Kredyt nieufności

Kredyt nieufności

Dodano:   /  Zmieniono: 
Państwo, które psuje krajowy pieniądz i osłabia zaufanie do banków, źle służy społecznym interesom
 

Z pieniądzem i bankami wiąże się sporo skomplikowanych problemów, niemal wszystkie dadzą się jednak sprowadzić do prostej kwestii: zaufania. Ucieka się od pieniądza, którego wartości się nie ufa - ucieka się ku innym walutom, cennym towarom albo (z oszczędnościami) za granicę. Nie są to lokaty sprzyjające rozwojowi kraju. Brak zaufania do danego pieniądza sprawia, że nie chcemy w takiej walucie lokować depozytów bankowych.
Zaufanie do pieniądza jest więc warunkiem koniecznym zaufania do banków, ale nie jest warunkiem wystarczającym. Rodzi się bowiem pytanie: a co banki zrobią z powierzonymi im pieniędzmi? Są one przecież pośrednikami finansowymi. Inwestują złożone w nich depozyty, udzielając kredytów innym bankom, firmom i gospodarstwom domowym, kupując rządowe papiery wartościowe czy nabywając udziały w spółkach. Dochody z tych inwestycji powinny pokrywać koszty (w tym wypłacane odsetki od przyjętych wkładów) i przynosić zyski. Dla każdego oszczędzającego w banku jest istotne, by jego pieniądze nie były stracone wskutek zwykłego oszustwa, udzielania kredytów pod naciskiem politycznym albo braku umiejętności zarządzania ryzykiem, jakie nieuchronnie wiąże się z działalnością bankową. Dlatego banki podlegają szczególnemu nadzorowi.




"Bank" i bank
Większość debat publicznych w Polsce (i w większości innych krajów) dotyczy form i zakresu działalności państwa; w dyskusjach tych jest wiele zamętu. Proponuję, aby za jeden ze składników definicji "dobrego" państwa uznać jego praktyczne działanie na rzecz budowania zaufania do pieniądza i do banków. Ludzie chcą mieć wiarygodny pieniądz i solidne instytucje finansowe, a ponadto dobrze to służy rozwojowi kraju. Badania naukowe pokazują, że stabilny pieniądz i rosnący system bankowy należą do najważniejszych sił tego rozwoju. Należy uznać odpowiednio, że państwo, które psuje krajowy pieniądz i osłabia zaufanie do banków, źle służy społecznym interesom.
Sporo światła na rolę państwa w tworzeniu zaufania do pieniądza i do banków rzucają doświadczenia państw posocjalistycznych. Kraje odziedziczyły instytucje nazywane bankami, które jednak miały niewiele wspólnego z bankami znanymi z gospodarki rynkowej. Te pierwsze udzielały kredytu "pod plan", te drugie uzależniają decyzję od analizy wypłacalności potencjalnego dłużnika. W krajach socjalistycznych nie istniał wyspecjalizowany nadzór bankowy. Zakres możliwych lokat finansowych był bardzo ograniczony, a duża część oszczędności gospodarstw domowych miała charakter wymuszony przez braki towarów na oficjalnym rynku. To tłumaczyło stosunkowo wysoką relację sumy depozytów bankowych do PKB (70-80 proc.) w niektórych krajach socjalistycznych. Był to poziom podobny do notowanego w części państw Zachodu; kryła się za tym jednak zupełnie inna rzeczywistość.

