Peron kontra Che Guevara

Peron kontra Che Guevara

Dwa tygodnie, które wstrząsnęły Argentyną, przyniosły jej 29 zabitych, spalenie pomieszczeń Kongresu, uliczne walki i... polityczny rekord Guinessa.
Pięciu prezydentów Argentyny w ciągu dwóch tygodni to rekord świata - pisze Juliusz Urbanowicz, reporter "Wprost" 

W tym krótkim czasie Argentyńczycy mieli bowiem aż pięciu prezydentów. Władza przypominała gorącego ziemniaka przerzucanego z rąk do rąk. Mimo to wśród polityków wciąż nie brak chętnych do poparzenia sobie dłoni.

"Jesteśmy bogaci"
Pierwszego dnia w nowym roku 23-letni Sebastian po raz pierwszy od dwunastu dni nie był ani pod Kongresem, ani pod pałacem prezydenta, by protestować. Student prawa z Buenos Aires wrócił tam, gdzie jest miejsce każdego szanującego się młodego Argentyńczyka - na boisko. Gramy w jednej drużynie na boisku zaimprowizowanym na rozległym skwerze w dzielnicy Recoleta, nieopodal słynnego cmentarza - argentyńskich Powązek - gdzie turyści z całego świata zwykle fotografują się przy grobowcu Evity Peron. Do dziś otacza ją ludowa legenda, przypominająca, jak wraz z mężem Juanem Domingo Peronem prowadzili po II wojnie światowej politykę "wyrównywania szans społecznych", która sprowadzała się w dużej mierze do rozdawnictwa i demagogii.
Teraz turystów jest niewielu. Przy grobie Evity spotykam tylko jedną japońską grupę. Zagranicznych przybyszów odstraszyły informacje o ofiarach śmiertelnych i sceny pokazywane przez stacje telewizyjne: gwałtownych starć demonstrantów z policją, grabionych supermarketów i kanap zrzucanych ze schodów Kongresu. Wszyscy z niepokojem czekali, co przyniosą następne dni w kraju, który mimo że ma taki dochód narodowy na mieszkańca, jakiego nie powstydziłyby się państwa europejskie, znajduje się na krawędzi bankructwa.
Tego właśnie Sebastian nie może pojąć. - Rozejrzyj się wokół, przecież my jesteśmy bogaci! - pokazuje wymownym gestem na ulice Buenos, które wygląda jak światowa metropolia. To powszechny pogląd. - Tu wystarczy rzucić cokolwiek na ziemię, żeby zbierać plony i to przez cały rok - mówi taksówkarz Juan Carlos, imiennik hiszpańskiego króla. - Wszyscy moglibyśmy tu żyć jak królowie - rozmarza się.

Miłe krachu początki
Chyba właśnie takie przekonanie legło u podstaw obecnych kłopotów Argentyny. Ambitne reformy prezydenta Carlosa Menema i jego ministra gospodarki Domingo Cavallo w ostatniej dekadzie miały wyciągnąć kraj z ekonomicznego marazmu. Obaj przywódcy przywrócili ludziom wiarę w to, że Argentyna znów może być takim krajem, jakim była w latach 30. ubiegłego stulecia, czyli siódmą potęgą gospodarczą świata.
Okazało się, że Menem i Cavallo przedobrzyli. Źle oszacowali możliwości Argentyny. Sprywatyzowanie gospodarki i zduszenie inflacji nie przyniosło oczekiwanych rezultatów, a gwoździem do trumny reform okazało się ustanowienie wymienialności peso do dolara w stosunku 1:1. Gospodarka była zbyt słaba, by unieść ciężar tak mocnej waluty jak dolar.
Na negatywne skutki nie trzeba było długo czekać. Argentyński eksport nie miał szans w starciu z konkurencją zagraniczną. Spadała produkcja krajowa, a zagraniczni inwestorzy uciekali - przede wszystkim do tańszej Brazylii albo do Chile. Rodzimi przedsiębiorcy zaczęli działać w szarej strefie, by obniżyć koszty. Szacuje się, że dziś stanowi ona prawie połowę gospodarki. Państwu coraz bardziej zaczął doskwierać brak wpływów z eksportu i podatków, a dług zagraniczny gwałtownie wzrósł i przekracza już 132 mld USD!
Argentynie zabrakło w końcu pieniędzy na obsługę długu, a w kraju nastąpił wybuch społecznego niazadowolenia, gdyż rząd w desperacji zaczął szukać pieniędzy na bankowych kontach obywateli. Wskutek nałożonych ograniczeń z własnego konta można było pobrać nie więcej niż 250 USD tygodniowo. To sprowokowało ludzi do wyjścia na ulice. Biedacy zaczęli grabić supermarkety. Przedstawiciele klasy średniej organizowali demonstracje. Znakiem charakterystycznym protestów stały się przynoszone z domów pokrywki, rondle, puszki i garnki, w które uderzano czym popadło. Hałas miał obudzić rządzących.

