Trzy bitwy generała

Trzy bitwy generała

Polityczna katastrofa stanu wojennego przyspieszyła krach PRL i całego bloku sowieckiego

Jest to potworna, makabryczna kompromitacja dla partii, że po 36 latach sprawowania władzy trzeba jej bronić siłą milicyjną. Ale przed nami nie ma już nic. Trzeba być przygotowanym do podjęcia decyzji, która pozwoli uratować to, co podstawowe" - stwierdził z goryczą generał Wojciech Jaruzelski 5 grudnia 1981 r., podczas ostatniego przed wprowadzeniem stanu wojennego posiedzenia Biura Politycznego KC PZPR. Co generał chciał wówczas uratować?
Od lat generał Jaruzelski i jego zwolennicy mówią o tych samych powodach wprowadzenia stanu wojennego: o zagrożeniu interwencją zbrojną wojsk Układu Warszawskiego oraz o spowodowanej przez "Solidarność" anarchizacji gospodarki. Krytycy generała zauważają zaś, że niechętnie wspomina on o stanie wojennym jako o "trudnej operacji w obronie socjalistycznego państwa". Te słowa wypowiedział na posiedzeniu Biura Politycznego 22 grudnia 1981 r. i dodał "[Należy] się stanowczo przeciwstawiać propagandzie, że wprowadzenie stanu wojennego zostało narzucone z zewnątrz. To nas obraża. Sami podjęliśmy decyzję, sami ją zrealizowaliśmy i sami za nią odpowiadamy".
Nad możliwością sowieckiej interwencji zbrojnej w Polsce zastanawiano się od chwili wybuchu strajków latem 1980 r., których rezultatem było powstanie "Solidarności". Z materiałów pochodzących z archiwów nie istniejących już państw - ZSRR, Czechosłowacji i NRD - jasno wynika, że prowadzono w nich różnorodne działania o charakterze wojskowym. Już w sierpniu 1980 r. komisja ds. Polski (jej przewodniczącym został Michaił Susłow), utworzona w trybie doraźnym przez sowieckie Politbiuro, podjęła decyzję o postawieniu w stan "pełnej gotowości bojowej" kilku dywizji w trzech graniczących z PRL okręgach wojskowych. 1 grudnia 1980 r. przebywający w Moskwie I zastępca szefa Sztabu Generalnego Wojska Polskiego, generał Tadeusz Hupałowski, otrzymał plan manewrów Sojuz ’80. Przewidywał on, że tydzień później do Polski wkroczy 18 dywizji wojsk Układu Warszawskiego. Z obszaru ZSRR miały ruszyć w kierunku Pomorza Gdańskiego, Mazowsza i Małopolski trzy zgrupowania. Dla wojsk czechosłowackich rejon dyslokacji przewidziano na Śląsku, zaś dla niemieckich - na Pomorzu Zachodnim. Wytypowane jednostki wojskowe zostały przygotowane i - co odnotowały amerykańskie satelity - przesunięte na miejsca wymarszu. Przygotowywanie interwencji nie musiało wszak oznaczać jej nieuchronności. 5 grudnia 1980 r. przebywający na Kremlu I sekretarz KC PZPR Stanisław Kania usłyszał od Breżniewa znamienne zdanie: "Biez tiebia nie wojdiom". Czemu zatem miały służyć grudniowe przygotowania oraz następne demonstracyjne manewry Sojuz ’81, przeprowadzone na przełomie marca i kwietnia 1981 r.? Wydaje się, że chodziło przede wszystkim o wywarcie presji na kierownictwo PZPR, aby jak najszybciej samodzielnie uporało się z "Solidarnością". Do tego właśnie sowieccy przywódcy zachęcali nieustannie Kanię, Jaruzelskiego i innych członków kierownictwa PZPR.
Obok dokumentów wskazujących na prowadzenie przygotowań do inwazji zachowały się i takie, które przeczą, że Rosjanie istotnie zamierzali wkroczyć do Polski. "Jesteśmy przeciwni totalnej konfrontacji" - mówił w październiku 1981 r. w NRD członek sowieckiego Politbiura Oleg Rachmanin. "Rok 1968 [interwencja w Czechosłowacji] nie może się powtórzyć. (...) Jeśli nie sami Polacy, to kto ma przeprowadzić decydującą konfrontację? Nie mogą przecież objąć władzy na naszych czołgach" - tłumaczył Rachmanin. Jednoznaczny jest również protokół z posiedzenia Biura Politycznego KC KPZR z 10 grudnia 1981 r. "Jeśli chodzi o przeprowadzenie operacji X, to powinna być to wyłącznie decyzja towarzyszy polskich. Jak oni zdecydują, tak będzie. (...) Nie zamierzamy wprowadzać wojska do Polski. To jest słuszne stanowisko i musimy przestrzegać go do końca. Nie wiem, jak będzie z Polską, ale nawet jeśli Polska będzie pod władzą Solidarności, to tylko jedna sprawa. A jeśli na Związek Radziecki rzucą się kraje kapitalistyczne, a oni już mają odpowiednie uzgodnienia o różnego rodzaju sankcjach ekonomicznych i politycznych, to dla nas będzie to bardzo ciężkie" - stwierdził ówczesny szef KGB Jurij Andropow. Z kolei szef radzieckiej dyplomacji Andriej Gromyko powiedział: "Żadnego wprowadzenia wojsk do Polski być nie może. Sądzę, że możemy polecić naszemu ambasadorowi, aby odwiedził Jaruzelskiego i poinformował go o tym". Dyskusję podsumował Michaił Susłow: "Myślę więc, że wszyscy tutaj jesteśmy zgodni, iż w żadnym wypadku nie może być mowy o wprowadzaniu wojsk".
