Witamina "Ł"

Witamina "Ł"

Pacjencie, lecz się sam!


Stać nas tylko na taką opiekę medyczną jak w Meksyku, Egipcie czy Turcji
Jeśli umiesz liczyć, licz na siebie" - mówi porzekadło. Chcesz mieć dobrą opiekę medyczną, musisz na nią odkładać pieniądze. To inwestycja, podobnie jak gromadzenie funduszy na dobre wykształcenie dzieci, na dom czy zapewnienie sobie większego bezpieczeństwa. Poza publiczną służbą zdrowia leczą się już między innymi Krystyna Czubówna, Małgorzata Foremniak, Jacek Cygan i tysiące innych. I z każdym rokiem ich przybywa.

Reformowanie reformy, czyli lęk przed chaosem
"Od 1 stycznia będą państwo mogli sami wybrać lekarza. Takiego, do którego mają państwo zaufanie. Przestanie obowiązywać rejonizacja" - tak w 1999 r. w telewizyjnych wystąpieniach reklamował poprzedni wariant reformy służby zdrowia dr Konstanty Radziwiłł, obecnie szef Naczelnej Rady Lekarskiej. "Znikną limity przyjęć, każdy będzie mógł się leczyć w dowolnej placówce w całym kraju. Nareszcie służba zdrowia będzie służyć pacjentowi" - mówił niedawno Mariusz Łapiński, minister zdrowia. Ci dwaj wizjonerzy medycznych szklanych domów są teraz nieprzejednanymi wrogami (Radziwiłł rozważa nawet podanie Łapińskiego do sądu), oskarżającymi się wzajemnie o zamach na prawa chorych i służbę zdrowia. Jedyne, co dla pacjentów wynika z tej wojny, to lęk przed tym, że w razie potrzeby nie otrzymają pomocy.
Skutkiem kolejnej reformy służby zdrowia będzie chaos - obawia się 57 proc. badanych przez CBOS. Przed wprowadzeniem poprzedniej reformy podobne opinie wyrażało 49 proc. obywateli. Ale aż 69 proc. Polaków pragnie zmiany dotychczasowego systemu. Mało tego, obywatele chcą (72 proc.), żeby to państwo odpowiadało za ich zdrowie. Kiedy są niezadowoleni z usług medycznych, nie kierują pretensji do kas chorych czy dyrektorów szpitali, lecz do rządu. Mariusz Łapiński zachowuje się więc racjonalnie: skoro i tak rząd obarcza się odpowiedzialnością za służbę zdrowia - oświadczył minister - to rząd rzeczywiście będzie za to odpowiadał. To jednak wcale nie oznacza, że opieka medyczna będzie lepsza. Przecież rząd odpowiada także za bezpieczeństwo publiczne, a aż 73 proc. Polaków (badanie OBOP) bezpiecznie się nie czuje.
Jak Polacy reagują na zagrożenie ich bezpieczeństwa zdrowotnego? Większość odczuwa strach, bo nie ma dość oszczędności, by w razie potrzeby opłacić leczenie. Jednak coraz więcej z nas - już co dwunasty - stara się samemu o to zadbać. Setki firm (między innymi Nicom, GŻant, Ericsson, Schenker, "Wprost" i Agora) płacą za świadczenia medyczne dla swoich pracowników poza publiczną służbą zdrowia. Z publicznych świadczeń medycznych pracownicy tych firm korzystają praktycznie tylko wtedy, gdy konieczna jest hospitalizacja lub poważniejszy zabieg. Pozostali rodacy też często płacą za usługi medyczne, ale przeważnie czynią to nielegalnie - z przeprowadzonych w 1998 r. badań Banku Światowego wynika, że aż 78 proc. Polaków korzystających z usług służby zdrowia płaciło za nie, ale nieformalnie, czyli w postaci łapówki.

