EuroAIDS

EuroAIDS

Dodano:   /  Zmieniono: 
Co łączy czarnego konia francuskich wyborów, skrajnie prawicowego demagoga Jean-Marie Le Pena i przywódcę proletariatu, szefa największego niemieckiego związku zawodowego Ver.di Franka Bsirskego?
Prawicowi ekstremiści i związkowi szarlatani terroryzują Europę 

Obaj wirtuozi populizmu oferują wyborcom cudowne recepty na rozwiązanie problemów społecznych, a winą za ich powstanie obarczają "obcych". "Źli" są raz imigranci, raz eurokraci z Brukseli, raz wielki kapitał, a raz globalizacja.
W efekcie populistyczny sojusz ponad podziałami terroryzuje pogrążone w kryzysie elity polityczne. Politycy w obawie przed utratą popularności wzbraniają się przed wprowadzaniem reform i przekonywaniem społeczeństw o konieczności wyrzeczeń. Specyficzna odmiana AIDS toczy Europę - Zespół Nabytego Niedoboru Odporności na demagogię wszelkiej maści skazuje Stary Kontynent na stagnację i przegraną w globalnej konkurencji.

Broń masowego rażenia
Włochy sparaliżował niedawno kolejny strajk generalny, największy od dwudziestu lat. Włoscy przywódcy związkowi - niezależnie od politycznej afiliacji - jak niepodległości bronią przywilejów pracowniczych. Fale protestów od wielu miesięcy przelewają się przez Francję. Ruch uliczny we francuskich miastach zatrzymali najpierw hodowcy trzody chlewnej i licealiści, po nich przejścia graniczne zablokowali kierowcy ciężarówek, potem strajkowali kolejarze, lekarze, pielęgniarki, konwojenci bankowi, celnicy, strażnicy więzienni, pocztowcy i bankowcy. W Niemczech, nie zważając na fatalną koniunkturę, związkowcy jak co roku generalnymi strajkami wymuszają podwyżki płac. Broniąc "socjalnych zdobyczy proletariatu", związkowi przywódcy z lubością sięgają po strajk niczym po broń masowego rażenia, którą skutecznie paraliżują pracodawców i polityków.

Pozbyć się balastu!
Europejscy przywódcy dawno zdali sobie sprawę z tego, że gospodarka Europy wymaga szybkiej liberalizacji. Już podczas szczytu Unii Europejskiej w Lizbonie w 2000 r. zastanawiali się nad podjęciem kroków, które pozwoliłyby Europie osiągnąć do 2010 r. konkurencyjność porównywalną z amerykańską. Tymczasem w Stanach Zjednoczonych bezrobocie od sześciu lat oscyluje wokół 5 proc. i nawet dekoniunktura nie spowodowała gwałtownego wzrostu odsetka bezrobotnych. W Europie średni poziom bezrobocia sięga 8 proc. i nic nie zapowiada zdecydowanej poprawy.
W USA wzrost gospodarczy w ciągu ostatnich dwudziestu lat tylko raz spadł poniżej 3 proc., gdy w warunkach europejskich trzyprocentowy wzrost PKB staje się powodem do triumfalnego obwieszczania gospodarczego boomu!
Jedyną szansą Europy na poprawę konkurencyjności jest pozbycie się socjalnego balastu. Do tego jednak potrzeba odwagi. Socjaldemokratyczny kanclerz Gerhard Schröder już nazywany jest ojcem bezrobocia, długów i biedy, stawia mu się zarzuty "zdrady lewicowych ideałów" i "uprawiania neoliberalizmu", choć na razie zdobył się na podjęcie bardzo ostrożnych reform. Przywódcy związkowi zapowiedzieli, że nie dopuszczą do "demontażu państwa socjalnego". Schröder zdaje sobie sprawę z tego, że otwarta konfrontacja z nimi nie przysporzy mu zwolenników. Zwłaszcza że sfrustrowana Europa stanowi ostatnio podatny grunt dla demagogicznych haseł. Korzystają z tego populiści, którzy świętują kolejne sukcesy: Jean-Marie Le Pen we Francji, Jörg Haider w Austrii, Umberto Bossi we Włoszech, Pim Fortuyn w Holandii, István Csurka na Węgrzech, Christoph Blocher w Szwajcarii, Filip Dewinter w Belgii, Vadim Tudor w Rumunii, Pia Kjaersgaard w Danii. Ich populistyczne "programy gospodarcze" często tym tylko różnią się
od socjalistycznych mrzonek związkowych bossów, że zostały wzbogacone o nacjonalistyczną i ksenofobiczną retorykę.