Waluta zaufania
Upadający socjalizm bardzo różnie obszedł się z pieniądzem. W niektórych krajach nastąpiło załamanie dyscypliny budżetowej i w efekcie doszło do galopującej inflacji. "Pionierem" była tu Polska, gdzie gwałtownemu psuciu pieniądza towarzyszył równie gwałtowny, choć zrozumiały, spadek skłonności do oszczędzania w bankach; relacja depozytów bankowych do PKB obniżyła się z prawie 50 proc. w 1980 r. do niewiele ponad 10 proc. w 1989 r. Polskim szlakiem psucia pieniądza podążył b. ZSRR i zdecydowana większość krajów, które się zeń wyłoniły. Gwiazdą stabilności pieniądza - i w efekcie oszczędzania w bankach - była natomiast dawna Czechosłowacja (a potem Czechy). Relacja depozytów do PKB obniżyła się tam z prawie 70 proc. w 1989 r. do nieco ponad 50 proc. w latach 1993-1998. Stosunkowo stabilną sytuację miały też na starcie Węgry.
Kraje o podobnych trudnych warunkach wyjściowych osiągnęły po paru latach bardzo różne wyniki. Dowodzą tego między innymi Stephen Peachery i Alan R. Roe w jednym z ostatnich raportów Banku Światowego. Zbadali oni zaufanie do krajowego pieniądza, zakładając, że jest ono tym mniejsze, im wyższy jest udział depozytów walutowych w całości depozytów ludności. Współczynnik ten był o wiele wyższy na przykład w Rosji i na Ukrainie niż choćby w Polsce czy w Estonii. Generalnie, systematyczne obniżanie inflacji szło w parze ze wzrostem zaufania do krajowego pieniądza.
W krótkim czasie silnie zróżnicowała się rola banków w gospodarce. Jedną z jej miar jest relacja sumy depozytów bankowych do PKB. W 1999 r. w Rosji i na Ukrainie wskaźnik ten wynosił tylko 10 proc., a w Estonii i w Polsce - 30 proc. Te różnice musiały oczywiście doprowadzić do odpowiedniego zróżnicowania skali działalności kredytowej banków. Im mniej ściągają one oszczędności, tym mniej mogą udzielić (rynkowych) kredytów.

Antygospodarka zatorów
Z badań wynika, że jaskrawy niedorozwój systemu bankowego w Rosji i na Ukrainie wynikał z wadliwej polityki państwa. Podstawową przyczyną była tam mało odpowiedzialna polityka budżetowa, która przyczyniła się do wyso-kiej inflacji. Oprócz tego - przynajmniej do niedawna - państwo było tam źródłem rozprzężenia dyscypliny finansowej, nie wywiązując się na czas ze zobowiązań, tolerując zaległości podatkowe dużych przedsiębiorstw, przyjmując płatności podatków w naturze, wymuszając na przedsiębiorstwach energetycznych zgodę na nieegzekwowanie płatności itp. Prowadziło to do epidemii zaległości ("zatorów") w całej gospodarce. A zaległość danego przedsiębiorstwa wobec jego dostawców oznacza dla tego pierwszego tani, niebankowy kredyt od tych drugich. Po co więc ubiegać się o kredyt z banku? Epidemia zaległości zaciemniała też obraz sytuacji finansowej poszczególnych przedsiębiorstw, a przez to utrudniała analizę ich wniosków kredytowych przez banki.
Do niedorozwoju systemu bankowego w Rosji i na Ukrainie przyczynił się również brak restrukturyzacji banków, czyli zamykania najmniej efektywnych lub ich przejmowania przez banki sprawniejsze. Ten brak selekcji doprowadził do wysokich kosztów pośrednictwa bankowego i w efekcie ograniczył popyt na usługi banków. Pouczające jest tu porównanie Estonii i Rosji. W 1993 r. udział depozytów bankowych w PKB był w Rosji o 20 proc. wyższy niż w Estonii. Estonia przeżyła kryzys bankowy, po którym zamknęła dużą część banków, a pozostałe sprywatyzowała. W Rosji upolitycznienie i ochrona banków oraz dużych przedsiębiorstw zapobiegły restrukturyzacji zarówno tych pierwszych, jak i drugich. W 2000 r. relacja depozytów bankowych do PKB wyniosła w Rosji tylko 40 proc. odpowiedniego wskaźnika dla Estonii.