[ CENNE ZDROWIE ]Płacę i wymagam!
- W wielu cywilizowanych krajach z obowiązkowych składek pokrywane są tylko koszty podstawowych, wyszczególnionych w odpowiednich przepisach usług medycznych. Za inne - droższe i bardziej skomplikowane - płacą prywatne ubezpieczalnie albo po prostu pacjent z włas-nej kieszeni - mówi prof. Paweł Januszewicz, były dyrektor Centrum Zdrowia Dziecka w Warszawie. W tym systemie chory wie, za co płaci, i może wymagać wysokiej jakości usług.
Polacy, którzy mają dziś 20-30 lat, nie powinni liczyć na to, że kiedy będą starsi i zaczną chorować (trzy czwarte nakładów na ochronę zdrowia wydawanych w ciągu życia przypada na dwa ostatnie lata), na ich leczenie - z możliwością korzystania z najdroższych procedur, o czym zapewnia Mariusz Łapiński - wystarczy podatek zdrowotny wynoszący obecnie 7,75 proc. płacy. Nawet gdyby jakiś rząd RP zdecydował, by przeznaczyć na opiekę zdrowotną wszystkie wpływy budżetowe (około 150 mld zł rocznie), i tak pacjenci nie byliby zadowoleni. Rosłyby tylko oczekiwania, a wraz z nimi wydatki w kolejnych latach. W USA na ochronę zdrowia wydaje się ponad bilion dolarów rocznie, czyli sześciokrotnie więcej niż wynosi PKB naszego kraju, a mimo to Amerykanie nie są z jakości usług medycznych zadowoleni. "Właściwie nie ma górnej granicy wydatków na opiekę medyczną. Można je podnosić bez końca, kupując coraz lepszą aparaturę i stosując coraz bardziej skomplikowane procedury i diagnostykę. I zawsze pieniędzy będzie za mało" - zauważył prof. Lester Thurow, amerykański ekonomista, w wywiadzie dla "The Wall Street Journal".

Czego oczekują Polacy?
Mariusz Łapiński uspokaja Polaków: "państwo odpowiada za zdrowie wszystkich obywateli", "o leczeniu nie może decydować zasobność portfela", każdemu "należy się wszystko". Mariusz Łapiński składa takie deklaracje, bo dobrze zna polskie społeczeństwo. Przez lata realnego socjalizmu Polakom wmawiano, że służba zdrowia to bezpłatne świadczenie ze strony państwa (bezpłatna opieka zdrowotna była zapisana w konstytucji PRL i zapis ten znalazł się także w ustawie zasadniczej przyjętej w 1997 r.). I mimo że ogromna większość obywateli PRL nie miała dostępu nawet do średniej jakości terapii i leków oraz do specjalistycznych ośrodków, rehabilitacji i sanatoriów, mit owej bezpłatnej służby zdrowia przeżył upadek PRL. Usługi medyczne były tak samo reglamentowane jak mięso - nie było kartek, ale były kolejki, łapówki, układy. Dlatego, jakkolwiek krytycznie by oceniać reformy Jerzego Buzka, to dzięki nim zaczęły funkcjonować mechanizmy rynkowe - kasy chorych po raz pierwszy policzyły koszty usług medycznych, pojawiła się też konkurencja ze strony prywatnych placówek służby zdrowia.

