Handel blachami

Handel blachami

Dodano:   /  Zmieniono: 1
Proceder wygląda tak. Przyjeżdżam pierwszy na miejsce wypadku i oferuję klientowi odholowanie rozbitego auta
400 złotych za zgłoszenie rozbitego auta inkasują policjanci od firm holowniczych - ustalili dziennikarze "Wprost" i Radia Zet

  Wówczas podchodzi policjant i mówi, że tego auta nie dostanę. Jeśli próbuję przekonywać klienta, policjant odradza mu skorzystanie z moich usług, twierdząc, że obiję samochód. Po chwili przyjeżdża "właściwa" pomoc drogowa i policjant bez żenady bierze pieniądze za blachę (uszkodzony samochód) - opowiada właściciel firmy z Mińska Mazowieckiego, zajmującej się holowaniem uszkodzonych aut. Według prokuratury, w jego mieście funkcjonuje korupcyjny układ między policjantami a pomocą drogową. 27 lutego w Siedlcach rozpocznie się proces w tej sprawie.
- Siedmiu funkcjonariuszy zostało oskarżonych o przyjmowanie korzyści majątkowych. Pięciu z nich jest podejrzanych o branie łapówek od tzw. holowników wzywanych na miejsce kolizji drogowych. Udowodniono im, że w zamian za przekazywanie informacji o wypadku otrzymywali pieniądze. Wysokość łapówki zależała od tego, w jakiej odległości od Mińska Mazowieckiego zdarzyła się kraksa, i wynosiła od 50 do 200 złotych - informuje Bożena Grochowska-Małek z Prokuratury Okręgowej w Siedlcach.
Sprzedawanie przez policjantów informacji o "blachach" dotyczy całej Polski.
- Połowę zleceń firmy holownicze pozyskują dzięki korupcyjnym układom z policjantami. Proceder jest tak pomyślany, żeby zarobiła każda ze stron: policjant, pomoc drogowa i warsztat naprawczy. Za funkcjonowanie tego układu ostatecznie płaci właściciel auta, które ucierpiało w wypadku - opowiada Remigiusz Witkowski, prezes Ogólnopolskiego Stowarzyszenia Właścicieli Pomocy Drogowej.

Czyja pomoc
Policjant może nakazać, aby auto odholowała na parking policyjny współpracująca z komendą pomoc drogowa, jeśli:
  • pojazd ma przejść badania procesowe (na przykład trzeba ustalić winnego albo przyczynę wypadku)
  • kierowca był pijany
  • kierowca nie miał przy sobie dowodu opłaty OC lub dokumentów
  • auto tarasuje drogę
  • auto jest zaparkowane w złym miejscu
(Nie)czysty interes
Na czym polega interes? Kiedy kierowca jest jeszcze w szoku, zaprzyjaźniona z policją pomoc drogowa pakuje jego auto na lawetę. Pracownik prosi o podpisanie dokumentów i zapewnia, że o nic nie trzeba się martwić. Wszystko załatwi i nie będzie to nic kosztować, a w dodatku na czas naprawy poszkodowany otrzyma samochód zastępczy. Ale nic nie jest za darmo. Otrzeźwienie następuje po kilku godzinach. Do kierowcy dociera, że ma przecież polisę ubezpieczeniową assistance i przysługuje mu darmowe holowanie. Samochodu zastępczego przeważnie nie otrzymuje albo musi za niego zapłacić. Właściciel warsztatu zwraca się o zapłatę za naprawę auta do ubezpieczyciela albo rachunek dostaje kierowca.
Nawet gdy w wyniku stłuczki nikt nie został ranny ani nie ma wątpliwości, kto zawinił, policjant wzywa zaprzyjaźnioną firmę holowniczą, która odwozi auto do współpracującego z nią warsztatu samochodowego. Uczestnik kolizji najczęściej nie wie, że w takiej sytuacji funkcjonariusz nie może decydować o tym, kto odtransportuje pojazd.
- Gdy w okolicy doszło do wypadku, funkcjonariusz, z którym się umawiałem, wprawdzie do mnie zadzwonił, ale poinformował również konkurencję. Nie wiedziałem, że konkurent podbił stawkę, i gdy dotarłem na miejsce, wrak był już na jego lawecie - mówi nasz informator z Mińska Mazowieckiego. Łapówki za informacje o "blachach" biorą głównie tzw. ruchacze, czyli funkcjonariusze z drogówki. Płaci się im po prostu na ulicy albo w umówionym miejscu. Czasem biorą też dyżurni ruchu.


