Orzeł z jednym skrzydłem

Orzeł z jednym skrzydłem

Dodano:   /  Zmieniono: 
Kiedy prawica stworzy partię zdolną konkurować z SLD?
WIESŁAW WALENDZIAK
"Są jeszcze sądy w Berlinie!" - to słynne zdanie lakonicznie zdefiniowało ongiś granice monarszego absolutyzmu. Prawo nie było w stanie zniwelować dysproporcji sił, ale już wtedy obowiązywało wszystkich i było powszechnie egzekwowane. Co ważniejsze jednak, to zawołanie stało się symbolicznym wyrazem ufności pokładanej w instytucji państwa.


Nowy porządek liberalnego świata
Ilu obywateli z takim samym przekonaniem potrafiłoby dzisiaj rzucić podobne wyzwanie? Wszak w naszych czasach prawo się raczej negocjuje, niż egzekwuje. Rządy, wielkie kancelarie adwokackie, korporacje i związki zawodowe permanentnie uczestniczą w tym specyficznym dialogu społecznym. Co więcej, na naszych oczach do historii przechodzi taki model nowoczesnego państwa, jaki opisał Max Weber, a wcześniej zdefiniowali ojcowie-założyciele demokracji amerykańskiej. Konstytucja, prawo, rząd centralny, tradycyjne instytucje demokratycznego państwa nie są ani obowiązującymi wszystkich i w każdych warunkach procedurami, ani przestrzenią, w której realizowana jest faktyczna władza.
Obyczaje, a nawet instytucje, które konstytuowały demokrację liberalną, zmiatane są przez kolejne fale neoliberalnej rewolucji. Podobnie wiara w to, iż rynek automatycznie generuje społeczeństwo obywatelskie, kruszy się pod wpływem faktów dowodzących, że globalny kapitalizm i standaryzacja rynków finansowych równie łatwo może prowadzić do stabilizacji, jak i do anarchii i załamania całych struktur państwowych.
Co bardziej przenikliwi liberałowie wyciągają z tej obserwacji daleko idące wnioski. Tony Blair w swoim programie zamienił "wolność obywateli" na "uczestnictwo obywateli w życiu społeczeństwa i państwa". Blair mówi dużo o znaczeniu naturalnych wspólnot i lokalnych, środowiskowych referendach w świecie rozwiniętych technologii indywidualnej komunikacji. Nawet zaprzysięgli socjaldemokraci coraz częściej zamieniają kategorię "opieki" na obecnie obowiązującą "szansę dla wszystkich".

Jak zbudowaliśmy nasze nie nasze państwo
Gołym okiem widać strach elit przed utratą i załamaniem się reguł organizujących dotychczas społeczeństwo liberalnej demokracji. Ten sam strach towarzyszy analizom wyników ostatnich wyborów parlamentarnych w Polsce. W gruncie rzeczy mamy przecież do czynienia nie tylko z zakwestionowaniem posierpniowego przywództwa politycznego, ale też z rodzajem buntu społecznego, wielką kontestacją instytucji państwa, o którym powszechnie się sądzi, że nie jest ani sprawiedliwe, ani praworządne.
Odbudowywane po 1989 r. państwo nie było legitymizowane jako niepodległe i wolne. Zarówno prawica, jak i lewica co rusz dostarczały argumentów, że państwo "nie jest nasze", że jest albo państwem "solidaruchów", albo państwem "postkomuny". Ogólnoeuropejski kryzys procedur i instytucji liberalnej demokracji trafił więc w Polsce na wyjątkowo podatny grunt. Wszystkie poważne ośrodki badania opinii publicznej odnotowywały narastającą wrogość wobec własnego państwa. Postkomunistyczna lewica próbowała uczynić z tych nastrojów wehikuł wyborczy, eksploatując i podgrzewając to społeczne nastawienie do granic zdrowego rozsądku. Prawica zaś naiwnie tłumaczyła, że to byli członkowie PZPR - i ich rodziny - są zapleczem narastającej kontestacji.
Dzisiaj rządząca lewica ma najwyraźniej jeden pomysł na to, jak poradzić sobie z tym poważnym kłopotem: jak najszybciej wejść do Unii Europejskiej. Sęk w tym, że poczucie, iż żyjemy w "naszym nie naszym" państwie może zniweczyć szansę na uznanie przez większość społeczeństwa członkostwa w unii za merytorycznie sensowne. W końcu dzisiaj stosunkowo łatwo jest budować pozycję polityczną nie na dowodzeniu, że państwo polskie potrafi zabezpieczyć podmiotowość Polaków w UE, ale na głoszeniu czegoś zgoła przeciwnego. Dowiodły tego ostatnie wybory parlamentarne - podczas kampanii wyborczej w dokopywaniu państwu SLD przegrał z Samoobroną, ta zaś odniosła sukces, nie siląc się nawet na kreowanie pozytywnych wizji ť la Stan Tymiński.
Ostatnie wybory ujawniły bardzo silne tendencje antypolityczne i antypartyjne. Można powiedzieć, że ich wynik - obok bardzo wysokiej absencji wyborczej - to wielka manifestacja niewiary w mechanizm społecznej reprezentacji via istniejące stronnictwa polityczne. Dla większości Polaków politycy to państwo, państwo zaś to twór daleki, wrogi i nieobecny, a jeżeli już obecny, to w sposób skrajnie dokuczliwy. Wszystkie zaniedbania związane z edukacją, wymiarem sprawiedliwości, systemem podatkowym, ustawodawstwem gospodarczym i prawem pracy niebezpiecznie skumulowały się w obrazie współczesnej polskiej państwowości, obrazie, na który większość uprawnionych wyborców nie ma - w swoim głębokim przekonaniu - żadnego wpływu.