Kwestii interwencji sowieckiej prawdopodobnie nie da się rozstrzygnąć. Znacznie łatwiejsza wydaje się odpowiedź na pytanie, czy ówczesne kierownictwo "Solidarności" było w stanie zapobiec wprowadzeniu stanu wojennego. Oczywiście nie - i to nawet gdyby nie padły rozmaite niefortunne wypowiedzi poszczególnych działaczy, a ogólna linia związku była bardziej ugodowa. Dla władz PRL "Solidarność" była do zaakceptowania tylko jako fasadowa struktura, uznająca bez cienia sprzeciwu monopolistyczne rządy PZPR.
"[Trzeba] rozważyć, jak Solidarności można dopomóc w rozbiciu jej na wielką - robotniczą - i małą - ekstremalną. (...) Powinniśmy poprzeć Wałęsę, a z takimi jak Bujak, Rulewski, Rozpłochowski w ogóle nie rozmawiać. Jeśli uda się rozwalić S na robotniczą i ekstremalną, to z robotniczą (...) można się będzie dogadać" - mówił w listopadzie 1981 r. na posiedzeniu Biura Politycznego Jan Łabęcki. Problem polegał jednak nie tylko na tym, że "Solidarność", mimo targających nią konfliktów, nie chciała się "rozwalić". W miarę upływu czasu jej ekstremalne skrzydło stawało się silniejsze od umiarkowanego, które kierownictwo PZPR zgodnie z regułami ideologicznej poprawności konsekwentnie nazywało robotniczym. Działo się tak nie wskutek działalności przedstawicieli antysocjalistycznej opozycji, co nieustannie głosiły władze, ale w konsekwencji uświadamiania sobie przez kolejnych działaczy "Solidarności", że buntują się nie tyle przeciwko tzw. wypaczeniom socjalizmu, ile przeciw systemowi jako takiemu.
Powodzenie operacji rozpoczętej w nocy z 12 na 13 grudnia wynikało zarówno ze zmęczenia społeczeństwa, jak i z dobrego przygotowania organizacyjnego. Stan wojenny stworzył jednak nowe wyzwania, znacznie trudniejsze niż pacyfikacja kilkudziesięciu strajkujących zakładów, których załogi w większości - inaczej niż górnicy z kopalni Wujek - nie stawiali zomowcom czynnego oporu. Generał Jaruzelski miał tego świadomość już kilka dni po 13 grudnia: "Wygraliśmy pierwszą bitwę, ale nie wygraliśmy kampanii (na co potrzeba kilku miesięcy) ani wojny (potrzeba dziesięciu lat, aby odwojować spustoszenia w świadomości i podźwignąć gospodarkę z ruiny)".
Drugą bitwę generał postanowił stoczyć z niewydolną gospodarką, proklamując reformy bezpośrednio po wprowadzeniu stanu wojennego. Wstępem do tej bitwy była drakońska podwyżka cen, wprowadzona 1 lutego 1982 r. Żywność podrożała wówczas średnio o 241 proc., a ceny opału i energii wzrosły o 171 proc. W rezultacie dochody realne ludności spadły o jedną trzecią, a zatem bardziej niż w latach 1990-1991, gdy realizowano plan Balcerowicza. Generał Jaruzelski okazał się bezsilny wobec kryzysu ekonomicznego (w 1982 r. dochód narodowy spadł o 5,5 proc.), który podczas jego rządów stał się zjawiskiem o trwałym charakterze. "Błąd szerokiego otwarcia Polski i uzależnienia jej od Zachodu obciąża nie tylko byłe kierownictwo [PZPR], lecz również przedstawicieli różnych środowisk - naukowców, specjalistów, handlowców" - mówił Jaruzelski w lutym 1982 r. Rezultatem takiego sposobu myślenia było podwojenie - wskutek zawieszenia spłat - zadłużenia zagranicznego PRL.
Generał nie zdołał też zwyciężyć w trzeciej bitwie, którą określił mianem "odwojowania spustoszeń" wywołanych przez "Solidarność" w świadomości społeczeństwa. We wrześniu 1983 r. Centrum Badania Opinii Społecznej przeprowadziło poufny sondaż - 48 proc. Polaków oceniło w nim negatywnie wprowadzenie stanu wojennego, a 43 proc. było przeciwnego zdania. W późniejszych badaniach zdarzało się wielokrotnie, że zwolenników operacji z 13 grudnia było więcej niż jej przeciwników, a mimo to zmiany w świadomości Polaków okazały się znacznie trwalsze niż struktury samej "Solidarności" i popularność jej liderów. Po dziesięciu latach, które Jaruzelski dał sobie na wygranie wojny, Polska była już krajem demokratycznym, a jej gospodarka wyzwalała się z objęć socjalistycznej utopii. Przegrane bitwy generała okazały się wygraną Polski. Czy jednak trzeba chwalić generała za to, że tak nieudolnie je prowadził? Paradoksalnie, polityczna klęska stanu wojennego przyspieszyła krach PRL i całego bloku sowieckiego.

Więcej możesz przeczytać w 50/2001 wydaniu tygodnika e-Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0