Parówki w chmurach

Parówki w chmurach

Dodano:   /  Zmieniono: 
Odginam z ogromnym zaciekawieniem blaszaną pokrywkę gorącego pudełka
Drogi Bobku! 

Nie idzie. Pomagam sobie nożem. Ba, ale blacha jest twarda, a nóż plastikowy. Trzask, nóż się złamał. Nie daję jednak za wygraną i chwytam za długopis - też plastikowy, za to twardszy. Poszło. Unoszę prostokątne wieko i co się ukazuje moim oczom i ujawnia nosowi? Ociekająca kwaśnowatym tłuszczem wieprzowa parówa. Nie tam żadna wiedenka cielęca, tylko z tych najgorszych, filuternie zawinięta w cieniutki blady omlet całkowicie pozbawiony smaku. Do tego bułka tenisowa, czyli twarda i sprężysta. Może zjem choć tę bułkę z masłem. Biorę nóż od sąsiada, ale twarde masło nie chce się rozsmarować, klei się do plastikowego sztućca, bułka się kruszy, w cholerę z tym. Wypijam sok i macham do stewardesy, żeby mnie uwolniła od tej parówy. Co za koszmar! Lecę LOT-em do Londynu.
A w drodze powrotnej... Otwieram aluminiowy pojemnik i witam się znów z omletem, tym razem trzy razy dłuższym, poskładanym w pięć warstw jak jakiś szalik. Omlet posklejany jest maziowatym sosem z marynowanej papryki i ogórków. Z wierzchu ta potrawa przykryta jest grubym plastrem spoconego boczku.
Są na świecie linie pasażerskie, które na dobrym jedzeniu i obsłudze budują swój image, jak Singapore Airlines czy linie brazylijskie. My też byśmy mogli. Zwłaszcza że dobrze pamiętam, iż całkiem jeszcze niedawno w Locie karmiono nieźle, ba, lepiej niż w większości wielkich światowych linii. Nie uwierzę, żeby ten dotkliwy upadek cateringu miał większy związek z trudną sytuacją finansową przedsiębiorstwa. I nikt mi nie wmówi, że po 11 września niebezpieczniej jest w samolocie jeść metalowymi sztućcami.
Lecąc z Glasgow do Londynu, o szóstej rano potraktowany zostałem gorącym śniadaniem w postaci metalowej puszki nadzianej wstrętną, zmacerowaną kiełbaską w towarzystwie rozkwaszonego pieczonego pomidora, kilku pieczarek, ziemniaków purée i grubego plastra spoconej (jak wyżej) szynki. Wstrząsające! Do tego gorący napój jak z angielskiego dowcipu: "Jeżeli to kawa, to poproszę herbatę, a jeśli to herbata, to poproszę kawę".
Takie to straszne przygody spotkały mnie w chmurach, o czym donosi Ci szczerze oddany

Bikont Podniebny


Piotrze!

SĄ wielkie wzorce do naŚladowania i drogowskazy pozostawione przez najwybitniejszych przedstawicieli ludzkości. Gioacchino Rossini tworzył genialne opery i dania, ale był też człowiekiem nie uznającym w sprawach sztuki, więc i stołu, żadnych kompromisów. Przemierzając Europę, potrafił całymi dniami nic nie jeść, jeśli nie odnalazł godnych swego podniebienia pokarmów, czym nieraz doprowadzał się na skraj wycieńczenia. Wiem, że signor Rossini to wzór niedościgły dla nas słabych i grzesznych, lecz jedno cieniom mistrza moglibyśmy obiecać: nigdy, ale to przenigdy nie jeść niczego w samolotach!
Ja latam tylko w stanach najwyższej konieczności. Zamknięty w pudle aeroplanu dostaję histerycznego napadu klaustrofobii połączonej z lękiem wysokości, lecz i tak rzeczonych konieczności było już co najmniej kilkadziesiąt. I co? Prawie zawsze klęska.
Rzeczywiście, również odnoszę wrażenie, że LOT nieco obniżył ostatnio jedzeniowe loty. Ostatnio nawet zdawało mi się, że był to nielot. Wprawdzie zasiadłem na pokładzie Iberii, ale wielki ptak wystartował ze stolicy Mazowsza, zatem podano dania tam właśnie sprokurowane. Była to jakaś bliżej nie określona, jakby lazaniopodobna maź z udziałem mrożonego szpinaku, takiego zmielonego na miazgę, jakim od lat maniakalnie prześladuje nas Hortex. I myślę sobie, że te świństwa wynikają z niepotrzebnych ambicji. Z tego, co pomnę, siłą LOT-u była zawsze rzetelna prostota: smaczne pieczywo i masło, przyzwoite wędliny. Ale cóż, jakość polskich wędlin i pieczywa ostatnimi laty się popsuła, a w Locie, miast znaleźć dobrych, stałych dostawców produktów elementarnych, jęli się silić na kuchnię międzynarodową i pseudowymyślną, która w samolotowych warunkach udać się nie może. Ale pocieszę Cię, a raczej czytelników usposobionych narodowo, że w innych liniach też karmią paskudnie. Podobno znośnie jest jedynie w samolotach Niki Laudy. To co? Przyrzekamy coś sobie i panu Rossiniemu? Choć samolot bliżej nieba, to może signor Gioacchino nie dostrzeże, jak z podręcznego bagażu będziemy wyciągać kanapki.

Twój RM
Więcej możesz przeczytać w 12/2002 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

-
 0