Argentyńska lekcja

Argentyńska lekcja

Dodano:   /  Zmieniono: 
Przyczyną kryzysu w Argentynie nie były liberalne reformy, lecz nieodpowiedzialne państwo
Wiele ostatnio pisano o kryzysie w Argentynie. Nie miałem zamiaru wypowiadać się na ten temat, zmieniłem jednak zdanie, gdy zauważyłem, że argentyński kryzys zaczyna być wykorzystywany jako dowód na rzekome fiasko prorynkowych reform w naszym kraju i w ogóle w świecie. Miałem okazję przekonać się o tym m.in. podczas niedawnej sejmowej "debaty" o polityce monetarnej w Polsce.
Na pierwszy rzut oka Argentyna dobrze się nadaje na antyrynkowy straszak. W tym kraju rzeczywiście przeprowadzono na początku lat 90. głębokie reformy: zliberalizowano handel zagraniczny i wewnętrzny, sprywatyzowano 90 proc. przedsiębiorstw państwowych, wzmocniono nadzór bankowy, dokapitalizowano banki, uproszczono system podatkowy. Najgłośniejszą częścią pakietu reform było wprowadzenie nowego systemu monetarnego, tzw. izby walutowej (currency board), w której ramach argentyńskie peso stało się w pełni wymienialne i sztywno powiązane z dolarem w stosunku 1:1. Pozwoliło to zerwać z galopującą inflacją, zdecydowanie obniżyć stopy procentowe i stopniowo odbudowywać zaufanie do pieniądza.
Dziesięć lat później gospodarka się "zwija" - Argentyna bankrutuje i zrywa więź peso z dolarem, ludzie nie mogą wycofać swoich oszczędności z banków i wychodzą na ulice.
W ciągu paru tygodni czterokrotnie zmienił się prezydent. Czy nie jest to wystarczający dowód na fiasko "monetaryzmu" i liberalizmu? Wiem, oczywiście, że szanowni czytelnicy nie mylą prostego następstwa czasowego z zależnością przyczynowo-skutkową. Argentyński przypadek jest jednak tak ważny, że zasługuje na kilka słów wyjaśnienia.
Dzięki reformom w latach 90. w Argentynie tempo wzrostu gospodarczego wynosiło średnio 5 proc. rocznie, znacznie więcej niż w latach 80., gdy państwo tkwiło w okowach etatyzmu. Reformy nie były jednak kompletne. Pozostały skrajne usztywnienia w dziedzinie stosunków pracy, związki zawodowe zachowały dużą władzę. Edmund Phelps, wybitny amerykański ekonomista, nazwał argentyńskie rozwiązanie "rynkiem pracy w stylu Mussoliniego".
Deformacje stosunków pracy stanowiły tylko część dziedzictwa czasów Perona, skrajnego populisty, który z poparciem mas przeprowadził Argentynę z "pierwszego" do "trzeciego" świata. Reformy z początku lat 90. nie objęły podstawowych struktur państwa. Pozostała rozdęta administracja publiczna, korupcja, niesprawny aparat wymiaru sprawiedliwości. Peron zniszczył wszystkie niezależne instytucje, m.in. cieszący się wcześniej autorytetem Sąd Najwyższy. Było zwyczajem, że prezydenci mianowali większość członków tego sądu spośród osób proponowanych przez opozycję. Peron zerwał z tą tradycją, czyniąc z sędziów marionetki. Podobnie postąpił jego następca Carlos Menem (ten, który poparł prorynkowe reformy). Niezadowolony ze składu sądu zwiększył liczbę jego członków z 5 do 9 osób, dodając oczywiście swoich zwolenników.