Rewolucja rondli i e-maili
Sebastian na pożegnanie daje mi adres swej poczty internetowej, mówiąc, że nie stać go już na płacenie rachunków za komórkę. Obiecuje dać znać o najbliższym proteście. Kilka innych osób robi to samo podczas kolejnych demonstracji. Tak właśnie organizowali się protestujący. W Buenos Aires kawiarnie internetowe są dosłownie na każdym kroku, a stopień informatyzacji społeczeństwa jest nie gorszy niż w Europie. Produkt krajowy brutto w przeliczeniu na mieszkańca wynosi ponad 7,5 tys. USD, a w centralnej części stołecznej aglomeracji sięga nawet 20 tys. USD na osobę.
Nie wolno wszak zapominać o drugiej stronie medalu, czyli typowej dla Ameryki Łacińskiej głębokiej przepaści między bogatymi a biednymi.
10 proc. najbogatszych Argentyńczyków uzyskuje połowę całych dochodów kraju, podczas gdy w rękach 10 proc. obywateli wegetujących na dnie społecznej piramidy jest ledwie 1 proc. narodowego bogactwa.
Do domu Alejandra i Antonii jedzie się wzdłuż cuchnącej rzeki Riachuelo, wyznaczającej granicę stołeczności Buenos. Po drodze ciągną się rzędy opustoszałych, zdewastowanych budynków fabrycznych, wysypiska śmieci i prowizorycznie sklecone domostwa. 35-letni Alejandro Martin i jego o dwa lata starsza towarzyszka życia, Paragwajka Antonia Colman, mieszkają z pięciorgiem dzieci w murowanym domu, który bardziej przypomina barak. W oczach mieszkańców faweli, gdzie mieszka się w budach z kartonu, folii czy żelastwa, Antonia i Alejandro są szczęściarzami, bo mają bieżącą wodę, światło i telewizor. Jedyne źródło utrzymania rodziny to wózek. Alejandro rozładowuje i rozwozi po straganach towary przywiezione tirami na ogromny stołeczny rynek hurtowo-detaliczny Mercado Central. Praca jest oczywiście na czarno. W lecie, gdy ruch na rynku jest mniejszy, zarabia 5-10 peso dziennie, podczas gdy gazeta lub tani hot dog kosztuje 1 peso. Para uskarża się, że okolica ich domu jest coraz bardziej niebezpieczna. Na wszelki wypadek mają cztery psy i pistolet. Zresztą, wszyscy wokół są uzbrojeni.
Tego samego dnia, kiedy Kongres wybierał piątego prezydenta w ciągu dwóch tygodni, w stolicy trwały protesty. W ciągu dnia na kamienie i pałki walczyli z sobą bojówkarze partii peronistowskiej, popierający swego kandydata Eduarda Duhalde, i ich przeciwnicy z lewicy. Wieczorem do głosu znów doszły rondle. Demonstranci, odcięci od Kongresu dwoma rzędami wysokich policyjnych zapór, przez całą noc domagali się ustąpienia Duhalde i nowych wyborów. - To złodziej i przemytnik narkotyków - krzyczał mi prosto w twarz, starając się przebić przez hałas pokrywek i rondli, Carlos Tileo, student inżynierii telekomunikacyjnej.