Co może minister Łapiński?
Wszystkich, z ministrem Łapińskim włącznie, ogranicza suma pieniędzy, którą dysponują. Oficjalnie na służbę zdrowia wydajemy 5,5 proc. PKB. W 2001 r. kasy chorych przejęły prawie 30 mld zł ze źródeł podatkowych, 4 mld zł wydał bud-żet państwa, trochę budżety samorządowe, część inne resorty (np. MON, MSW i MEN). A do tego placówki służby zdrowia zadłużyły się (to także wydatek publiczny) na 5 mld zł. Tylko z naszych podatków poszło zatem na ten cel ponad 40 mld zł! (około 1500 zł na podatnika). Gdy dodać do tej sumy inne nieformalne koszty związane z usługami medycznymi, okazuje się, że na służbę zdrowia wydajemy 55-60 mld zł rocznie, czyli - w stosunku do PKB - niewiele mniej niż Niemcy czy Francuzi! W liczbach bezwzględnych to jednak znacznie mniej, dlatego Polska nie powinna się porównywać z bogatymi Niemcami, Holandią czy Szwajcarią, lecz raczej z Meksykiem, Egiptem i Turcją.
Organizując w 2001 r. happening z kartkami na zdrowie, lekarze dotknęli istoty rzeczy: przy obecnym poziomie PKB wszystkim Polakom można zapewnić tylko elementarne usługi medyczne. Gdyby w ciągu roku do szpitali zgłosili się wszyscy uprawnieni, każdy z nich mógłby spędzić tam zaledwie dzień, lecz w tym czasie nie mógłby liczyć na żadne badania poza pomiarem temperatury.
I te ograniczenia szybko się nie zmienią. Według sondażu Instytutu Badań na Gospodarką Rynkową, 79 proc. ankietowanych chciałoby wzrostu wydatków na służbę zdrowia, lecz jednocześnie 68 proc. nie godzi się, by w tym celu podnieść podatki. Jedynym lekarstwem jest więc jak najszybsze urynkowienie części usług medycznych.
[ SYSTEMY OPIEKI MEDYCZNEJ ]Co spowoduje kontrreforma Łapińskiego?
To, co ma do zaoferowania minister Łapiński, to swego rodzaju "szklanka wody zamiast", podawana po to, by poprawić samopoczucie społeczeństwa. W proponowanym przez niego systemie ubogi pacjent jeszcze bardziej jest zdany na łaskę i niełaskę swojego lekarza rodzinnego. - Mamy rozwiązywać 80 proc. problemów medycznych, a otrzymujemy na to jedynie 15 proc. funduszy, którymi dysponują kasy chorych - skarży się Jarosław Trojnar, lekarz rodzinny z Tomaszowa Bolesławskiego.
Reforma Łapińskiego nie zmieni tego, że nadal utrudniony będzie dostęp pacjentów do leczenia w szpitalu - popyt na te usługi medyczne był, jest i pozostanie większy niż podaż. Ba, kolejki mogą być wkrótce jeszcze dłuższe, bo nie będzie limitów przyjęć wyznaczanych teraz przez kasy chorych. Na wszczepienie endoprotezy stawu biodrowego trzeba teraz czekać średnio kilkanaście miesięcy, na wizytę u chirurga onkologa - miesiąc,
u urologa (rozbijanie kamieni nerkowych) - kilka miesięcy, na mammografię - kilka miesięcy. Oczekujących na operacje neurochirurgiczne pacjentów z guzami mózgu zapisuje się na społeczne listy, a nawet po zdiagnozowaniu raka chory czeka na zabieg do trzech miesięcy. Planowanie wydatków z Warszawy tych problemów nie rozwiąże. Przeciwnie, przysporzy nowych - minister i jego urzędnicy nie są przecież w stanie być jednocześnie dyrektorami wszystkich placówek służby zdrowia oraz dystrybutorami leków i sprzętu medycznego.
Mimo że Łapiński zaklina się, iż jego reforma nie ograniczy konkurencji na rynku usług medycznych, w istocie konkurencja będzie mniejsza. Powstanie przecież sieć szpitali publicznych, których funkcjonowanie będzie gwarantowało Ministerstwo Zdrowia. To daje tym placówkom przewagę nad innymi - znajdą się więc one niejako poza konkurencją. Najgorzej wyjdą na tym placówki prywatne - z niektórymi kasy chorych już teraz nie podpisują kontraktów.
Pacjenci nie będą też mieli swobodniejszego dostępu do tańszych leków. Lekarze bowiem nie byli, nie są i nie będą zainteresowani tym, by tańsze leki przepisywać - w każdym razie minister Łapiński nie proponuje żadnego rozwiązania, które pomogłoby rozbić ów trójkąt bermudzki (koncerny farmaceutyczne - lekarze - aptekarze), w którym giną tańsze leki. A rozbić można by go było, pielęgnując konkurencję na rynku usług medycznych; konkurencję, która wymusiłaby powstanie systemu monitoringu umożliwiającego (jak w Śląskiej Regionalnej Kasie Chorych) ustalanie, jakie specyfiki przepisuje dany lekarz.

Placebo zamiast kuracji?
Mimo że Mariusz Łapiński nie mówi otwarcie o częściowym urynkowieniu służby zdrowia (pierwszy zaprotestował, gdy kilka miesięcy temu Marek Belka, minister finansów, rozważał możliwość wprowadzenia opłat za niektóre usługi medyczne), w gruncie rzeczy nie ma innego wyjścia. Tyle że minister Łapiński chce to urynkowienie wprowadzać kuchennymi drzwiami. W wywiadzie dla "Wprost" stwierdził, że szpitale będą mogły przyjmować pacjentów na deficytowe zabiegi szybciej, ale odpłatnie - "po 14.00". W wielu placówkach zaczną zatem funkcjonować równolegle dwa systemy. Nietrudno przewidzieć, do czego taka sytuacja doprowadzi - lekarze zaczną wyznaczać pacjentom wizyty "po 14.00", bo będą na tym zarabiać. Funkcjonowanie dwóch systemów przypomina sklepy komercyjne w późnej PRL. Pamiętajmy jednak, że pod koniec poprzedniego systemu były już prawie wyłącznie sklepy komercyjne, a zaopatrzenie w mięso nadal pozostawało fatalne. Dopiero radykalna rynkowa reforma handlu, czyli po prostu dopuszczenie wolnej konkurencji, przerwała to błędne koło. Może podobnie będzie w służbie zdrowia?
Dlaczego jednak minister ordynuje Polakom półśrodki zamiast prawdziwej kuracji? Być może dlatego, że Polacy nie zaakceptowaliby innej drogi. Minister Łapiński będzie więc nas uspokajał, że"państwo odpowiada za zdrowie wszystkich obywateli", "o leczeniu nie może decydować zasobność portfela", a każdemu "należy się wszystko", natomiast procesy rynkowe będą się toczyć dalej. Urynkowienie dokonało się już praktycznie w stomatologii - na początku lat 90. w prywatnych gabinetach leczyło się 12 proc. Polaków, dziś już prawie 70 proc. Na początku lat 90. w prywatnych gabinetach ginekologicznych leczyło się 4 proc. Polek, teraz już prawie 40 proc. Powstają też pierwsze firmy sprzedające prywatne ubezpieczenia na zabiegi stomatologiczne. Ubezpieczenia zdrowotne można wykupić między innymi w towarzystwach ubezpieczeniowych Inter Polska, TUW, Cigna STU i Allianz Życie. Prywatne jest zdrowe?