Państwowy bank, czyli droga do kryzysu
Pobłażliwe dla państwowych banków i dużych przedsiębiorstw państwowych ekipy polityczne są w stanie podważyć korzyści płynące ze stosunkowo dobrych warunków startu. Dowodzi tego przykład Czechosłowacji, a następnie Czech, w latach 1990-1997 (podobne jest doświadczenie Słowacji). Nasi południowi sąsiedzi mieli - jak na socjalizm - wyjątkowo niską inflację, stosunkowo mało niedoborów rynkowych i wysoką skłonność gospodarstw domowych do oszczędzania w bankach. Uniknęli też wysokiej inflacji, co oznaczało, że banki nie były w pierwszej fazie reform wystawione na związane z nią pokusy walutowych spekulacji i mogły od razu przystąpić do nauki poważnego biznesu bankowego.
Kampanii masowej, kuponowej prywatyzacji towarzyszyło jednak pozostawienie państwowej kontroli nad bankami. Co więcej, kontrolowane w ten sposób banki stały się - za pośrednictwem stworzonych przez nie funduszy prywatyzacyjnych - właścicielami dużych pakietów akcji formalnie sprywatyzowanych przedsiębiorstw, a na dodatek były też niekiedy ich kredytodawcami. Polityczna władza nad bankami umożliwiała - przy całej prywatyzacyjnej propagandzie - miękkie finansowanie dużych firm, co na krótką metę było wygodne dla rządzących polityków, ale na dłuższą - srodze się zemściło na społeczeństwie. Banki dorobiły się potężnych strat, czyli złych kredytów. Wynikłe z tego w Czechach koszty szacuje się na 25 proc. PKB w latach 1990--1998; do tego dochodzą dalsze zobowiązania budżetu szacowane na 15 proc. PKB w latach 2001-2005. Kryzys banków przyczynił się do kryzysu czeskiej gospodarki, objawiającego się spadkiem PKB w latach 1997-1999. Mimo niskich stóp procentowych spada w tym kraju wartość kredytu dla przedsiębiorstw. "Lewicowy" rząd Zemana naprawił błędy "prawicowego" rządu Klausa i w latach 1999-2001 sprzedał zagranicznym strategicznym inwestorom praktycznie wszystkie banki, doprowadzając do tego, że udział zagranicznego kapitału w aktywach bankowych sięgnął 90 proc. To kolejny przykład absurdalności "ideologicznych" etykietek (teraz rząd Zemana jest w trakcie wyprzedzania Polski w prywatyzacji hutnictwa).

Polski bank prywatny
Niech nas nie zwodzi chór populistów. To właśnie w dziedzinie pieniądza i banków osiągnęliśmy - na tle innych krajów i innych sektorów naszej gospodarki - duży postęp. Stwierdza to każdy rzetelny raport na temat reform w krajach posocjalistycznych. Od inflacji wynoszącej 20-30 proc. miesięcznie w 1989 r. przeszliśmy do inflacji poniżej 4 proc. rocznie w 2001 r. Udział depozytów w PKB wzrósł z 10 proc. PKB w 1989 r. do 39 proc. w 2001 r. Dzięki wzorcowej ustawie o restrukturyzacji banków i przedsiębiorstw z 1993 r. koszty dofinansowania banków wyniosły w Polsce 8,7 proc. PKB w porównaniu z 12,9 proc. na Węgrzech i 25 proc. w Czechach. W latach 1998-2000 nastąpiło przyspieszenie prywatyzacji banków, uznawane w kręgach fachowców za jeden z największych sukcesów polskich reform. Dzisiaj większość banków jest już sprywatyzowana. Pomyślmy, na jakie niebezpieczeństwa - w świetle na przykład czeskich doświadczeń - byłaby wystawiona dzisiaj polska gospodarka, gdyby w bankach dominowała własność państwowa.
Ale budowa dojrzałego systemu finansowego wymaga lat: zaufanie do pieniądza i banków buduje się stopniowo (choć szybko się je podważa). Z wzmacniania tego zaufania warto rozliczać każdy rząd. To jest prosty sprawdzian.

Więcej możesz przeczytać w 15/2002 wydaniu tygodnika e-Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0