Pieniądze za krew

Pieniądze za krew

Nic tak nie opłacało się Arafatowi i Palestyńczykom jak terror
 

Po 30 latach zamachów terrorystycznych, strzelania do tłumu, po latach pierwszej intifady - wspólnota międzynarodowa wymogła na Izraelu, by "wynagrodził" Arafata Autonomią Palestyńską. Były terrorysta stał się gościem Białego Domu, Downing Street, a nawet Watykanu. Jesienią 2000 r., po zerwaniu rozmów z premierem Izraela Ehudem Barakiem, Arafat uznał, że skoro jego strategia sprawdziła się tak dobrze, z całym cynizmem zastosuje ją po raz drugi. Był przekonany, że nowej fali ofiar nie zniesie ani Izrael, ani zachodnia opinia publiczna. Rzeczywiście - mimo ofiar wspólnota międzynarodowa gotowa jest wynagrodzić Arafata po raz drugi niepodległością dla Palestyny, lawiną pieniędzy i dożywotnią władzą dla niego i jego klanu.
Arafat oraz wszyscy przywódcy świata arabskiego i większość liderów państw Zachodu są przekonani, że największą przeszkodą uniemożliwiającą zawarcie pokoju na Bliskim Wschodzie jest Ariel Szaron. "Arik" (czyli "lwiątko") nienawidzi Arafata co najmniej od 20 lat, kiedy na czele armii izraelskiej atakował Liban. Obroną Bejrutu kierował wówczas Jaser Arafat. Szaron wyznał niedawno, że nie może sobie darować, że wówczas go nie zabił.

Arabski bohater
Myli się jednak ktoś, kto sądzi, że Arabowie nienawidzą tylko Szarona. To prawda, że oficjalnie wszyscy deklarują poparcie dla Narodowych Władz Palestyńskich; na szczytach Ligi Arabskiej w Bejrucie i Konferencji Islamskiej w Kuala Lumpur Arafata nazwano "arabskim bohaterem". Płynie dlań strumień pieniędzy, ale i tak nienawidzą go niemal wszyscy przywódcy arabscy: Libijczyk Muammar Kaddafi, Egipcjanin Hosni Mubarak, Syryjczyk Bashar Asad, Libańczyk Rafik Hariri, Irakijczyk Saddam Husajn i cała królewska rodzina saudyjska.
Za Arafatem nie przepadają też sami Palestyńczycy: od czasu powstania autonomii nie zbudował ani kilometra drogi, ani jednej szkoły, ani szpitala. Zbudował sobie za to kilka pałaców i lotnisk. Co gorsza, z jego rozkazu systematycznie mordowani są Palestyńczycy podejrzani o współpracę z Izraelem. Palestyna pod przywództwem Arafata byłaby jednym z najmniej demokratycznych państw. Arafat nie schował się w Ramallah przed Izraelczykami. Schował się przed Palestyńczykami; podobno tajniacy z Force 17 uprzedzili go, że jego życiu grozi niebezpieczeństwo. Jedni jego wrogowie uznali, że stoi na drodze do jedynego godnego rozwiązania kwestii palestyńskiej, czyli totalnej wojny z Izraelem. Inni chcieli go usunąć, by wreszcie znaleźć pokojowy modus vivendi.


Wszyscy przyjaciele Arafata
Ariel Szaron twierdzi, że Arafat jest największą przeszkodą w osiągnięciu pokoju. Ma rację, choć zachodnia opinia publiczna nie zdaje sobie z tego sprawy. Wszak wielokrotnie słyszała z ust Arafata płomienne zapewnienia o woli pokoju. Ale słyszała je po angielsku. Po arabsku Arafat wzywa do zniszczenia Izraela. "Maszerujmy razem, nim jeden z naszych synów nie zawiesi flagi nad kościołami i meczetami Jerozolimy" - apelował do Palestyńczyków.
Jaser Arafat jest chory, niektórzy mówią, że umierający. Podobno coraz częściej widać u niego oznaki demencji. Siny na twarzy, z wargą drgającą w wyniku choroby Parkinsona, bierze wiele lekarstw (mówi się, że od rozpoczęcia izraelskiej ofensywy nie dostał nowych i jego życie jest zagrożone). Od miesięcy nie widzi swojego osobistego lekarza, Jordańczyka Aszrafa al-Turkiego. Chciałby jednak umrzeć jak męczennik. Czy Szaron ma na tyle rozsądku, by nie spełnić tego ostatniego pragnienia Arafata?
W bunkrze Arafata w Ramallah obok najwierniejszych gwardzistów z Force 17 znalazła się grupa "pacyfistów": Jose Bove (francuski antyglobalista skazany za podpalenie restauracji McDonald?sa), Luca Casarini (lider komunistycznych bojówkarzy, którzy zdewastowali Genuę podczas szczytu G-8), Giovanni Russo Spena (senator partii Odrodzenia Komunistycznego, a niegdyś sekretarz partii Demokracja Proletariacka, podejrzewanej o kontakty z Czerwonymi Brygadami) i inni, równie "pokojowi" działacze. Do przyjaciół Arafata można zaliczyć też większość liderów Unii Europejskiej.
W listopadzie 2001 r., podczas spotkania na wysokim szczeblu między UE a Izraelem, premier Szaron rozpoczął swoje wystąpienie od apelu, by Europa nie finansowała autonomii, ponieważ większość tych pieniędzy zostanie przeznaczona na zakup broni. Przewodniczący Komisji Europejskiej Romano Prodi odpowiedział, że to nieprawda, bo wykorzystanie przekazywanych przez Europę sum kontroluje Międzynarodowy Fundusz Walutowy. Jednakże wkrótce potem izraelski tygodnik "Debka" ujawnił na swoich stronach internetowych mechanizmy, dzięki którym europejskie dotacje przekształcały się w fundusze na zakup broni.

Strateg kontra taktyk
Komentatorzy przyznają, że Arafat jest lustrzanym odbiciem Szarona, a Szaron negatywem Arafata. Z jedną może tylko różnicą: Arafat jest kiepskim taktykiem, ale dobrym strategiem. Gdyby nie jego dalekowzroczne, choć cyniczne idee, dzisiaj nie byłoby nawet mowy o państwie palestyńskim. Szaron zaś jest wybitnym taktykiem, ale fatalnym strategiem: chyba nawet on nie wyobraża sobie, co się stanie, kiedy już aresztuje albo zabije wszystkich członków Hamasu, Islamskiego Dżihadu, Brygad al Aksa i Tanzimu. Gdyby był strategiem, wiedziałby, że Izrael wyjdzie z tej wojny w znacznie gorszym stanie, niż do niej przystępował. Potrafiłby racjonalnie wytłumaczyć, dlaczego przypuszczono szturm na siedzibę Arafata kilkanaście godzin po tym, jak wszystkie państwa arabskie złożyły Izraelowi pierwszą od lat wiarygodną ofertę pokojową. Wydaje się, że jeśli Izrael pragnie pokoju, to Szaron obrał najgorszą drogę. 


Okładka tygodnika WPROST: 15/2002
Więcej możesz przeczytać w 15/2002 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0