Nie piszę zakłamanych recenzji

Nie piszę zakłamanych recenzji

Rozmowa z MARCELEM REICHEM-RANICKIM, krytykiem literackim

Maria Stauber: Czy warto promować w Niemczech polską literaturę?
Marcel Reich-Ranicki: Cały czas się o to starałem. W pierwszych latach po przyjeździe tutaj proszono mnie o artykuły na temat twórczości Jerzego Andrzejewskiego, Jarosława Iwaszkiewicza, Marka Hłaski czy Sławomira Mrożka. Napisałem też wspomnienia o Antonim Słonimskim, Mieczysławie Jastrunie, Janie Parandowskim. Te artykuły były pisane wbrew regułom dziennikarstwa: bo gdy umiera pisarz, który nigdy nie był tłumaczony na język niemiecki, nikogo to nie obchodzi. Ci pisarze nigdy na niemiecki nie byli tłumaczeni, nikt ich nie znał. Napisałem o nich, bo uważam ich za naprawdę ciekawe postacie. Byłem wtedy szefem działu literatury we "Frankfurter Allgemeine Zeitung" i mogłem pisać, o czym chciałem. Potem byłem już bardzo zajęty literaturą niemiecką i amerykańską, ale dbałem zawsze o to, żeby książki autorów polskich były recenzowane.
- Dlaczego teraz znowu zajął się pan polską literaturą?
- Ostatnio dostałem polsko-niemiecką nagrodę Lindego przyznawaną przez miasta partnerskie Getyngę i Toruń, więc mój "wydawca" - Wallstein Verlag - zaproponował mi druk przemówienia wygłoszonego podczas odbierania nagrody, a do tego opublikowanie kilku artykułów o polskiej literaturze, które ukazały się w niemieckiej prasie. Dołączono też wstęp do mojego wyboru szesnastu polskich opowiadań, wydanego w 1962 r. I tak wyszła z tego całkiem pokaźna książka.
- Czy polska literatura współczesna jest w ogóle w Niemczech znana?
- Nie bardzo. Przetłumaczono parę opowiadań Hłaski, ale kiedy zmarł w Wiesbaden, napisano, że to były mąż aktorki Soni Ziemann. W Niemczech grano "Tango" Mrożka, sztuki Witolda Gombrowicza. Gombrowicza nawet spotkałem, kiedy mieszkał w Berlinie. Próbował organizować spotkania z niemieckimi literatami, ale ponieważ nie mówił po niemiecku, a przy tym był nieznośnym egocentrykiem, nic z tego nie wyszło. Z zainteresowaniem znawców literatury w Niemczech spotkał się Bruno Schulz, przetłumaczony trochę pod Kafkę. Największym powodzeniem cieszyły się jednak w Niemczech łatwe do przetłumaczenia fraszki Stanisława Jerzego Leca. Poza tym przy łamaniu stron gazety takie krótkie formy zawsze się przydawały. Także proza Hanny Krall była tu tłumaczona i niemieccy czytelnicy bardzo ją cenią. Myślę, iż przyczyniłem się do tego, że pewną sławę w Niemczech zdobył Andrzej Szczypiorski.
- Na Oldze Tokarczuk i Magdalenie Tulli nie zostawił pan niedawno suchej nitki.
- Z okazji ubiegłorocznych targów książki we Frankfurcie omawiałem w swoim "Kwartecie literackim" książki tych autorek. Miałem dobre chęci, ale pozycje te wybitnie mi się nie podobały, a ja nie mam ochoty na zakłamane recenzje.
- Są polscy pisarze, których chciałby pan pochwalić?
- Ogromne wrażenie zrobiła na mnie "Sól ziemi" Józefa Wittlina. Bardzo też lubiłem Jerzego Andrzejewskiego, czytałem wszystkie jego książki. Ładne rzeczy pisał Mieczysław Jastrun, za klasyka XX wieku uważano jednak Juliana Tuwima. Niedawno we Frankfurcie zapytałem Czesława Miłosza, kto jest - według niego - największym polskim poetą XX wieku. Był wyraźnie zakłopotany, długo milczał, wreszcie odpowiedział: "Leśmian".
- Dlaczego mieszkając do 1958 r. w Polsce, nie pisał pan o polskiej literaturze?