Cennik
  • Pomoc drogowa policji za informacje o kolizji drogowej płaci (w zależności od regionu Polski i rodzaju usługi) od 50 zł do tysiąca złotych (za najbardziej intratne zlecenia, na przykład transport samochodu z zagranicy). Przeciętna stawka to 400 zł.
  • Warsztaty samochodowe pomocy drogowej za przywiezienie rozbitego auta płacą 500-800 zł.
Wyścig po "blachy"
Często po uszkodzone auto przyjeżdża kilka lawet, bo właściciele firm mają informacje od różnych policjantów. W każdej dzielnicy Warszawy działa kilku holowników. Niektórzy otrzymują wiadomość o wypadku od dyżurnego z komendy szybciej niż funkcjonariusze ruchu drogowego. Dzięki temu są szybsi od konkurentów.
- Wiem, że u nas w komendzie bierze się pieniądze od holowników. Jeśli zacząłbym mówić o tym głośno, przesunięto by mnie na niższe stanowisko albo pracowałbym w gorszych godzinach. Oczywiście nie wszyscy biorą. Ale ci, którzy tego nie robią, siedzą cicho i nie wtrącają się w biznes kolegów - opowiada policjant z województwa wielkopolskiego. Zastanowiło nas, jak bardzo obawia się identyfikacji - zgodził się z nami rozmawiać w lesie, kilkanaście kilometrów od trasy A-2. Dowiedzieliśmy się również, że firmy płacące łapówki organizują imprezy, na które zapraszani są współpracujący z nimi policjanci.
- Niedawno byłem świadkiem kolizji. Zadzwoniłem do swojego pracownika, który po pojawieniu się na miejscu usłyszał od policjanta, że nie jest potrzebny. Stanął więc z boku i czekał. Po jakimś czasie przyjechała konkurencyjna pomoc drogowa i zabrała uszkodzone samochody - opowiada Marek Łęczny, właściciel firmy Auto-A-Problem z Lublina. Od jedenastu lat działa na rynku, więc dobrze go zna. Obecnie liczą się tylko ci, którzy płacą policjantom.


[ uklad scalony ] Układ scalony
Proceder handlowania "blachami" kwitnie od lat. W grudniu 1998 r. zakończyło się śledztwo w sprawie kilkunastu sosnowieckich policjantów oraz właściciela firmy holującej samochody. Prokuratura zarzuciła im łapówkarstwo. Wpadli, bo właściciel malucha, który poskarżył się na zawyżony rachunek za odwiezienie auta. W tej sprawie nie zapadł jeszcze wyrok (proces odbywa się przed sądem w Zawierciu).
Dziennikarz "Gazety Morskiej", podający się za właściciela rozbitego samochodu, rozmawiał telefonicznie z funkcjonariuszem gdyńskiej drogówki, który - według informacji gazety - wraz z żoną prowadził firmę holowniczą. Policjant omawiał z dziennikarzem warunki transportu uszkodzonego pojazdu. Gdy dziennikarz zadzwonił powtórnie i powiedział, kim jest naprawdę, policjant wszystkiemu zaprzeczył. - Postępowanie wyjaśniające w tej sprawie nie wykazało, aby policjant naruszył prawo. Jest on nadal pracownikiem gdyńskiej policji, ale już nie drogówki - wyjaśnia Danuta Wołk-Karczewska, rzecznik prasowy komendanta miejskiego policji w Gdyni.
- Policjanci wręcz wymuszają pieniądze na firmach zajmujących się holowaniem. Mnie straszono, że jeśli nie będę płacił, to przestanę jeździć. Dopóki płaciłem stróżom porządku tyle, ile chcieli, dopóty nie było zastrzeżeń do mojego starego samochodu. Ale kiedy kupiłem nowoczesne auto i odmówiłem wręczenia doli, natychmiast się okazało, że mam niesprawny wóz - opowiada właściciel warszawskiej firmy.
Walcząc o klientów, przedsiębiorcy nie przebierają w środkach. Palone są samochody, zastraszani pracownicy. Kilkanaście miesięcy temu w białostockich gazetach ukazały się nekrologi szefa pewnej firmy, podpisane przez osoby podające się za policjantów i kolegów z branży.

