Szpital to nie fabryka guzików

Szpital to nie fabryka guzików

Dodano:   /  Zmieniono: 
Rozmowa z MARIUSZEM ŁAPIŃSKIM, ministrem zdrowia

Janusz Michalak: Sprzeciwił się pan Markowi Belce, kiedy ten w Klarysewie zaproponował wprowadzenie częściowej odpłatności za niektóre usługi medyczne?
Mariusz Łapiński: Doszło między nami do wymiany argumentów. Stwierdziłem, że naszego społeczeństwa nie stać na wprowadzenie współodpłatności za świadczenia zdrowotne. Zresztą od dłuższego czasu różnimy się z ministrem Belką w ocenie tego, co się dzieje w służbie zdrowia. Ale to normalne między ministrem zdrowia a ministrem finansów.
- Twierdzi pan zatem, że wszystkim Polakom należy się najlepsze (co przeważnie oznacza najdroższe) leczenie za darmo?
- Uważam, że powinniśmy zapewnić równy dostęp do świadczeń zdrowotnych - i tym, którzy mają pieniądze, i tym, którzy ich nie mają. Nie możemy budować opieki zdrowotnej jak w Trzecim Świecie, gdzie brak pieniędzy oznacza śmierć. Jestem przedstawicielem rządu socjaldemokratycznego, a my odpowiadamy za najbiedniejszych, najsłabszych.
- Przecież doskonale pan wie, że i u nas ten, kto ma pieniądze, ma łatwiejszy dostęp do leczenia, a ten, kto ich nie ma, umiera często w kolejce do zabiegu lub łóżka albo z powodu złego leczenia.
- Naszym obowiązkiem jest zapewnienie leczenia na poziomie skody czy poloneza. Jeśli ktoś chce się leczyć na poziomie mercedesa, niech do tego dopłaca.
- Jeżeli na leczenie jednego ubezpieczonego przypada u nas rocznie 500 zł, to nie jest to ani skoda, ani polonez, tylko raczej zdezelowany mały fiat.
- Oczywiście, ci, którzy zarabiają więcej i odprowadzają większą składkę na ubezpieczenie, chcieliby wydawać te pieniądze tylko na leczenie samych siebie. Tymczasem nigdzie na świecie nie jest to możliwe, gdyż istnieje zasada tzw. solidaryzmu społecznego. Ci, którzy odprowadzają większą składkę, łożą na płacących mniej, ci, którzy są zdrowi, płacą za leczenie chorych. Nie wprowadzajmy więc kolejnego liberalnego modelu. Liberalizm już mamy w funkcjonowaniu zakładów pogrzebowych i widać, w jaki sposób odbiło się to na zakładach opieki zdrowotnej.
- A może właśnie z powodu niedostatku liberalizmu w służbie zdrowia panuje chaos i marnotrawstwo, a niektórzy pracownicy wyznają relatywizm moralny.
- To są rezultaty wprowadzania reformy. W 1997 r. - według Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) - mieliśmy system ochrony zdrowia w miarę wydolny...
- ...nie było marnotrawstwa, korupcji, kolejek, fatalnej opieki, złego leczenia?
- W rankingu WHO, która brała pod uwagę długość życia, dostępność świadczeń, poziom finansowania, zajmowaliśmy wśród 191 badanych krajów dobre miejsca. Mieliśmy wydolny system mimo niskiego poziomu finansowania ze środków publicznych. Dzisiaj mamy znacznie mniej funduszy - aż 30 proc. środków pochodzi ze źródeł prywatnych, co jest ewenementem w Europie - i znacznie gorszą wydolność systemu. Te odczucia potwierdzają także badania opinii publicznej. Tak więc lepiej by było, gdyby ostatniej reformy systemu zdrowia nie wprowadzano.
- Panie ministrze, czy pańskim ideałem jest służba zdrowia z lat 70. i 80.?
- To absurd. Najbliższy jest mi brytyj-ski narodowy system ochrony zdrowia. Uważam, że już dziś mamy jego elementy - lekarza pierwszego kontaktu i publiczne szpitale.
- Będzie pan rządził kasami chorych, powołał pan własne biuro praw pacjenta, zlikwidował krakowski ośrodek przyznający akredytacje szpitalom i stworzył taki zespół w ministerstwie... Pańskim ideałem jest totalna kontrola i centralizacja?
