Jestem antymodernistą

Jestem antymodernistą

Dodano: 
Rozmowa z CZESŁAWEM MIŁOSZEM
Justyna Kobus: W najnowszym tomiku "Druga przestrzeń" szuka pan języka, który pozwoliłby opisać sfery życia religijnego uchodzące za nietykalne. Uderzyło mnie, że chwilami czyni to pan z pozycji agnostyka.
Czesław Miłosz: To prawda. Piszę poezję tą częścią siebie, która jest ateistyczna. Dlatego mam nadzieję, że moja książka jest zarówno dla wierzących, jak i niewierzących. Mam zresztą opory wobec zaszufladkowania mnie jako poety religijnego. Ks. Jerzy Szumik, który napisał o mnie książkę, chyba trochę przeciągnął kołdrę na swoją stronę... Najważniejszym tematem moich wierszy jest pytanie: skąd bierze się zło? Nie ma na nie odpowiedzi, ale warto je sobie ciągle zadawać.
- Do polskiego katolicyzmu zniechęcało pana traktowanie religii jako politycznej tuby.
- Zawsze odstręczało mnie od katolicyzmu sprzężenie z nacjonalizmem, najbardziej w latach 30. Przez ostatnie lata mierziło mnie błogosławienie, kropienie wszelkiego rodzaju przedsięwzięć. Uważam to za jakieś wynaturzenie religii. Ona jest związana oczywiście z obrzędowością, ale polityczne zrosty są bardzo szkodliwe.
- Pana wadzenie się z Bogiem przywodzi na myśl romantyków.
- Przyznaję się do bliskich związków z tamtą epoką. Jak wyznałem w "Traktacie?" w 1820 r. "bywałem" w Szczorsach, gdzie mieściła się największa biblioteka na Litwie i gdzie młody Mickiewicz czytał Jakuba Böhme.
- I pan się dziwi, że postrzega się pana jako klasyka?!
- Rzeczywiście mam wyraźne zapędy w kierunku klasyki, przynajmniej jeśli chodzi o język. Zawsze uważałem, że najpiękniejszą polszczyzną pisali Krasicki i Trembecki, no i Mickiewicz. Lubię naszą literaturę od momentu, w którym przezwyciężony został barok sarmacki.
- O współczesnej literaturze wyraża się pan chłodno: "Im więcej w niej artyzmu, tym więcej nudy".
- Czuję niechęć do wielu rzeczy, które pojawiają się w literaturze. W Polsce istnieje niezrozumiały szacunek dla tzw. artyzmu. Polega to na tym, że to, co nudne, uważa się - nie wiedzieć czemu - za atrakcyjne artystycznie. A wszystko, czego zrozumieć w ogóle się nie da, to postmodernizm. Sam siebie nazywam więc pisarzem antymodernistycznym. Staram się jednak stosować taryfę ulgową wobec ostatnich 10 lat, gdyż musi upłynąć więcej czasu, by polscy pisarze odnaleźli w nowej rzeczywistości własny język. Najwięcej owego pseudoartyzmu widzę w polskim teatrze. Drażni mnie też powszechny ekshibicjonizm sztuki.
- Ale ekshibicjonizm zdominował całą naszą kulturę. Dowodzą tego programy typu reality show.
- Ależ to nic nowego! Ludzkość przerabiała to już w starożytnym Rzymie, gdzie organizowano widowiska polegające na kopulacji na scenie albo na mordowaniu się gladiatorów. Wkrótce zaczniemy pokazywać na żywo zabijanie ludzi... Myślę, że to największy grzech naszej cywilizacji - seks i przemoc trafiają najłatwiej do niepiśmiennych, którzy są wobec nich bezbronni. Prof. George Stayner z Genewy zaproponował nawet kiedyś... wprowadzenie cenzury, co oczywiście nie spotkało się z przychylnym przyjęciem. Dowodzi jednak, jak poważny to jest problem.
- Czy Nobel odmienił w gwałtowny sposób życie profesora literatury w Berkeley?
- Chyba nie... Na pewno zmienił moją sytuację w Polsce - zaczęto mnie w końcu wydawać. W Ameryce poza wykładami miałem jeszcze inne zajęcie - jeździłem z wieczorami autorskimi, czytając swoje wiersze. Przed Noblem otrzymałem prestiżową w Ameryce nagrodę literacką Neustadt i moje akcje wzrosły.
- Interes zaczął się kręcić!
- Jak najbardziej.
- Bliski jest panu manichejski podział świata. Sztuka przełomu wieków też za nim zatęskniła.
- Dostrzegam to przede wszystkim w kinie - choćby w filmie Davida Lyncha "Prosta historia", w słynnym "Władcy pierścieni". Czytałem Tolkiena w latach 60. w Berkeley, był to wówczas autor kultowy moich studentów. A ta powieść to przecież historia walki Dobra ze Złem, bardzo jasno zakreślona i ascetyczna od strony obyczajowej. Tolkien był konserwatywnym rzymskim katolikiem i nie umieścił tam żadnych seksualnych wstawek. A jednak długowłosi bitnicy w Berkeley, manifestujący na każdym kroku swobodę seksualną, oszaleli na jego punkcie.
- Przeciętny Polak myśli sobie: taki Miłosz to ma dobrze, ustawił się dzięki nagrodzie. A jak jest naprawdę?
- Całe życie miałem z pieniędzmi problemy. Zarabiałem w różny sposób - jako urzędnik, dyplomata, wreszcie wykładowca. Dobrze płatne - zwłaszcza po Noblu - były wieczory poetyckie. Nagroda Nobla to nie jest tak strasznie dużo pieniędzy. Nie mogę powiedzieć, że mogę mieć wszystko. I wcale bym nie chciał.
Okładka tygodnika WPROST: 9/2002
Więcej możesz przeczytać w 9/2002 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0