacznego związku, wyjaśnia mu ją więc znajomy homoseksualista. Szkoda, że nie do końca, tłumacząc widzom, o czym naprawdę jest ten niezrozumiały psychologicznie film. Grająca w nim kobieta nie jest nimfomanką, nie szuka miłości ani zaspokojenia. Jest nie wiadomo kim. Zepsutą marionetką z przeciętymi sznureczkami motywacji. Ale to prawdopodobnie zepsuty jest reżyser. W tajemnicy "Intymności" nie ma żadnej tajemnicy, jest pomyłka co do płci osób. Historia staje się wiarygodna dopiero wtedy, gdy za kobietę podstawimy mężczyznę traktującego seks jak cotygodniowe dializy członka. Reżyser nie chciał ryzykować? Heteroseksualna większość nie poszłaby na film o męskich nie zakochanych kochankach? Poprzedni film Patrice’a Chéreau "Królowa Margot" był rewelacyjny i oryginalny, homoseksualnie wyrafinowany. "Intymność" jest natomiast zakłamana i przez to pedalsko się mizdrzy. Nieudolna mistyfikacja rzadko bywa dobrym spektaklem. Nie twierdzę: sztuka jest męska, żeńska albo homoseksualna. Sztuka jest uniwersalna. A cała sztuka polega często na wiarygodnych przebierankach i udawaniu. W prawdziwym życiu również wielu mężczyzn zgrabnie udaje kobiety, co odważniejsi - feministki. Nie jest to trudne, zwłaszcza w Polsce, gdzie za feministę uważa się niemal każdy, który nie bije żony, czasami pozmywa, a gry wstępnej nie ogranicza do odkapslowania butelki.
Łatwo się pogubić, kto jest kim, nawet jeśli poprosi się o dowód tożsamości płciowej. Nie dziwi więc szukanie niepodważalnych wzorów. Dla kobiet symbolem współczesnej kobiecości stała się chudziutka postać Ally McBeal granej przez Calistę Flockhart. Dla postfeministek jest to postać kultowa. Gromadzą się dla niej na godzinnej mszy wokół totemu naszej cywilizacji - telewizora. Z niego w cotygodniowych odcinkach następuje objawienie najnowszych prawd zwanych mcbealizmami. Wiernym pozostaje powtarzanie tych aforystycznych dowcipów i analizowanie ich w dyskusjach internetowych: "Pani X jest złośliwa, bo uciska ją krążek domaciczny" (z najnowszego odcinka).
Ironia tego serialu wydaje się nieprzekładalna na polską siermiężność. Nie ma co żartować z antykoncepcji, bo jej brak, czego konsekwencją są zakazane pieszczoty erotyczne zwane aborcją. U nas kobiety nie mają praw, które na Zachodzie są po prostu częścią demokracji. Mówić o Polsce, że jest krajem patriarchalnym, to duży komplement. Jest krajem podtatusiałych mentalnie ramoli, "pochylających się z troską nad kulturą", by ją obleśnie oślinić. Gdyby Ally wylądowała u nas, wyglądałaby na postmodernistycznego pawia wśród przedpotopowych pterodaktyli. W jej świecie osiągnięcia kobiet nie są już zdobyczą, ale tradycją. Można więc flirtować w koedukacyjnej toalecie, gdzie najczęściej spotykają się bohaterzy serialu.
Ally McBeal - wzór inteligencji, zabawnych niekonsekwencji, kompromisów i przebojowej kobiecości. Jest tylko jeden problem: Ally to facet. Wstyd przyznać? Przecież prawdziwe feministki odmawiają mężczyznom zrozumienia kobiecej wrażliwości. Piszą własną, poprawioną historię literatury i kultury. Wielbicielki McBeal, pochłonięte dyskusjami o swojej idolce, wydają się ignorować stworzenie jej (nie: zrodzenie) przez Davida Kelleya. Kiedy prasa amerykańska pokpiwała z feminizmu Ally, wieszcząc wręcz jego koniec za sprawą tego serialu, Calista Flockhart zaprotestowała: Ja jestem feministką!
Uspokoiło to wyznawczynie mcbealizmu. Nie aktorka wymyśla sobie jednak sceny i serialowe dialogi. Pisze je scenarzysta. Wracamy więc do biblijnego patriarchatu - najnowocześniejsza, postfeministyczna Ewa McBeal stworzona nie z żebra, ale z głowy Adama. On ją nazwał i trzyma pod kontrolą, przenikając tajniki duszy. Totalny obciach dla fundamentalistycznych feministek albo wreszcie udany unisex, czyli ironicznie wynegocjowana chociaż na chwilę harmonia płci. Bo zdobycie równości to już Zachodnia prehistoria.
W tym seksualnym rozgardiaszu, kto w kim, z jakiej pozycji, nie pozostaje nic innego jak filozoficzna rozwaga w definiowaniu i nazywaniu faktów. David Kelley, scenarzysta, ma prawo powiedzieć z dumą: Ally McBeal to ja. Bohaterka "Intymności" z mroczną kobiecą duszą spokojnie może stwierdzić: kobieta to nie ja. Dlatego, żyjąc w pospiesznej bieżączce codzienności, w świecie przebieranek, lepiej nie określać siebie wyświechtanym słowem człowiek. Zalatuje ono staromodnie i zbyt jednoznacznie mężczyzną. Lepiej ostrożnie się nazwać neoczłowiekiem.
Więcej możesz przeczytać w 46/2001 wydaniu tygodnika e-Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0