W wyniku niereformowania struktur państwa i - szerzej - sfery polityki utrzymała się jeszcze inna pozostałość peronizmu: nieodpowiedzialność w zarządzaniu finansami publicznymi. Szybkiego wzrostu gospodarki w latach 1991-1994, który był rezultatem stabilizacyjnych i prorynkowych reform, nie wykorzystano do głębszej naprawy finansów państwa. Przeciwnie, rozdęto wydatki socjalne, które rosły szybciej niż PKB - w 1989 r. stanowiły mniej więcej połowę wydatków publicznych, w roku 2000 - dwie trzecie. W tym samym czasie rosło zadłużenie zagraniczne i nasiliły się wyłudzenia socjalne. Zwiększono obciążenia gospodarki wydatkami socjalnymi, zapominając, że po latach szybkiego wzrostu mogą nadejść trudniejsze czasy.
I tak się rzeczywiście stało. Wzrost gospodarczy spadł z 3,9 proc. w 1998 r. do -4 proc. w 1999 r., -0,5 proc. w 2000 r. oraz -5 proc. w 2001 r. Trwa debata nad tym, co się do tego przyczyniło. Pewną rolę odegrał tu kryzys gospodarczy w Brazylii w 1998 r. i dewaluacja reala. Wiele się również mówi o sztywnym kursie peso, "przewartościowanym" w stosunku do dolara. Jak jednak zauważył Steve Hanke, były doradca rządów Argentyny, Indonezji, Litwy i Wenezueli, Argentyna zwiększała swój eksport w latach 90., a także w roku 2000 i 2001. Poza tym w innych krajach, które wprowadzały rozwiązania podobne do argentyńskich, na przykład w Hongkongu czy Salwadorze, nie doszło do gospodarczej katastrofy. Tłumaczenie przyczyn kryzysu w Argentynie sztywnym kursem peso jest więc powierzchowne i mało przekonujące.
W trudniejszych czasach dały o sobie znać słabości argentyńskiego państwa - efekt nie dokończonych reform. W dobrych czasach politykę trzeba prowadzić tak, aby państwo było zdolne przetrwać trudniejsze czasy. W Argentynie pogwałcono tę zasadę, w efekcie kraj wpadł w spiralę kryzysu. Budżetowe rozdawnictwo doprowadziło do rosnącego deficytu oraz zwiększenia wydatków na spłatę zagranicznych długów i odsetek (z 61,6 proc. wartości eksportu w 1996 r. do 104 proc. w 2000 r.). Z powodu rosnącego ryzyka niewypłacalności państwa zwiększały się premie, jakie trzeba było płacić zagranicznym wierzycielom, zaciągając nowe długi. W grudniu 1999 r. oprocentowanie obligacji emitowanych przez Argentynę było o 6,1 punktu procentowego wyższe od oprocentowania porównywalnych amerykańskich papierów skarbowych, w lipcu 2001 r. - o ponad 13 punktów procentowych, a w grudniu 2001 r. - o 40 punktów procentowych! Jednocześnie wśród Argentyńczyków narastała obawa, że ich waluta zostanie kolejny raz zdewaluowana, a oni zostaną ograbieni przez własne państwo z oszczędności (w dużym stopniu dolarowych). Ruszyli więc na banki, co doprowadziło do ograniczenia możliwości wycofywania depozytów; proroctwo się spełniło. Narastająca niepewność dotycząca wartości pieniądza ograniczała zakres transakcji gospodarczych, a to powodowało dalszy spadek PKB i w konsekwencji spadek wpływów podatkowych. Na wynikające z tego problemy budżetowe reagowano głównie podnoszeniem stawek podatków i wprowadzaniem nowych danin publicznych. Słabnącą i nie w pełni zreformowaną gospodarkę częstowano zatem kolejnymi obciążeniami fiskalnymi...
Przyczyną zapaści w Argentynie nie były liberalne reformy i wolny rynek, lecz nieodpowiedzialne, słabo zreformowane państwo - dziedzictwo czasów peronizmu. Populizm jest w stanie zniszczyć efekty nawet najlepszych reform. A za popieranie populistycznej polityki zawsze płaci społeczeństwo.

Więcej możesz przeczytać w 13/2002 wydaniu tygodnika e-Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0