Klient zapłaci
Oficjalnie policja współpracuje z tymi firmami holowniczymi, które wygrały przetarg. To one powinny przewozić na policyjne parkingi (nierzadko należące do tych firm) samochody, które z różnych powodów muszą być sprawdzone. W rzeczywistości do przetargów staje się często tylko po to, aby mieć formalne potwierdzenie współpracy z policją. Świadczą o tym oferowane ceny. Nikt przy zdrowych zmysłach nie biłby się przecież o prawo do zwożenia uszkodzonych samochodów za kilka groszy. - Jeśli pomoc drogowa wycenia swoją usługę na dziesięć groszy albo nawet grosz (bo i taką umowę widziałem), to musi mieć inne źródła zarobkowania. To karygodne i ewidentnie korupcyjne. Takich umów policja nie powinna zawierać - uważa Witkowski.
Handel "blachami" powoduje, że usługi pomocy drogowej są coraz droższe. Właściciele firm płacących policjantom łapówki muszą sobie powetować dodatkowe koszty. Tymczasem chory system można stosunkowo łatwo uzdrowić.
- Wywalczyłam to, że oficjalne umowy z policją ma obecnie pięć pomocy drogowych - mówi Gabriela Druzgała, szefowa firmy z Tarnowskich Gór. - Ustaliliśmy listę, a dyżurny policjant zleca wyjazd pierwszemu, potem drugiemu, trzeciemu itd. Jeśli w danym czasie nie ma jakiegoś holownika, traci kolejkę. Wszyscy mamy podobne ceny, a system obowiązuje zarówno przy wyjazdach na koszt policji, jak i klientów. Jeśli funkcjonariusze będą sprawdzani przez przełożonych (na przykład poprzez analizę połączeń telefonicznych czy wyrywkowe ustalenie, jaką pomoc i kiedy wezwano), skończy się dawanie w łapę - dodaje Druzgała.
W wielu miastach podobny system się nie sprawdził. - Tworzenie list nie ma sensu, bo tylko sankcjonuje się w ten sposób korupcję. To załatwienie sprawy w białych rękawiczkach przez wszystkich zainteresowanych - uważa Witkowski. Jego zdaniem, sytuację może poprawić na przykład wprowadzenie ogólnopolskiego telefonu pomocy drogowej - na miejsce wypadku przyjeżdżałaby laweta firmy położonej najbliżej lub wybranej przez zainteresowanego.


PAWEŁ BIEDZIAK rzecznik prasowy komendanta głównego policji
Dwie sprawy udało nam się już rozwiązać systemowo. Chodzi o transport zwłok z miejsca wypadku, a także przewóz samochodów przeznaczonych do badań eksperckich. Te usługi wykonują firmy, które wygrały przetargi i z którymi mamy podpisane umowy zgodnie z ustawą o zamówieniach publicznych.
Zdawaliśmy sobie sprawę, że istnieje jeszcze jedna kwestia do uregulowania: transport z miejsca wypadku samochodów, które nie muszą być badane. Wiemy, że tutaj pojawiają się nadużycia. Z powodu przyjmowania korzyści majątkowych od holowników rocznie wyrzucamy z pracy około 50 policjantów.
Zobowiązaliśmy starostów, aby podzielili powiaty na sektory i na podstawie przetargów wyznaczyli pomoce drogowe w nich działające. Listy z firmami trafiły do policji. Jeśli poszkodowany będzie chciał wezwać inną pomoc niż proponowana przez policjanta, będzie się musiał podpisać w jego notatniku pod odpowiednią informacją. Wiadomość o tym znajdzie się w raporcie z wypadku. Gdy stwierdzimy, że dana załoga za każdym razem wzywa jedną pomoc drogową, będziemy mogli wszystko skrupulatnie sprawdzić. Zdecydowaliśmy także, że tylko oficer dyżurny może wezwać pomoc drogową i tylko z telefonu z rejestratorem rozmów. W wyjątkowych sytuacjach może to też zrobić załoga z radiowozu. Rozwiązania te są obecnie wprowadzane w życie.
Więcej możesz przeczytać w 9/2002 wydaniu tygodnika e-Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 1
  • Manio   IP
    Temat stary jak świat i ciągle w dzisiejszych czasach narastający NIESTETY