Kryzys prawicy, czyli kryzys państwa
Wzmacnianiu się w latach 90. lewicy postkomunistycznej towarzyszyło przekonanie, iż polska scena polityczna zmierza do dwubiegunowego podziału na prawicę i lewicę. Taką interpretację uprawdopodobnił sukces wyborczy AWS, który w 1997 r. przywrócił wyborczą moc milionom głosów zmarnowanych przez prawicę w 1993 r. Zwycięstwo AWS zrodziło nadzieję na stabilizację systemu politycznego, a przez to na silne, zdolne do reform, rządne państwo.
Dziś liderzy SLD mogą z przekonaniem straszyć wszystkich dookoła: przegrane referendum europejskie to być może klęska SLD w wyborach parlamentarnych, ale czy przegrana sojuszu nie będzie równoznaczna z kryzysem państwa i rewoltą społeczną? To, co się stało 23 września 2001 r., wykracza bowiem poza normalny w demokracji cykl zmieniających się ugrupowań przy władzy. W wyborach parlamentarnych w 2001 r. doszło do zaburzenia istniejącego do niedawna, w miarę stabilnego układu preferencji wyborczych. Dotychczas można było się zadowolić stwierdzeniem, że w 1993 r. wahadło polityczne wychyliło się na lewo, zaś w 1997 r. - zgodnie z oczekiwaniami - odbiło w prawą stronę. W 2001 r. wahadło wychyliło się jednak w lewo z taką siłą, że pociągnęło za sobą całą polską demokrację.
Bez względu na to, jaka reprezentacja prawicy znajdowała się w parlamencie (i poza nim) w latach 1991-1997, jej wyborcze zaplecze liczyło 4,4-5,2 mln głosów. W 1997 r. na szeroko rozumianą prawicę głosowało prawie 40 proc. wyborców, co oznaczało, że popierał ją co piąty uprawniony do głosowania.
W 2001 r. na prawicę oddano niecałe 3 mln głosów - zyskała ona poparcie 23 proc. wyborców, a to znaczy, że głosował na nią zaledwie co dziesiąty uprawniony do głosowania. W 1997 r. na lewicę (suma głosów SLD i UP) głosowało prawie 32 proc. wyborców stanowiących niespełna 15 proc. uprawnionych do głosowania. 5,3 mln głosów oddanych w 2001 r. na koalicję SLD-UP to 41 proc. wyborców i ponad 18 proc. uprawnionych do głosowania. A zatem w ostatnich czterech latach prawica straciła niemal 2 mln głosów! Wbrew pozorom nie jest to tylko problem prawicy, ale również demokratycznego państwa.
SLD, zyskując w 1997 r. ponad 27 proc. głosów, dysponował już wtedy w miarę równomiernym poparciem we wszystkich grupach społeczno-zawodowych, z tym że - w odróżnieniu od AWS - było ono istotnie niższe wśród mieszkańców wsi. W 2001 r. SLD zdominował wszystkie badane grupy społeczne. Politycznym skutkiem przetasowań elektoratu jest zatem istnienie jednej dominującej partii oraz marginalizacja pozostałych ugrupowań.
Rozpad AWS nie może być przy tym traktowany jako główna przyczyna uszczuplenia prawicowego elektoratu. W 1993 r. rozdrobnienie prawicy było większe, co nie oznaczało dramatycznego spadku liczby głosów oddanych na prawicę jako całość. W 2001 r. prawicowi wyborcy nie chcieli głosować na coś, co postrzegali jako ofertę skompromitowaną i politycznie niewiarygodną. Jeżeli zaś decydowali się wspierać szeroko rozumianą prawicę, to wybierali partie, które oferowały wąskie, ale czytelne cele polityczne, w dodatku formułowane przez liderów zdolnych do ich realizacji.

