Z plejboja

Z plejboja

Nasi politycy coraz częściej korzystają z playbacku.Ich myśli i słowa powtarzają się jak stara płyta
Pan na żywca czy z plejboja? - pyta organizator imprezy. - Polecę z półplejboja do podkładu na dysku - pada odpowiedź. Nieświadomym rzeczy wyjaśniam, że wbrew pozorom w dialogu tym nie chodzi o łapanie ryb "na żywca" z jakimś playboyem z dolnego pokładu. Prezentowana perła słowotwórcza to typowo szczepowy dialog z regionów etnograficznych zamieszkanych psychicznie przez plemiona koczownicze branży estradowej. Chodzi oczywiście o granie na żywo i z playbacku.
W czasach Mozarta, Chopina czy Janka Muzykanta ten problem nie istniał. Wszyscy grali na żywo. Janek na fujarce, Chopin na gitarce albo odwrotnie. Granie z playbacku pojawiło się wraz z pierwszymi patefonami na korbkę. Każdy, jeśli tylko znał tekst piosenki i miał minimalne zdolności aktorskie, mógł ustawić za kulisami płytę i odpowiednio ruszając ustami, udawać, że śpiewa. W świecie muzyków rockowych granie z playbacku to straszny obciach. W jazzie rzecz w ogóle nie praktykowana i uważana za oszustwo. I nic dziwnego, bo przecież trudno o improwizację z taśmy. Tymczasem wśród gwiazd pop, wyg estradowych i zespołów muzyki tanecznej playback to normalka.
Nie potępiam grania z playbacku, bo sam mam takie praktyki na koncie. Paradoksalnie, dla zespołu rockowego granie z playbacku to koszmar i piekielnie trudne zadanie. Nam po prostu łatwiej gra się na żywo niż do taśmy. Plejboj bywa wymuszany często warunkami technicznymi. Grałem raz z playbacku podczas plenerowej imprezy sylwestrowej. Było dwadzieścia stopni mrozu i gitary rozstrajały się po trzech sekundach. Śpiewanie na żywo w takich warunkach kończy się zapaleniem płuc i szronem na ustach. Playback był jedynym wyjściem. Na szczęście koncert odbywał się już po północy i chyba nikt z mocno pijanej widowni się nie zorientował (wielu sądziło, że gra Pink Floyd, a nie Big Cyc). To była sytuacja ekstremalna, więc jesteśmy usprawiedliwieni.
Czasem granie z playbacku narzuca telewizja, która tłumaczy to brakiem czasu na zmiany sprzętu lub jakimiś innymi duperelami technicznymi. Tak było dawno temu na festiwalu w Sopocie, gdzie nawet Kazik został zmuszony do zaśpiewania z playbacku. By zaprotestować, śpiewał do małej suszarki do włosów. Kazik jest w polskim rocku jak Stalin. Wielki, bez skazy i wszyscy się go boją. A to normalny koleś jest, co czasem fałszuje na koncertach i upija się jak każdy przyzwoity artysta.
Playback bywa ratunkiem, gdy wokalista "jest w niedyspozycji". Nie jest tajemnicą, że większość tuzów estrady starszego pokolenia regularnie występuje z playbacku ze względu na utratę aksamitnych brzmień strun głosowych. Z dobrodziejstw playbacku korzysta też wielu chałturników grających kilkadziesiąt imprez w miesiącu. Ja ich rozumiem. Jeśli wszystkie śpiewaliby na żywca, ich głos już po pierwszym sezonie przypominałby papier ścierny, czyli wokal Oleksego. W Polsce stosowanie playbacku dwukrotnie wywołało skandale i ogólnonarodowe oburzenie. Pierwszy raz w 1979, gdy na festiwal w Sopocie przyjechał piękny jak piramida Demis Roussos. Będący na absolutnym topie, urodzony w Egipcie grecki gwiazdor szokował wszystkich swymi zachciankami. Zabiedzony, peerelowski widz był zdziwiony, że facet chce się poruszać po folwarku Edzia Gierka helikopterem, a nie beczkowozem. Miał mu za złe gwiazdorskie maniery, wysoką gażę i złote fingle na palcach. Gdy więc naród dowiedział się, że ta tłusta ryba po grecku zaśpiewała z playbacku, bo rzekomo miała chrypkę - wpadł we wściekłość. Drugie zamieszanie z playbackiem nastąpiło kilka lat temu podczas koncertu idola dwunastoletnich panienek z wrodzoną wadą słuchu - boskiego Enrique Iglesiasa. Enrique, o czym wiedzą wszyscy, ma wygląd. I na tym stan jego posiadania się kończy. To ma po ojcu. Talent wokalny ma po matce, która nie śpiewa nawet podczas zmywania garów. W trakcie koncertu w Warszawie Enrique szalał z playbacku, co zresztą nie dziwi, bo po jaką cholerę miał się na wsi wysilać. Sensacja wybuchła, gdy ktoś z ekipy technicznej nagrał to, co Enrique wypiskiwał do mikrofonu, ruszając ustami podczas rzekomego śpiewania. Przypominało to odgłos nieletniej myszy gwałconej przez lubieżnego orangutana. Nagranie stało się przebojem w wielu stacjach radiowych, powodując aferę pełną sprostowań i zawałów serca. Obecnie ludzkość otrzaskana jest już z playbackiem jak z podwyżkami cen benzyny. Gdy rok temu podczas gali Fryderyków szwedzka grupa Roxette odstawiała swój teatrzyk, udając, że śpiewa, połowa sali wstała i ruszyła do szatni, ale nikt się nie oburzał, bo i na co.
Obecnie playback stał się popularny nie tylko wśród estradowców i - zdaniem akustyków - ma przed sobą wspaniałą przyszłość. Coraz częściej bowiem korzystają z niego politycy, którym nie chce się zdzierać gardeł. Spora część naszej klasy politycznej niestety nie wygląda, jakby była na żywo. Ich myśli i słowa powtarzają się jak stara płyta. Mam wrażenie, że ich matki w młodości zwymiotowały im do kołysek, a oni sami porwani zostali przez Marsjan, którzy za pomocą przedmiotów, takich jak odkurzacz i tłuczek do mięsa, dokonywali na nich brutalnych eksperymentów naukowych. Być może wielu z nich hodowanych jest w tajnych laboratoriach, gdzie przysposabia się ich do życia z taśmy. Wielu nie tylko głos, ale także fryzury ma z playbacku. Bardzo szeroko metodę udawanego śpiewu stosuje wokalista Andrzej Lepper, który już raz nagrał piosenkę o Cimoszewiczu, że kanalia, o kolegach z parlamentu, że to zdrajcy narodu, o tym, że Balcerowicz musi odejść, i teraz tylko odtwarza to z płyty na każdym swoim koncercie, licząc na wysokie notowania na liście przebojów. No cóż, Michnik płacze, Unia szlocha, kiedy śpiewa polska wiocha.

Okładka tygodnika WPROST: 14/2002
Więcej możesz przeczytać w 14/2002 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 1
  • 1kijany IP
    to jest laska kloudi ze  kocham nara