Magia prezydentury

Magia prezydentury

Konrad Adenauer, pierwszy kanclerz RFN, zaczynał polityczną karierę jako radny i nadburmistrz Kolonii
Zwycięzca wyborów w Warszawie będzie przyszłym prezydentem Polski 

Helmut Kohl, zanim został kanclerzem, był premierem rządu Nadrenii-Palatynatu. John Major, były premier Wielkiej Brytanii, zdobywał doświadczenie jako radny w lokalnych władzach okręgu Lambeth. Jacques Chirac sprawował na przemian funkcje premiera Francji i mera Paryża. Rudolph Giuliani, rządząc Nowym Jorkiem, zyskał tak ogromną popularność, że do czasu wykrycia raka był poważnym pretendentem do Białego Domu. Teraz także w Polsce o stanowiska w lokalnych władzach będą walczyć liderzy partii. Są oni gotowi zrezygnować z mandatów poselskich, aby zostać prezydentami bądź burmistrzami miast.

Koniec pseudosamorządności
Aż dziewiętnastu prezydentów Stanów Zjednoczonych było wcześniej gubernatorami - tę listę otwiera Thomas Jefferson, trzeci prezydent Ameryki. Po 1945 r. prezydentami eksgubernatorami byli Jimmy Carter (gubernator Georgii), Ronald Reagan (gubernator Kalifornii), Bill Clinton (został gubernatorem Arkansas w wieku 32 lat) i George W. Bush (dwukrotnie był gubernatorem Teksasu). W jesiennych wyborach samorządowych w Polsce Andrzej Olechowski, jeden z liderów Platformy Obywatelskiej, ma duże szanse zostać prezydentem Warszawy. Sondaże pokazują, że tuż za Olechowskim plasuje się Lech Kaczyński, prezes Prawa i Sprawiedliwości, a za nim Krzysztof Piesiewicz, lider Ruchu Społecznego, i Marek Balicki, senator SLD. Władysław Frasyniuk, przewodniczący Unii Wolności, może być natomiast prezydentem Wrocławia.
Gdy w 1966 r. wchodzącego w świat polityki aktora Ronalda Reagana zapytano, jakim będzie gubernatorem Kalifornii, zażartował: "Nie wiem. Nigdy nie grałem roli gubernatora". Dziś w Polsce mogliby tak odpowiedzieć wszyscy pretendenci do stanowisk wójtów, burmistrzów i prezydentów miast. Kończy się czas pseudosamorządności, czyli wyłaniania włodarzy gmin przez dziwaczne, powiązane niejasnymi interesami kliki. Zaczyna się czas upartyjnienia samorządów, czyli wyrwania partii z sejmowych murów i zakotwiczenia ich w lokalnych społecznościach. Kończy się epoka półdemokracji, w której polityka kojarzyła się z odległym parlamentem, rządem i pałacem prezydenta. Podobnie jak w starych demokracjach przejęcie władzy w mieście czy regionie staje się równie ważne jak zdo-bycie władzy w kraju.

Od mniejszej do większej władzy
"Jako gubernator Georgii przyjmowałem polityków, którzy ubiegali się o fotel prezydencki. Nie odnosiłem wrażenia, by wyróżniali się szczególną inteligencją" - wspominał Jimmy Carter. Carter nie nabawił się podczas tych rozmów kompleksów, więc sam zaryzykował udział w wyścigu o prezydenturę i wygrał. Ilu prezydentów polskich miast dojdzie za parę lat do przekonania, że są lepiej przygotowani do przejęcia władzy w kraju niż politycy "gabinetowi"? - Dobry prezydent miasta będzie się liczył jako polityk w skali kraju, co oznacza, że sprawowanie tej funkcji jest zwyczajnie opłacalne - uważa Kazimierz M. Ujazdowski, poseł PiS (Ujazdowski zrezygnował z ubiegania się o prezydenturę we Wrocławiu).
Na razie kariery w stylu Waldego Dzikowskiego, który zdobył ponad 27 tys. głosów i poselski mandat, zyskawszy wpierw powszechne uznanie jako burmistrz Tarnowa Podgórnego, należą do wyjątków. W przyszłości staną się regułą. - Wreszcie wybieramy naturalny sposób kariery, czyli od "mniejszego" do "większego" - mówi Andrzej Olechowski.
Lech Wałęsa oraz większość premierów III RP nie miała przed objęciem najwyższych stanowisk doświadczenia w administrowaniu. Aleksander Kwaśniewski był krótko ministrem w czasach PRL. Żaden z prezydentów i premierów III RP nie przeszedł weryfikacji w wyborach samorządowych. Jak mieli ją jednak przechodzić, skoro polska demokracja była po 1989 r. budowana "od góry"?
Nieistnienie samorządowych elit, z których mogliby się rekrutować "naturalni" pretendenci do parlamentu, powodowało, że o mandatowych miejscach na wyborczych listach decydowali szefowie partii. A skoro tak, to wielu partyjnych działaczy upatrywało swej szansy w szukaniu dojść do liderów, którzy - poza dysponowaniem mandatowymi miejscami na listach - dysponowali stanowiskami w radach nadzorczych i zarządach spółek skarbu państwa, w instytucjach parabudżetowych oraz w administracji. Partie zaczęły być utożsamiane z partyjniactwem, za to samorządy dostały się w ręce lokalnych - często skrywających partyjną przynależność - polityków, którzy ochoczo wznosili hasła o obronie samorządów przed ich upartyjnieniem. Samorządowi apolityczni politycy nie musieli się liczyć z partyjnymi zwierzchnikami ani z perspektywą wyborów parlamentarnych. Toteż, współtworząc często lokalne sitwy, uniezależniali się od opinii wyborców, za to uzależniali od siebie burmistrzów czy prezydentów miast, których wybierali ze swojego grona na drodze przetargów.

