Thriller z uszkodzoną pamięcią

Thriller z uszkodzoną pamięcią

"Memento" Christophera Nolana to film z rzadką nawet w kinie intelektualnym ambicją stylistyczną



Rozmawiają ZYGMUNT KAŁUŻYŃSKI i TOMASZ RACZEK

Tomasz Raczek: Panie Zygmuncie, film "Memento" otrzymał nagrody na festiwalach w Sundance i Deauville, z czego jasno wynika, że to film poszukujący, niezależny, nowatorski.
Zygmunt Kałużyński: Nie bez powodu dostał nagrody, bo to film zaskakujący: amerykański, a jednak z ambicją stylistyczną, z zamysłem, który nawet w Europie, w kinie intelektualnym, jest rzadki.
TR:I nie chodzi tu o sposób filmowania ani rodzaj aktorstwa, lecz o karkołomny wręcz scenariusz.
ZK:Zdumiewające, że taki film powstał w Ameryce, która nie lubi odchodzić od schematu, mimo że ma swoich niezależnych artystów, takich jak Jarmusch czy Lynch.
TR:Twórcą "Memento" jest - zapamiętajmy nazwisko - Christopher Nolan.
ZK:Podjął on temat, który jest w kinie rzadkością, ponieważ łączy się z powątpiewaniem w pewność czasu.
TR:Tak, ale przecież tematem filmu jest przede wszystkim narzędzie posługiwania się czasem, czyli pamięć. Główny bohater w wyniku tragicznych okoliczności zostaje pozbawiony tak zwanej pamięci krótkotrwałej, dzięki której wiemy na przykład, dlaczego znaleźliśmy się tu, gdzie jesteśmy i rozmawiamy z człowiekiem, który siedzi naprzeciwko.
ZK:Bohater filmu padł ofiarą napaści, w trakcie której zgwałcono i zamordowano jego żonę. Został uderzony w głowę tak, że w mózgu uległa uszkodzeniu ta część, która rejestruje chwilę bieżącą. Nie stracił świadomości, kim jest. To nie jest amnezja, czyli zatarcie całej pamięci o sobie.
TR:Jego pamięć po wypadku okazała się jakby niezdolna do zapisywania następnych wydarzeń.
ZK:Bohater pamięta przez chwilę i zaraz wszystko zapomina, podobnie jak w chorobie Alzheimera, która atakuje te same części mózgu. Cierpiący na chorobę Alzheimera nie rozpoznaje nawet ludzi ze swego najbliższego otoczenia.
TR:Podobną sytuację mamy w filmie, tylko nasz bohater jest młody i znajduje sposób na swoją przypadłość: dokumentuje każdy krok, robiąc zdjęcia polaroidowe miejsc, w których się znalazł i ludzi, z którymi rozmawia. Od razu zapisuje na nich, co one dla niego znaczą i z czym w przyszłości powinny mu się kojarzyć.
ZK:A także - co powinien dalej robić, bo przecież ten film ma mechanikę thrillera.
TR:Bohater poszukuje mordercy swojej żony; tego, który go tak urządził.
ZK:Mamy tu niezwykłe połączenie amerykanizmu filmowego (bo to jest w gruncie rzeczy film sensacyjny o zbrodni i zadośćuczynieniu) z kinem eksperymentalnym na temat względności czasu. Ten temat pojawił się dopiero w XX wieku. Być może wiąże się to z nowym spojrzeniem na świat, zapoczątkowanym przez Einsteina twierdzeniem, że czas jest dodatkowym elementem fizycznym, takim samym jak pozostałe trzy wymiary. A to oznacza, że można nim manipulować. Wcześniej pojmowano czas jako coś podstawowego, trwałego. Gdy się jednak zastanowić: to, co jest przeszłością, już minęło; co jest przyszłością, jeszcze nie nadeszło, a to, że jesteśmy w czasie bieżącym, jest nie do uchwycenia. Zdanie, które w tej chwili wypowiedziałem, już jest przeszłością. A zatem czas jest swego rodzaju fantasmagorią.
TR:W "Memento" mamy próbę zabawy czasem, bo film opowiadany jest od końca do początku. Zauważyłem, że część widzów gubiła się w trakcie oglądania, traciła wątek. Elementy historii nie układały się w logiczną, linearną opowieść.
ZK:Kino jest tym rodzajem sztuki, który może dać odczuć wątpliwość czasu. Jako widzowie znaleźliśmy się więc w takich samych warunkach umysłowych, w jakich był bohater filmu - gubiliśmy się tak, jak on się gubił. To jest nowy wyczyn stylistyczny kina.
TR:Panie Zygmuncie, a czy coraz częściej w codziennym życiu nie jest tak, że gubimy się, bo życie przestaje się składać w całość? A przecież nikt nas nie uderzył w głowę!
ZK:Właśnie! To jest odkrycie naszej cywilizacji: czas jest własnością każdego z nas. Dzieła sztuki zaczęły to pokazywać. Przede wszystkim sławny "Ulisses" Jamesa Joyce’a, którego akcja rozgrywa się w ciągu jednej doby, a żeby przeczytać powieść, trzeba całego tygodnia, bo to jest 800 stron...
TR:...i trzeba przy tym pamiętać o przerwach intelektualnych, bo mózg może się przegrzać od tego czytania.
ZK:No właśnie. A to nie jest jedyny taki eksperyment. Nowa powieść francuska także próbowała pokazać względność czasu. Na przykład w powieści Butora mamy opis podróży: bohater wsiada do pociągu i jedzie do Lyonu; powieść liczy 200 stron, a na końcu dowiadujemy się, że pociąg nie ruszył z miejsca. To znaczy przy końcu powieści jesteśmy w tej samej minucie, w której zaczęliśmy ją czytać. Był też głośny film - "Zeszłego roku w Marienbadzie". Do uzdrowiska przyjeżdża pewien pan; jest tam też pewna pani ze swoim mężem; ów pan tłumaczy tej pani, że obiecała mu, iż w następnym roku, kiedy się tu spotkają, będę się kochali. Ona wszystkiemu zaprzecza - to niemożliwe, nic takiego nie było. Po jakimś czasie okazuje się, że jednak coś było, tylko że.... ma się to dopiero zdarzyć. W tym filmie Alaina Resnais, nagrodzonym Grand Prix w Wenecji, pokazano względność czasu. O dziwo, nasz amerykański reżyser robi coś podobnego: układa łamigłówkę, tworzy labirynt i komplikację czasową.
TR:Zauważyłem jednak, że widzowie wychodzący z kina nie do końca byli pewni, czy udało im się rozwiązać tę łamigłówkę, czy wszystko zrozumieli. Jakby nie znali "Zeszłego roku w Marienbadzie" ani nie mieli za sobą lektury "Ulissesa" Joyce’a...
ZK:No tak, widzowie thrillerów przyzwyczajeni są do tego, że następuje stopniowe rozwikłanie zagadki. Tutaj polega ono na tym, że film kończy się urwaniem myśli w taki sam sposób, jak to odczuwa nasz bohater. Ale my przecież i tak wiemy, co było, gdyż scena rozwiązania kryminalnego była na samym początku!
Okładka tygodnika WPROST: 49/2001
Więcej możesz przeczytać w 49/2001 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0