Pięć minut dla Francji

Pięć minut dla Francji

Dodano:   /  Zmieniono: 
Cała Francja szuka nowych ludzi i nowego modelu życia, ale nie wie na razie, gdzie to wszystko znaleźć
Wszystko toczy się teraz we Francji tak szybko, że po raz pierwszy muszę zaznaczyć dokładną datę pisania tych słów - 4 maja 2002 r. rano, czyli niespełna dwa tygodnie po informacji, że Jean-Marie Le Pen przeszedł do drugiej tury wyborów i dzień przed dowiedzeniem się, czy to on, czy Jacques Chirac zostanie prezydentem.
Francja jest kompletnie zdezorientowana. Do tej pory Francuzom zdawało się, że w ich kraju może się zdarzyć bardzo wiele, niemniej jednak w pewnych granicach. Teraz powszechne stało się niezwykłe uczucie, że może się tu zdarzyć wszystko. Psy mogą zacząć miauczeć, drzewa tańczyć w balecie, mężczyźni mogą karmić piersią, a Le Pen może zostać prezydentem.
Wielu Francuzów głosowało na Le Pena, by zademonstrować niezadowolenie ze swoich niedostępnych i wpatrzonych w siebie elit i ze swego równie odległego, nadmiernie scentralizowanego państwa, które chce ich uszczęśliwić na siłę, ale w ogóle ich nie słucha, kiedy mówią, jak sobie wyobrażają szczęście. Le Pen nie zawdzięcza jednak obecnego sukcesu tylko swojej koncepcji rozbijania dotychczasowego francuskiego modelu budowanego "od góry". Jego głównym sprzymierzeńcem jest francuski model budowany "od dołu". Model ten też będzie musiał się zmienić, ale na razie wielu ludzi woli wierzyć, że wszystko może zostać po staremu. Przeciętny Francuz od wieków trwa w przekonaniu, że jego kraj jest najwspanialszy na świecie, a francuski styl życia jest najlepszy i najzdrowszy. Tymczasem od pewnego czasu ma wrażenie, że wszystko, do czego się przyzwyczaił, zaczyna się walić. Pojawiają się jakieś tajemnicze siły inwazyjne oznaczane kryptonimami "globalizacja", "Europa", "liberalizacja" i "migracja", a wraz z nimi narasta lęk, że trzeba będzie wszystko zaczynać na nowo, a w dodatku zabiorą Francuzowi jego sery pleśniowe, bagietki i wina, a może nawet beret. To ta perspektywa widzenia świata prowadzi przeciętnych Francuzów i dobrodusznych drobnomieszczan do Le Pena. To stąd bierze się jeden z najbardziej zdumiewających fenomenów wyborczych: że Le Pen usadowił się na pierwszym miejscu w setkach zapadłych wsi, w których nie ma ani jednego imigranta, w których od lat nikt nie popełnił żadnego przestępstwa i w których odruchowo zostawia się jeszcze często samochód z kluczykami w stacyjce. Le Pen nie wygrywa tam na uprzedzeniach rasowych czy poczuciu fizycznego zagrożenia. Wygrywa na poczuciu zagrożenia ustalonego modelu i trybu życia. Jego zapowiedzi wyprowadzenia Francji z UE czy odejścia od euro i powrotu do franka to głupie i nadzwyczaj kosztowne brednie - ale jakże kojąco brzmią one w uszach tych zalęknionych ludzi! Jakże ich uspokaja jego hasło, zdające się rozwiązywać wszystkie problemy: "Jestem społecznie z lewicy, gospodarczo z prawicy i narodowo z Francji"...
Politycy zapominają też często, że pełzające poczucie zagrożenia w życiu codziennym, które skłoniło wielu maluczkich do poparcia skrajnej prawicy, bierze się z rzeczy, z którymi elity mają bardzo niewielką styczność. Nie każdy obawia się od razu napadu z bronią w ręku. Ale każdy mieszkający na zwykłym osiedlu ma bezustannie do czynienia z ludźmi, którzy instalują się pod oknami z muzyką włączoną na full i nie dają im spać, siusiają na ich klatkach schodowych i traktują ich podwórza jak wielkie śmietnisko - i którzy ich opluwają, obrzucają obelgami albo ciskają kamieniami w okna, kiedy próbuje im się najgrzeczniej w świecie zwrócić uwagę. Kiedy zaś wzywa się policję, przyjeżdża ona po godzinie albo wcale - bo boi się tak samo jak mieszkańcy osiedla. Panoszy się bezkarne chamstwo, przeciwko któremu politycy na razie wymyślili tylko bezskuteczne "działania prewencyjne" oraz przemowy o poszukiwaniu "wyjaśnień socjalnych". To w świecie widzianym z tej perspektywy rośnie elektorat Le Pena. Jest on bowiem postrzegany jako potencjalny zbawca ze swoimi hasłami brzmiącymi jak recepty na wszystko. Mało kto interesuje się w tej sytuacji tym, że w nielicznych miastach, gdzie Front Narodowy zdobył kilka lat temu władzę, nic się nie poprawiło we wspomnianych tu dziedzinach.
Cała Francja szuka nowych ludzi i nowego modelu życia - ale nie wie na razie, gdzie to wszystko znaleźć. A ma na to tylko historyczne pięć minut. 

Więcej możesz przeczytać w 19/2002 wydaniu tygodnika e-Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0