- Nie, ale ten model wynika z konstytucji. Tam jest napisane, że za funkcjonowanie opieki zdrowotnej odpowiada rząd. A żeby móc to robić, musi mieć wpływ na jej finansowanie. To jest zbyt ważna sfera, aby ją puścić na żywioł. Nie ma to jednak nic wspólnego z powrotem do systemu z lat 70. i 80. Polska jest już innym krajem, a pieniądze na zdrowie nie znajdują się w budżecie, tylko są wydzielone. W przeciwnym razie pan wicepremier Belka dawno by zabrał ze 4 mld zł, żeby załatać dziurę budżetową. A tak nie może tego zrobić.
- Kiedy będzie się można leczyć w szpitalu o wyższym standardzie?
- Już teraz to jest możliwe, gdyż niektóre placówki prowadzą działalność komercyjną. Trzeba tylko podzielić szpitale na część publiczną i prywatną. Ta druga ma zarabiać na pierwszą. Niepubliczne ZOZ-y prowadzone przez szpital mogą wynajmować część wolnych pomieszczeń - na przykład od godziny czternastej do wieczora - i prowadzić w nich działalność odpłatną. Zarobi lekarz, pielęgniarka i szpital.
- A zapłaci pacjent - lepiej będzie leczony "po czternastej". Czy nie uczciwiej byłoby po prostu pozwolić na konkurencję publicznych i prywatnych przychodni i szpitali?
- Tylko jakoś tych prywatnych jednostek nie przybywa. Na razie mamy jedynie około tysiąca prywatnych łóżek. A szpitale prywatne od razu zawierają kontrakty z publicznymi, żeby móc korzystać z ich dobrego wyposażenia w aparaturę.
- Zablokowanie rozwoju prywatnych placówek wynika z nierównego dostępu do pieniędzy. Która kasa chorych - albo w przyszłości fundusz - zawrze kontrakt z prywatną, choćby najlepszą placówką, jeśli ma na terenie publiczny, nawet fatalny szpital?!
- To nieprawda, nie ma żadnej nierówności w dostępie do kontraktów kas chorych.
- Nie widzi pan niebezpieczeństwa narastania korupcji w służbie zdrowia?
- Korupcja to problem grubo przesadzony. Kiedyś zrobiłem ankietę wśród pacjentów szpitala przy ul. Banacha, którym kierowałem. Wpłynęło około 3 tys. anonimowych odpowiedzi. Okazało się, że na pytanie o wręczanie korzyści ma-terialnych twierdząco odpowiedziało 5-6 proc. ankietowanych.
- Kwestionuje pan więc wyniki profesjonalnych badań tego zjawiska, między innymi ostatni raport Fundacji Batorego, który dowodzi rosnącej korupcji w służbie zdrowia?
- Mamy tutaj do czynienia z nieporozumieniem. Badania, o których pan mówi, nie rozróżniają "uzależnienia leczenia od przyjęcia korzyści majątkowej" od "dowodów wdzięczności". O ile to pierwsze jest niedopuszczalne, o tyle z dowodami wdzięczności mamy do czynienia także w innych krajach. Wielokrotnie już urywano mi kieszeń, próbując wcisnąć do nich koperty.
- Chce pan stworzyć w otaczającym nas morzu gospodarki kapitalistycznej wyspę socjalizmu - medycynę scentralizowaną, wyjętą spod praw rynku?
- Jak działa wolny rynek w medycynie, najlepiej widzimy na przykładzie USA. Amerykański system ochrony zdrowia jest bardzo drogi, bo - według WHO - zajmuje pierwsze miejsce na świecie pod względem środków przeznaczanych na mieszkańca, natomiast jest dopiero na 34. miejscu, jeśli chodzi o dostępność świadczeń oraz sprawność załatwiania chorych. W Europie jest zupełnie inaczej. Również tak zachwalany niemiecki system oparty na kasach chorych nie zdał egzaminu i ewoluuje w kierunku systemu brytyjskiego. Problem polega na tym, że ta sfera musi pozostać pod kontrolą państwa. Szpital to nie fabryka guzików, tutaj leczy się ludzi.

Więcej możesz przeczytać w 7/2002 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

-
 0