Dürer przechodni

Dürer przechodni

Dodano:   /  Zmieniono: 
Mój dziadek, Andrzej Lubomirski, pokazywał mi w Ossolineum we Lwowie olbrzymią tekę z rysunkami Albrechta Dürera - wspomina mieszkający w Nowym Jorku 79-letni hrabia Antoni Potulicki.
Czy Polska odzyska rysunki Dürera ze zbiorów Lubomirskich?

Andrzej Lubomirski, drugi ordynat przeworski, poseł na Sejm, był kuratorem Ossolineum. Dzieła Dürera trafiły tam w 1823 r., przekazane jako "oddział wydzielony" pod nazwą Muzeum Książąt Lubomirskich. Obecnie 24 karty rysunków Dürera, które Potulicki oglądał u dziadka, znajdują się w dwunastu muzeach i zbiorach prywatnych w Stanach Zjednoczonych, Kanadzie i Europie.
W 1939 r. kolekcja Lubomirskich została ukryta przed wkraczającą do Lwowa Armią Czerwoną, nie podzieliła więc losu Ossolineum, które decyzją komunistycznych władz upaństwowiono. Kiedy dwa lata później do Lwowa weszli Niemcy, kurator Ossolineum po przesłuchaniach przez gestapo ujawnił, gdzie ukryto szkice. Przekazano je Adolfowi Hitlerowi.

Czarujący utracjusz
W 1945 r. rysunki - razem z bezcenną kolekcją ponad 10 tys. dzieł sztuki zrabowanych w okupowanej Europie - znaleźli żołnierze armii amerykańskiej. Przewieziono je do Monachium, do kwatery wojsk amerykańskich. Na wiadomość o odnalezieniu słynnego zbioru Jerzy Lubomirski, syn Andrzeja, podjął starania o jego odzyskanie. Nie zamierzał przekazywać rysunków do wrocławskiego Ossolineum, bo chciał je mieć dla siebie. - Wuj był czarującym i inteligentnym człowiekiem. Niestety, pod względem moralnym był zerem - wspomina Potulicki.
W listach do amerykańskich władz okupacyjnych w Niemczech (z kwietnia 1947 r.) Jerzy Lubomirski, któremu ojciec przekazał prawa majątkowe, prosił o oddanie zrabowanych dzieł sztuki. Nie wspomniał, że spisany w 1866 r. statut fundacji pozwalał pierwotnym właścicielom na sprzedaż przekazanych Ossolineum dzieł dopiero pięćdziesiąt lat po zakończeniu działalności zakładu. Nawet przyjmując, że Ossolineum przestało istnieć w momencie wkroczenia wojsk sowieckich do Lwowa, czyli w 1939 r., Lubomirscy mogliby się starać o odzyskanie kolekcji dopiero w roku 1989.

Przesyłka z Monachium
Roszczeniami księcia Lubomirskiego zainteresowały się amerykańskie władze. Sytuację utrudniały sprzeczne wytyczne w sprawie mienia pozostawionego na terenach wcielonych po wojnie do ZSSR. Prawnicy Departamentu Stanu kwestionowali prawa Lubomirskiego do szkiców Dürera, twierdząc, że stały się one majątkiem publicznym. W 1950 r. po cichu rysunki oddano jednak Lubomirskiemu. Przeważył praktyczny argument: bezpośrednio po wojnie ani rząd PRL, ani władze sowieckie nie wystąpiły ze stosownymi roszczeniami. Poza tym ZSRR, a wraz z nim komunistyczna Polska z dawnego sojusznika w wojnie z III Rzeszą stały się przeciwnikami Zachodu.
Lubomirski szybko pozbył się prac Dürera. - Wuj zdawał sobie sprawę, że jego tytuł własności do nich jest wątpliwy. Mój ojciec starał się pozwać go do sądu. Wuj opłacił jednak dobrych szwajcarskich prawników, którzy poradzili mojemu ojcu, by zapomniał o sprawie - wspomina Antoni Potulicki.
Początkowo Lubomirski chciał sprzedać kolekcję Galerii Narodowej w Waszyngtonie. Nie zadowoliła go jednak proponowana cena - 315 tys. USD. Dlatego podzielił tę największą kolekcję rysunków Dürera i zaczął ją sprzedawać na aukcjach.
Zdaniem Ryszarda Bończy, rzeczoznawcy i konserwatora sztuki z New Jersey od lat zaangażowanego w starania władz polskich o zwrot zagrabionych dzieł (pomógł m.in. w odzyskaniu obrazu Gabriela Metsu "Praczka"), Amerykanie złamali prawo. Ich decyzja była sprzeczna z konwencją haską z 1907 r. oraz postanowieniami trybunału norymberskiego. - Lubomirski wywiódł w pole Departament Stanu, który nie był władny rozstrzygać w tych sprawach, tym bardziej że adwokaci innych przedstawicieli rodu Lubomirskich wystąpili z oficjalnymi roszczeniami do dzieł Dürera. Dlatego wydanie rysunków nie powinno nastąpić bez decyzji sądu. Jest to argument, dzięki któremu Polska ma obecnie silną pozycję w staraniach o ich odzyskanie - twierdzi Ryszard Bończa.

Przegrana sprawa?
Sprawa odżyła w roku 1995, kiedy z wnioskiem o zwrot prac Dürera wystąpiła ukraińska Biblioteka Naukowa im. Stefanyka. Jej władze argumentowały, że Ossolineum mieściło się we Lwowie, dlatego tam powinny wrócić szkice. Wówczas Potulicki wysłał listy do Konsulatu RP w Nowym Jorku i do Ossolineum, wskazując, że Lwów w momencie wkroczenia Niemców był polskim miastem, a Lubomirscy mieli polskie obywatelstwo.
Na początku 2001 r. z wnioskiem restytucyjnym wystąpił - odtworzony w 1995 r. w formie fundacji - Zakład Narodowy im. Ossolińskich we Wrocławiu. Starania te zaniepokoiły Departament Stanu i obecnych właścicieli szkiców Dürera. 3 grudnia z inicjatywy Metropolitan Museum w Nowym Jorku odbyło się spotkanie ich przedstawicieli. Obecny na spotkaniu przedstawiciel Departamentu Stanu, ambasador J.D. Bindenagel, bronił decyzji władz z 1950 r., na mocy której rysunki Dürera zwrócono Jerzemu Lubomirskiemu.
- Departament Stanu nie mógł zająć innego stanowiska. Przyznanie się do błędu oznaczałoby narażenie się na astronomiczne odszkodowania - powiedział "Wprost" pewien znany nowojorski marszand. Problem jednak pozostał. Żadna renomowana placówka nie chce mieć w swych zbiorach dzieł z wątpliwym tytułem własności. Dlatego władze dwunastu muzeów wyraziły gotowość zorganizowania kolejnego spotkania - z udziałem strony polskiej - wiosną 2002 r. Sprawa nie jest zatem ani zakończona, ani przegrana - jak sugerowały niektóre media.


Więcej możesz przeczytać w 1/2002 wydaniu tygodnika e-Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0