- O polskiej literaturze nie odważyłem się wtedy pisać. Pisałem wyłącznie o literaturze niemieckiej - do "Twórczości", "Nowej Kultury", czasem do "Życia Warszawy" i innych gazet. Tłumaczyłem też na polski sztuki Friedricha Dürrenmata, "Zamek" Kafki (grany już po moim wyjeździe z Polski w warszawskim teatrze Ateneum). Ale oczywiście czytałem wszystko, co było ważne - Dąbrowską, Nałkowską, Iwaszkiewicza, Andrzejewskiego, Rudnickiego, Brandysa. Bardzo mnie ta literatura interesowała. Tamte lektury znalazły odbicie w mojej ostatniej książce.
- A może nie pisał pan o polskiej literaturze, bo przyjaźnił się pan z wieloma pisarzami?
- Rzeczywiście, miałem wśród nich wielu przyjaciół. W latach 1948-1949 byłem konsulem w Londynie i tam zaprzyjaźniłem się z Antonim Słonimskim, który kierował Instytutem Polskim. Czuł się trochę samotny, często więc się widywaliśmy. W Warszawie byłem blisko zaprzyjaźniony z Mieczysławem Jastrunem, ceniłem go jako poetę. Do tego Jastrun znał się na literaturze niemieckiej. W Związku Literatów spotykałem często Juliana Tuwima. On z kolei nigdy nie chciał rozmawiać o literaturze niemieckiej, mówił, że niemieckiego nie rozumie. Wiedziałem, że przed wojną tłumaczył literaturę austriacką, niemiecką, więc to była manifestacja, bo hitlerowcy zabili jego matkę. Ale mnie nie robił wyrzutów, że się tą literaturą zajmuję.
- Uczestniczył pan w ówczesnym życiu literackim?
- To był czas, gdy chodziło się do Związku Literatów, do kawiarni i na zebrania, więc wszystkich się właściwie znało. Tylko Jan Parandowski tam nie przychodził. On z tym światem nie chciał mieć nic wspólnego. W swojej najnowszej książeczce "Erst leben, dann spielen" ("Najpierw żyć, potem się bawić") opowiadam, jak w 1956 r. po słynnym przemówieniu Chruszczowa Parandowski zapytał mnie przez telefon: "Kto to jest ten Chruścik i o co tu chodzi?". Próbowałem mu wytłumaczyć, że to jest politycznie ważne, ale powiedział, że jego ten komunistyczny świat nic nie obchodzi, że w zeszłym tygodniu opłakiwał z całą rodziną śmierć Petrarki. Bo właśnie pisał coś na temat Petrarki.
- Skąd się wziął tytuł "Najpierw żyć, potem się bawić"?
- Ja to tłumaczę "żyć, a raczej przeżyć" i odnoszę do Polski, która przez wieki miała wyłącznie literaturę zaangażowaną. Sytuacja polityczna, rozbiory, okupacja, zmuszały do tworzenia literatury walczącej, od Mickiewicza poczynając. Tadeusz Nowakowski podkreślał, że w Polsce nikt nie interesował się lart pour lart. Świetnie to ujął Adolf Rudnicki: "Obcokrajowców zawsze raziło, że nasza literatura krzyczy. Nas ta literatura raziła, gdy przestawała krzyczeć".
W Niemczech nikt nie zna Prusa, Orzeszkowej, Konopnickiej, Żeromskiego. Reymont, który dostał Nobla za "Chłopów" (zresztą w niemieckim przekładzie), nie został dostrzeżony przez przeciętnego niemieckiego czytelnika. W XIX wieku rynek był zawalony literaturą rosyjską i francuską. W Polsce zawsze się obrażają, że się nie zna tych czy tamtych autorów. Trzeba zrozumieć, że nie wynika to z antypolskiego nastawienia. W Polsce niemieccy autorzy XIX wieku, tacy jak Wilhelm Raabe, Theodor Storm, Theodor Fontane, których publikowaniem się zajmowałem, też byli kompletnie nieznani. Inaczej było z niemiecką literaturą XX wieku, która była bardzo ceniona - choćby Mann, Kafka czy Rilke.
- Pisze pan o Polsce: "Gdzie się poetów jak królów traktuje"...