Wszyscy ludzie prezydenta
- Hasło wprowadzenia bezpośrednich wyborów okazało się tak popularne, że partie - glównie PO - wypisały je na swoich sztandarach, aby się nie dać zdystansować konkurencji. Napierały też partyjne doły, które dostrzegły, że w samorządach stoją "konfitury", których nie starcza dla wszystkich na szczeblu krajowym. A po frukta łatwiej sięgać, mając za sobą popularnego lidera, popieranego przez wielką, sprawną machinę wyborczą. Z kolei dla liderów to szansa na zwiększenie popularności i utrwalenie pozycji w partii - wyjaśnia jeden z posłów SLD.
Budżet Poznania to około 1,3 mld zł, budżet Warszawy około 2,5 mld zł.
W każdym z dużych miast jest do obsadzenia przez władze kilkaset stanowisk w administracji i spółkach komunalnych. - Po reformie prezydent będzie jednoosobowym zarządem. Jest oczywiste, że dysponując tak dużymi uprawnieniami, zyska większą władzę niż szeregowy poseł - mówi Filip Kaczmarek, wiceprzewodniczący rady Poznania, jeden z kandydatów na urząd prezydenta w tym mieście.
Dla partii realna, lokalna władza jest jak zastrzyk glukozy, a tym bardziej dla tych, które znalazły się poza parlamentem. - Prezydent powinien wybierać współpracowników według kryterium kompetencji, lecz będzie naturalne, że zastosuje to kryterium wobec działaczy własnej partii. Czas zdjąć z partyjnej działalności piętno partyjniactwa - postuluje Władysław Frasyniuk. I ma rację, wszak jeśli prezydenci biorą odpowiedzialność za rządzenie miastami, to nie mogą obsadzać kierowniczych stanowisk swymi przeciwnikami.

Partyjne wizytówki
Wprowadzenie bezpośrednich wyborów to wprowadzenie bezpośredniej odpowiedzialności przed wyborcami za skutki rządzenia. Czyli szansa na osobisty sukces lub zagrożenie osobistą klęską. I nie tylko osobistą - prezydent i jego otoczenie spełnią funkcję wizytówki ugrupowania. Tym bardziej widocznej, że oglądanej przez wyborców z bliska - stwierdza poseł Kazimierz Ujazdowski. - Wybory samorządowe pozwolą przekonać obywateli, że można rządzić, kierując się obiektywnymi kryteriami, a nie powiązaniami z układami interesów. A skoro można rządzić tak miastem, to można też krajem - mówi Lech Kaczyński.
Z wyborów może się wycofać poseł Andrzej Lepper, przewodniczący Samoobrony. - Bo co może zdziałać prezydent miasta, burmistrz czy wójt w obecnej sytuacji społeczno-gospodarczej i finansowej? - pyta Lepper. Dla ugrupowania, które reklamuje się jako zdolne do sprawienia gospodarczych cudów, przejęcie władzy w samorządach może się okazać pułapką. Wyborcy nie rozgrzeszą, gdy cudów nie będzie.
Wyborcy mogą jednak powierzyć władzę w gminach i powiatach Samoobronie. Albo Lidze Polskich Rodzin bądź kolejnej generacji "bezpartyjnych fachowców" czy też osobom, które dotychczas obracały paroma tysiącami złotych. Wreszcie ludziom, którzy weszli w konflikt z prawem. Ale nawet wybór szefa mafii lub szamana na stanowisko prezydenta miasta jest lepszym rozwiązaniem niż utrwalanie przekonania, że wybory są fikcją. - Zaczynamy prostować niepotrzebnie pokręcone ścieżki naszej demokracji - konkluduje Andrzej Olechowski.

Okładka tygodnika WPROST: 24/2002
Więcej możesz przeczytać w 24/2002 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0