Program ministra
  • Zamiast 17 kas chorych powstaje Narodowy Fundusz Ochrony Zdrowia
  • Samorząd ustala, jakie usługi medyczne są potrzebne na jego terenie
  • Minister zdrowia przekazuje szpitalom pieniądze na sprzęt i remonty
  • Minister ustala listę szpitali, których nie można zlikwidować
  • Minister opracowuje i wprowadza rejestr usług medycznych

Reforma Łapińskiego
ZaPrzeciw
MAREK BALICKI
przewodniczący senackiej Komisji Polityki Społecznej i Zdrowia
Popieram główne założenia reformy przygotowanej przez ministra zdrowia. Chce on przywrócić strategiczną rolę rządu w polityce zdrowotnej i zredukować koszty administracyjne. Mają być ujednolicone procedury medyczne i zasady zawierania kontraktów, a w całym kraju zostanie wprowadzony jednolity system opieki zdrowotnej. Ministerstwo nie proponuje rewolucji, lecz uporządkowanie systemu, pozostawiając te elementy, które się sprawdziły - kontrakty, samodzielność placówek służby zdrowia. Powstanie krajowy fundusz z regionalnymi oddziałami, mającymi dużą autonomię. Kontrakty będą zawierane w regionach, a nie w centrali, jak twierdzą przeciwnicy reformy.
ELŻBIETA RADZISZEWSKA
posłanka Platformy Obywatelskiej
Jestem przeciwna propozycjom ministra Mariusza Łapińskiego. Ten projekt poraża stopniem ogólności. Jedyne, co można w nim dostrzec, to chęć centralizacji systemu. Najwyraźniej minister pojmuje nadzór i kontrolę jako bezpośrednie kierowanie. Pomysły resortu na reformę mogą być nawet niebezpieczne. Nie przedstawiono jasnego systemu finansowania i rozdzielania funduszy, co może grozić dezorganizacją służby zdrowia i dezinformacją pacjentów. Poza tym takie zmiany powinny być wypracowywane w trakcie dyskusji różnych środowisk, konieczne jest porozumienie zainteresowanych stron, o czym minister Łapiński zdaje się zapominać.
JANUSZ PIEKARCZYK
rektor Akademii Medycznej w Warszawie
Propozycja ministra zdrowia zmierza do tego, by państwo ponownie przejęło odpowiedzialność za politykę zdrowotną. W ostatnich latach panował chaos, wywołujący negatywne skutki. Najlepszym dowodem jest to, że wszystkie szpitale kliniczne w Polsce są poważnie zadłużone. A są to kliniki na poziomie europejskim, mające wysoko wykwalifikowaną kadrę i specjalistyczny sprzęt. Projekt ministra Mariusza Łapińskiego to szansa na poprawę sytuacji tych szpitali - stwarza on bowiem szanse na zaoszczędzenie sporych pieniędzy.
KRZYSZTOF BUKIEL
przewodniczący Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Lekarzy
Ogólnopolski Związek Zawodowy Lekarzy jest przeciwny zmianom proponowanym przez Ministerstwo Zdrowia. Powołanie funduszu ochrony zdrowia w miejsce kas chorych tak naprawdę niewiele zmienia, gdyż - podobnie jak one - byłby on finansowany z budżetu państwa. Najważniejsze jest tymczasem zrównoważenie funduszy przeznaczanych na ochronę zdrowia ze świadczeniami, których sfinansowanie jest konieczne. Opowiadamy się za systemem opartym na autentycznych ubezpieczeniach zdrowotnych i za wolnym rynkiem świadczeń zdrowotnych, tak jak jest w innych krajach.

Zdjęcia: Z. Furman i M. Stelmach
Okładka tygodnika WPROST: 17/2002
Więcej możesz przeczytać w 17/2002 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0