Kalejdoskop polityczny
Protesty nie doprowadziły do ustąpienia piątego z kolei prezydenta. Zresztą wówczas Argentyna pogrążyłaby się już chyba tylko w chaosie. Peroniści skonsolidowali się wokół Duhalde, który zaproponował powołanie rządu ocalenia narodowego z udziałem polityków poprzedniej ekipy, obalonej dwa tygodnie wcześniej: Partii Radykalnej i lewicy z Frepaso. 20 grudnia zamieszki wymusiły dymisję wybranego w powszechnych wyborach prezydenta Fernanda de la Rua z Partii Radykalnej, choć jego mandat wygasał dopiero w 2003 r. Na temat nieudolności de la Rua krążą dowcipy. Złośliwi twierdzą, iż do tego stopnia nie wiedział, co się wokół niego dzieje, że przespał nawet swą dymisję.
Po de la Rua przez tydzień urząd sprawował peronista Adolfo Rodriguez Saa, wybrany na tymczasowego przywódcę państwa przez Kongres. Miał on przygotować wybory w marcu, lecz musiał ustąpić z powodu rozgrywek w szeregach peronistów. W przerwach między de la Rua, Saa i Duhalde funkcję głowy państwa sprawowali krótko najpierw przewodniczący Senatu, a potem niższej izby Kongresu.
Duhalde zapowiedział realizację programu, z jakim przegrał wybory prezydenckie dwa lata temu. Już wtedy domagał się zerwania z neoliberalną polityką, która wpędziła gospodarkę w recesję. Teraz przede wszystkim dewaluuje peso. Dzięki temu chce pobudzić produkcję i zmniejszyć bezrobocie oraz zacząć powoli napełniać kasę państwa z podatków i eksportu. Nowy prezydent chce też podtrzymać obietnicę Saa stworzenia miliona miejsc pracy! Nie wiadomo tylko, jak da sobie radę z problemem długów państwa. Na razie kraj nie ma nawet uchwalonego budżetu na rozpoczęty już rok!

Trumny Peronów i duch Che Guevary
Antonia i Alejandro popierają Duhalde, bo "choć jak inni politycy kradł dla siebie, to myślał też o biednych". Wyliczają, co zrobił dla ich nędznej okolicy, gdy był gubernatorem: "Był plan Życie, rozdawali codziennie mleko, raz w tygodniu paczki. Założył szkołę, położył asfalt na drodze, powiększył szpital".
Ulica nie jest jednak zbyt przychylna Duhalde. Mimo to, jak mówi Michael Soltys, redaktor naczelny wpływowego anglojęzycznego dziennika "Buenos Aires Herald", nowy prezydent ma duże szanse przetrwania, gdyż zawsze płynie z falą. Jest politykiem, którego działania dyktują wyniki sondaży. W dodatku teraz peroniści przestaną zaogniać nastroje społeczne, co wcześniej robili, by dojść do władzy. Równocześnie, zdaniem pamiętającego o swych polskich korzeniach redaktora, ta giętkość może uniemożliwić Duhalde gruntowną przebudowę gospodarki, bo nie będzie chciał płynąć pod prąd. Nie brak przeciwników nowego lidera w szeregach peronistów. Gubernator prowincji Cordoba, Manuel de la Sota, żąda wcześniejszych wyborów. Skrajna lewica zachęca do protestu.
W uśmierzaniu społecznych nastrojów ma pomagać Duhalde jego żona - to oczywiste nawiązanie do legendy Peronów. Polityką argentyńską wciąż zdają się rządzić ich trumny. Nad ulicami z kolei nadal unosi się rewolucyjny duch urodzonego w Argentynie Ernesta Che Guevary. Demonstranci uznają całą klasę polityczną za zakłamaną i skorumpowaną. Mediom z trudem przychodzi ułatwianie rozmowy dwóm światom, likwidowanie podziału na "my" i "oni". Telewizje nie nadążały nawet za ulicznymi wydarzeniami. Gazeta "La Nacion" ma związki rodzinne z de la Rua, a dziennik "Clarin" jest zadłużony w kasie państwa.
Ekolog prof. Stefan Ibarra z Argentyńskiego Instytutu Badań nad Gospodarką Naturalną był członkiem jednej z komisji w czasie ostatnich, październikowych wyborów. Co trzeci głos był wtedy głosem protestu - wrzucano do urny kawałki zepsutej wołowiny albo zdjęcia bin Ladena! - Tylko on mógłby tu zrobić porządek, zmiatając ten burdel - twierdzi ze złością taksówkarz Juan Carlos. Czyjaś ręka napisała na przystanku autobusowym przed Kongresem: "Wystarczy helikopterów dla was wszystkich". 


Więcej możesz przeczytać w 2/2002 wydaniu tygodnika e-Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0