Argentyński Titanic

Argentyński Titanic

Na ulicach Buenos Aires panuje już spokój, ale państwo jest bankrutem - pisze Juliusz Urbanowicz, reporter "Wprost"

W kawiarniach Argentyńczycy potrafią przesiadywać godzinami - nawet nad jedną filiżanką - i sami mówią, że tam wszystko się zaczyna: można poznać przyszłą żonę, ubić dobry interes albo rozpocząć rewolucję

27 grudnia w kawiarni D’Aiglon przy alei Callao o rewolucji nie było mowy. Goście, głównie mężczyźni w średnim wieku, nie mogli oderwać wzroku od trzech telewizorów. Właśnie rozstrzygało się, kto zostanie piłkarskim mistrzem kraju: Racing czy River Plate? Wszystko inne stało się nieistotne.
W końcu Argentyna to kraj Maradony, pretendent do tytułu mistrza świata w piłce nożnej. Po futbolowe trofeum drużyna w strojach w biało-niebieskie pasy po raz pierwszy sięgnęła w 1978 r. W kraju rządziła wówczas wojskowa junta, która utrzymywała się przy władzy przez trzy dekady, wyjąwszy krótkie epizody rządów cywilnych, w tym przedśmiertny come back Perona w latach 70.

Lepiej już było
Kilka dni wcześniej obywateli pochłonęła inna rozgrywka - o władzę w państwie. Toczyła się na ulicy, za oknami kawiarni D’Aiglon, położonej nieopodal placu Kongresu. Wyglądała jak początek rewolucji, ale nim nie była. Za plecami tych, którzy wybijali szyby w bankach i okradali sklepy, politycy walczyli o to, kto stanie na czele państwa bankruta.
W stojącym niemal vis-ť-vis kawiarni gmachu Banco de la Nacion nie ma już śladu po wybitych szybach. W sąsiednim barze McDonald’s szyb nie wstawiono. Zamiast nich robotnicy montują w oknach płyty wiórowe. Bar jest zamknięty. - Lepiej nie będzie, może być tylko gorzej - nie ma złudzeń kierujący pracą Diego Ayala.
Diego Ayala nie wierzy w nowego, tymczasowego prezydenta Adolfo Rodrigueza Saa. - Jeszcze jeden populista - mówi z pogardą. Saa, zanim sięgnął po władzę, opowiadał się przeciwko dewaluacji narodowej waluty - peso, wymienialnej na dolara w stosunku jeden do jednego. Teraz prezydent przeprowadza dewaluację, tyle że robi to tylnymi drzwiami, ogłaszając wprowadzenie do obiegu nowego pieniądza - argentino. Nie będzie on już wymienialny.

Boskie Buenos
Podchodząc do lądowania w Buenos Aires, samolot przelatuje nad setkami okazałych prywatnych posesji. W każdym ogrodzie basen. Trudno sobie wyobrazić, że mieszkańcy "boskiego Buenos" mogli ryzykować życie, by z ograbianych sklepów zdobyć na przykład butelkę oleju. A jednak relacje z zamieszek, które ogarnęły centrum kosmopolitycznej stolicy Argentyny i doprowadziły do upadku prezydenta Fernanda de la Rua i jego rządu, nie były przesadzone. Sytuacja kraju jest dramatyczna. Bankrutuje właśnie państwo stosunkowo zamożnych obywateli. PKB per capita wynosi tu ponad 7,7 tys. dolarów, czyli prawie dwukrotnie więcej niż w Polsce. Kraj ugina się jednak pod ciężarem długów zaciągniętych przez nieodpowiedzialnych polityków.
Państwo o zbliżonej do Polski liczbie ludności jest zadłużone u własnych obywateli i zagranicznych wierzycieli na niebotyczną sumę 147 mld dolarów! W dodatku Argentynę trawią typowe dla Ameryki Łacińskiej problemy rażących nierówności społecznych. Według Banku Światowego, prawie co trzeci Argentyńczyk żyje w biedzie, a niemal cztery miliony osób nie mają nawet dostępu do bieżącej wody.
Gdy w szpitalu umierała dwudziesta ósma ofiara argentyńskiego przesilenia, ulice Buenos Aires były już od paru dni spokojne, a sklepy pełne towarów czekały na klientów. Jeszcze kilka dni temu sklepikarze bronili swojej własności ze strzelbami w dłoniach. To z ich rąk padło podobno najwięcej zabitych.

Niby-Europa
- Gdy turyści chodzą po ulicach miasta, myślą, że są w Europie, ale to nie Europa, lecz Ameryka Łacińska - podkreśla adwokat Jose Juan Okecki, współwłaściciel działającej w centrum stolicy firmy prawniczej. - Kiedyś ten kraj był inny, bo założyli go imigranci, którzy szukali tu lepszego życia, ale zarazem wiedzieli, że sami muszą ciężko na to zapracować. Od czasu rządów Perona już tylko toniemy w morzu populizmu i demagogii - tłumaczy Okecki, syn emigranta z Polski, żołnierza armii Andersa.
Saa, wybrany przez parlament na tymczasowego prezydenta (do momentu planowanych na marzec wyborów), rzucił się w objęcia dwóch przywódców związków zawodowych. "Estamos con tigo!" ("Jesteśmy z tobą") - krzyczeli związkowcy, wiwatując na cześć trzech mężczyzn w mokrych od potu koszulach. Saa obiecał, że ciężar wyrzeczeń będzie rozkładany solidarnie na całe społeczeństwo. Prezydent próbuje w ten sposób uspokoić najbiedniejszych, którzy wyszli na ulice. Obaj liderzy dwóch konkurencyjnych skrzydeł centrali związkowej zapewnili o swoim poparciu dla szefa rządu, ale zastrzegli, że nie dają mu carte blanche.
Atmosfera, w jakiej rozgrywa się argentyńska polityka, przypomina mecze piłki nożnej. Gdy Saa ogłosił w parlamencie, że nie będzie dewaluował peso i zawiesi spłatę ogromnych długów zagranicznych, deputowani skakali z radości, krzycząc "Argentina! Argentina!" i śpiewając hymn narodowy. Scena była groteskowa - o ile Argentyńczycy jako kibice mają powody do entuzjazmu, o tyle jako obywatele - wręcz przeciwnie.