Precz z łapami
Dwadzieścia lat temu ówczes-ny socjalistyczny premier Włoch Bettino Craxi zaproponował zniesienie "ruchomych schodów", czyli systemu automatycznej indeksacji płac, w wyniku której inflacja sięgała 20 proc. Wśród związkowców zawrzało. "Ruchomych schodów nie wolno dotykać" - głosiły transparenty w 1982 r. Na szczęście w tej sprawie udało się rozpisać referendum i związkowcy przegrali je sromotnie. Dzięki temu inflacja we Włoszech utrzymuje się dziś na poziomie 1,8-2,4 proc.
Włoscy związkowcy nie wyciągnęli nauki z historii. Dziś twierdzą, że "nie wolno dotykać artykułu 18." włoskiej konstytucji, który zabrania zwalniania pracowników bez "istotnej przyczyny". Bezpośrednią konsekwencją obowiązywania tego przepisu jest niechęć pracodawców do przyjmowania nowych pracowników, którzy będą ciążyli na bilansie firmy nawet w wypadku kryzysu. Teraz też niektórym liderom lewicy wymknęła się propozycja rozpisania referendum w sprawie artykułu 18., ale zostali skarceni przez związkowców, trafnie kalkulujących, że wynik tego testu mógłby być dla nich niekorzystny.

Pożegnanie z rajem
Rację mają eksperci MFW i Banku Światowego, którzy wskazują, że główną przyczyną gospodarczego zastoju południa Włoch jest ciasny gorset przepisów uniemożliwiający powstawanie nowych miejsc pracy. Premier Silvio Berlusconi postanowił powiedzieć "nie" dyktaturze central związkowych i skorzystać z doświadczeń unijnych partnerów. Przykład Hiszpanii pokazuje, jak szybkie efekty może przynieść ograniczenie wpływów związkowców i zliberalizowanie kodeksu pracy. Jeszcze dziesięć lat temu Hiszpanie strajkowali najczęściej spośród wszystkich Europejczyków. Zawarcie przez rząd José Marii Aznara porozumienia ze związkami, zwanego paktem z Toledo, przyniosło dynamiczny rozwój gospodarki i spadek bezrobocia, które sięgało już 22 proc.! Dziś połowa miejsc pracy powstających w Unii Europejskiej tworzona jest właśnie w Hiszpanii.
W ciągu ostatnich czterech lat pracę znalazło tu ponad dwa miliony bezrobotnych. Tutejsi związkowcy docenili bezsprzeczne korzyści liberalizacji kodeksu pracy i choć nie zrezygnowali z prób złagodzenia rygorów paktu, to nie myślą już o powrocie do dawnego "socjalistycznego raju".
Jeszcze dalej w reformowaniu struktur gospodarczych kraju poszła w latach 80. premier Wielkiej Brytanii Margaret Thatcher. Żelazna Lady nie ugięła się przed falą górniczych strajków. Doprowadziła do marginalizacji wszechpotężnych do tej pory związków zawodowych i sprawiła, że brytyjski rynek pracy jest najbardziej zliberalizowanym rynkiem w Europie. Nic dziwnego, że ukazujące się na kontynencie ogłoszenia, zachęcające firmy do przenoszenia działalności na drugą stronę kanału La Manche, znalazły tak duży oddźwięk.

Populizm ponad podziałami
Wiedząc, jak drażliwa jest dla Włochów kwestia artykułu 18., premier Berlusconi nie zaproponował zniesienia go, lecz nowelizację. Miała ona polegać na dwuletnim zawieszeniu zakazu zwalniania, ale tylko dla pracowników nowo przyjętych, poniżej trzydziestego piątego roku życia i tylko na mniej rozwiniętym południu Włoch. Na dodatek zwolnieni mieli otrzymać odszkodowanie w wysokości piętnastu pensji. Mimo to utrzymywane z budżetu centrale związkowe: komunistyczna CGIL, chadecka CISL i centrowa UIL, zgodnym chórem oświadczyły, że zrywają pertraktacje z rządem, jeśli nie zrezygnuje ze swego pomysłu.
Co dalej? Jeśli Berlusconi ustąpi, bezrobocie się nie zmniejszy. Trzy miliony mieszkańców południa Włoch nadal będą zdane na łaskę i niełaskę lokalnych mafii i innych organizacji przestępczych. Dziesięć milionów Włochów nadal będzie pracowało na czarno przy pełnym desinteressement związków zawodowych. Jeśli premier postawi na swoim, Włochy przekształcą się na najbliższe lata w pole bitwy. A że ofiarami tych protestów będą bezrobotni i pracownicy, których padające firmy zaczną zwalniać, to nic - ważne, że "artykułu 18. nie wolno dotykać".