Recepta na nową prawicę
Ocena skuteczności programowo - można powiedzieć: na pokaz - bezideowej lewicy skłania również do rewizji poglądów na temat możliwości i charakteru uprawiania polityki prawicowej. Nie chodzi o to, aby podważać znaczenie czynników ideologicznych, które uzasadniają polaryzację postaw wyborców na osi lewica - prawica. Pojmowanie wyborów w kategoriach wyłącznie ideologicznych jest jednak błędem nie tylko intelektualnym, ale także politycznym.
W 1997 r. w Polsce wyborcy oddawali głos na AWS w przeświadczeniu, że nastąpi poprawa bytu obywateli, kontynuowane będą reformy i wzrost gospodarczy, maleć będzie bezrobocie, nastąpi poprawa sytuacji rolników oraz emerytów i rencistów. Sprawy ideologiczne plasowały się za kwestiami społecznymi i gospodarczymi, choć oczywiście odegrały istotną rolę. Wybory w 2001 r. odbyły się w warunkach załamania nastrojów społecznych, wywołanego przede wszystkim zawiedzionymi nadziejami na życie w praworządnym, lepszym i zasobniejszym państwie. Niepowodzenia AWS w polityce gospodarczej i społecznej, a w dodatku głęboki kryzys polityki sanacji państwa spowodowały, że w 2001 r. wyborcy w dwójnasób zaczęli się domagać przywrócenia podstawowej dla nich hierarchii celów. Każde wybory bezwzględnie obnażają słabości ugrupowań rządzących, ale potwierdzają także na nowo hierarchię celów uznawanych przez wyborców za istotne. Znaczenie, jakie rządząca lewica przykłada do kwestii integracji z UE, pozwala przypuszczać, że kwestia ta - do tej pory marginalna - stanie się wkrótce areną głównego konfliktu ideologicznego bieżącej kadencji parlamentu.
W gruncie rzeczy będzie to bowiem wielka debata o państwie, praktyczna próba jego "uobywatelnienia". Warunkiem koniecznym, acz niewystarczającym do zrealizowania tego projektu, jest odbudowa prawicy zdolnej do reprezentowania wyborców w najważniejszych kwestiach gospodarczych, społecznych i ideowych, jakie staną przy okazji referendum europejskiego. Aby tak się stało, prawica będzie musiała nie tyle udowadniać, że istnieje (w wypadku "partii małych" manifestuje się to najczęściej poprzez kontestację), ile wziąć odpowiedzialność za realny kształt rzeczy w państwie. Prawica musi odnieść swoje ideowe credo do dylematów związanych z plagą bezrobocia, brakiem kapitału w gospodarce, destabilizacją finansów publicznych przechodzącą pomału w kryzys gospodarczy, z zagrożeniem bezpieczeństwa wewnętrznego i zewnętrznego. Bez tego groźba bezalternatywności SLD stanie się rzeczywista, a nasze państwo będzie jeszcze bardziej "nie nasze" dla niebezpiecznie wielkiej rzeszy obywateli. A sądy tak czy inaczej będą w Strasburgu... W końcu tam najłatwiej wygrywa się sprawy przeciwko własnemu państwu, nawet nie będąc obywatelem Unii Europejskiej.
Więcej możesz przeczytać w 5/2002 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

-
 0