Realizm magiczny i trumna Perona
Tymczasem od gospodarki argentyńskiej jak najdalej uciekają nie tylko krótkoterminowi inwestorzy, nazywani pogardliwie - jak zawsze w razie problemów - spekulantami. Wycofują się też producenci. Taki zamiar ogłosiła na przykład firma Iveco. Z kolei menedżer firmy wytwarzającej części do samochodów Fiat twierdzi, że w sąsiedniej Brazylii warunki działania przedsiębiorstw są o niebo lepsze. Płace pracowników są cztery, pięć razy niższe, nie mówiąc o podatkach. Nie może to pozostać bez wpływu na ceny produktów. Rezultat? Dziś Argentyńczycy importują już nawet wołowinę (z USA), choć słyną na świecie właśnie z eksportu mięsa wołowego.
Prawnik Jorge Enrique Guiroy mówi, że w polityce argentyńskiej od lat panuje "realizm magiczny", który sprawdza się w dziełach Gabriela Garcii Márqueza, ale jest zgubny dla gospodarki. Szkopuł w tym, że polityką argentyńską nadal rządzi trumna Juana Perona. Tuż po II wojnie światowej ten radykalizujący demagog niewątpliwie zmniejszył różnice społeczne, wyrównując m.in. szanse edukacyjne. Stworzył jednak państwo działające w stylu Robin Hooda: opiekujące się słabymi i ubogimi z takim zaangażowaniem, że ledwie to wytrzymywało.

Nieformalna gospodarka
Nawet teraz, po wybuchu społecznych niepokojów, liderzy argentyńskich partii nie chcą lub nie potrafią spojrzeć prawdzie w oczy i przyznać, że państwa nie stać już na czcze obietnice i rozdęty system socjalny. Tym bardziej że obywatele uciekają w szarą strefę, broniąc się przed wysokimi podatkami. Szara strefa to co najmniej połowa argentyńskiej gospodarki. Nawet członkowie rządu - ze względu na skalę zjawiska - używają eufemizmu "nieformalna gospodarka", nie bacząc na to, że mówią o działalności przestępczej. Gdyby jednak chcieli z dnia na dzień położyć jej kres, musieliby odebrać chleb połowie zatrudnionych, a co drugą firmę zmusić do przeprowadzki do bardziej liberalnej Brazylii czy Chile.
Za bary z szarą strefą próbował się wziąć Domingo Caballo. Ten "argentyński Balcerowicz" swego czasu doszedł do wniosku, że trzeba przywrócić zaufanie obywateli do państwa i skłonić ich do ujawnienia trzymanych w materacach lub na zagranicznych kontach dolarowych oszczędności. Tak w latach 90. zrodził się pomysł powiązania miejscowej waluty z dolarem - prawo usankcjonowało faktyczną dolaryzację gospodarki. Dzięki temu posunięciu Caballo - pod egidą reformatorskiego peronisty, prezydenta Carlosa Menema - zdołał ustabilizować gospodarkę i przyciągnąć zagraniczne inwestycje. Po odejściu Caballo długi państwowe zaczęły jednak rosnąć.

Cisza przed burzą
Powrót reformatora do władzy (kilka miesięcy temu) zakończył się jednak porażką. Caballo próbował spłacać długi i zmniejszać wydatki państwa. Rozpoczął kampanię zakładania kont pracowniczych w bankach, by wydobyć na światło dzienne zarobki w szarej strefie. Decyzje ministra, na przykład o zmniejszeniu emerytur i płac na posadach państwowych oraz ograniczeniu wypłat z prywatnych kont bankowych, odebrały mu sympatię ulicy.
Zmiana u władzy uchroniła być może kraj przed chaosem i na razie przywróciła porządek, ale wielu Argentyńczyków obawia się o to, co będzie dalej. Tymczasowy prezydent Saa kupuje spokój społeczny. Liderom związkowym powiedział, że jego rząd już stworzył 127 tys. miejsc pracy w ramach programu robót publicznych. Łącznie nowych stanowisk ma być milion - zapowiedział szef państwa. Obiecał też, że emerytury nie będą już zmniejszane. Wygląda na to, że nowa ekipa nie ma żadnej recepty na uzdrowienie sytuacji. Po prostu wydrukuje pieniądze, by jakoś dotrwać do najbliższych wyborów, które odbędą się w marcu. Do rewolucji może więc w Argentynie dojść w każdej chwili, szczególnie jeśli sytuacja obywateli nie zacznie się poprawiać.

Więcej możesz przeczytać w 1/2002 wydaniu tygodnika e-Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0