Erozja gigantów
Coraz więcej Niemców czy Francuzów nie chce być już zakładnikami związkowych bossów, stąd zauważalne od pewnego czasu w Europie Zachodniej zjawisko stopniowej erozji związków zawodowych. Frank Bsirske, "najsilniejszy związkowiec świata", obawia się, że wkrótce zostanie "generałem bez armii". Kieruje największym na świecie związkiem zawodowym Ver.di, który w chwili utworzenia, w marcu ubiegłego roku, skupiał 2 891 335 osób.
W ciągu ostatnich sześciu miesięcy odeszło 150 tys. członków. Niemiecka centrala związków zawodowych DGB odnotowała w latach 1991--2001 spadek liczby członków o 4 mln. Największa francuska centrala związkowa CGT w połowie lat 70. liczyła 2 mln członków; dziś ma ich niespełna 500 tys. Już wkrótce może się okazać, że związków nie będzie stać na ponoszenie kosztów strajków ani zatrudnianie najlepszych prawników, których miejsce mogą zająć zwykli krzykacze. Tak czy inaczej w przyzwyczajonej do dobrobytu na kredyt Europie Zachodniej nic nie zapowiada w najbliższym czasie społecznego konsensusu. Niestety, nic nie zapowiada też gospodarczego boomu. 





Prawicowi komuniści

"Żądamy sprawiedliwości społecznej", "Mniej bogatym, więcej biednym", "Chcemy godnie żyć" - pod hasłami, które padały podczas wieców przedwyborczych Jean-Marie Le Pena z czystym sumieniem podpisałby się niejeden zatwardziały komunista.

Źli obcy
"Programy gospodarcze" skrajnych prawicowców tym tylko różnią się od socjalistycznych mrzonek związkowych bossów, że znacznie głośniej słychać w nich argumenty nacjonalistyczne. Ksenofobiczna retoryka nieobca jest jednak i związkowcom. "Imigranci zabierają nam miejsca pracy" - argumentują niemieccy działacze związkowi. Nie ma dla nich znaczenia, że - jak obliczają urzędy zatrudnienia - ponad milion stanowisk trzeba obsadzać obcokrajowcami, gdyż Niemców nikt nie zmusi do robót, które uznają za uwłaczające.

Antyglobalizm
Hasłem łączącym ekstremistów jest histeryczny sprzeciw wobec globalizacji. Powtarzają je zarówno przedstawiciele skrajnej prawicy, jak i lewaccy zadymiarze. Węgierski ksenofob István Csurka argumenty o "multinarodowych koncernach rujnujących kraj" mógłby z powodzeniem powtórzyć na wiecu swojego rywala Gyuli Türmera z ultralewicowej Partii Robotniczej.

Dotowany kredyt
Wyznawcy populizmu z lewa i prawa czują wyjątkową awersję do polityki zaciskania pasa i prezentują niewzruszoną wiarę w cudowną moc rozluźniania polityki budżetowej. Trzeba zwiększyć siłę nabywczą obywateli, to podkręci koniunkturę - powtarzają zgodnie niczym zaklęcie, nie zważając na przestrogi ekonomistów. Dla Andrzeja Leppera "dotowany kredyt" to najlepsza recepta na problemy gospodarcze.

Zero tolerancji
Żelaznym punktem populistycznych programów jest troska o poprawę bezpieczeństwa. Postuluje się zaostrzenie kodeksu karnego, przyznanie większych uprawnień policji, przywrócenie kary śmierci. Obietnice prowadzenia twardej polityki wobec przestępców przyniosły partii holenderskiego ekstremisty Pima Fortuyna 35 proc. głosów w wyborach lokalnych w Rotterdamie. Z tej samej recepty skorzystał Ronald Schill, przywódca Partii Praworządnej Ofensywy, prowadzący w Hamburgu politykę pod hasłem "Zero tolerancji".
Więcej możesz przeczytać w 18/2002 wydaniu tygodnika e-Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0