- Ta polska specyfika wywodzi się z czasów rozbiorów. Wtedy poeci reprezentowali naród. W Niemczech tylko raz był taki wypadek - w latach hitleryzmu Tomasz Mann reprezentował na emigracji kulturę niemiecką, ale był to krótki okres. Hitleryzm dużo zła uczynił, ale trwał tylko dwanaście lat. Żałuję, że polska poezja jest prawie nieznana w Niemczech - nawet nobliści Wisława Szymborska i Czesław Miłosz. Poezją, a w szczególności obcojęzyczną, mało kto się zresztą interesuje, chyba że ma ona aspekt aktualnopolityczny, jak w wypadku Wolfa Biermana. Nawet tutejsi slawiści nie znają Słowackiego ani Norwida, bo slawistyka niemiecka miała smutną tendencję do zajmowania się przede wszystkim literaturą rosyjską.
- Język polski był pana pierwszym językiem?
- Chodziłem do ewangelickiej szkoły w rodzinnym Włocławku, gdzie uczono w obu językach - polskim i niemieckim. Byłem więc dwujęzyczny, ale po polsku mówiłem lepiej. W 1929 r., gdy miałem dziewięć lat, wyjechałem do Berlina. Mojemu ojcu źle się w Polsce powodziło, a matka miała w Berlinie czterech braci, którzy żyli w dobrobycie. Była szczęśliwa, że się tam przeprowadziliśmy. W ciągu kilku miesięcy nauczyłem się bezbłędnie po niemiecku.
- W Berlinie byliście Ostjuden - Żydami ze Wschodu. Czy byliście gorzej traktowanymi od Żydów niemieckich?
- Tak, byliśmy Ostjuden. Ojciec był przecież polskim Żydem, po niemiecku mówił z akcentem. Wszyscy w szkole wiedzieli, skąd przyjechałem. Bywało komicznie, bo ani nauczyciele, ani uczniowie nie mogli wymówić nazwy Włocławek. Polska z perspektywy niemieckiej była wtedy kombinacją egzotyki i czegoś podrzędnego. W 1938 r., niedługo po ukończeniu w Berlinie gimnazjum, jako obywatel polski zostałem nagle deportowany z hitlerowskich już Niemiec do Polski. Był to dla mnie cios.
Wywieźli nas do Zbąszynia, niedaleko granicy, ale na początku każdy, kto miał pieniądze, mógł jechać, gdzie chciał. Ja pojechałem do brata do Warszawy. Po latach nieobecności w Polsce był to dla mnie obcy świat. Po polsku mówiłem już słabo. Kolega zaproponował mi wymienne korepetycje: ja uczyłem go niemieckiego, a on mnie wprowadzał w polską literaturę. Wybuchła wojna i znalazłem się w warszawskim getcie. Nie przeczytałem tam żadnej powieści - ani po niemiecku, ani po polsku. Nie było to miejsce inspirujące do lektur, mimo to z Tosią - moją żoną - czytywaliśmy Mickiewicza, Słowackiego, Norwida i skamandrytów, którzy zrobili na mnie wielkie wrażenie, zwłaszcza Tuwim.
- Jak to się stało, że pan, Żyd z Polski, stał się w Niemczech "papieżem" krytyki literackiej?
- Ostatnio był w amerykańskiej prasie duży artykuł na ten temat. Mówi się w nim, że to ja Niemców nauczyłem ich literatury. Mój styl, moje podejście do niemieckiej literatury bardzo się różniły od typowego podejścia niemieckiej krytyki. Kontynuowałem jej tradycję z lat 20. - Tucholskyego, Kerra, Polgara. Byli to przeważnie Żydzi, którzy odegrali ogromną rolę w historii niemieckiej krytyki. Choć byli wyśmienitymi germanistami, często nie mogli otrzymać profesury, jeśli się nie przechrzcili.
Moja praca jako krytyka ma w Niemczech ogromny oddźwięk. Kiedy ukazało się "Moje życie", znawcy tutejszego rynku przepowiadali, że sprzeda się sto tysięcy egzemplarzy, inni, że to nieosiągalna liczba. Sprzedano już ponad milion egzemplarzy w Niemczech, a książkę przetłumaczono na czternaście języków.
- Holocaust nie zmienił pana stosunku do literatury niemieckiej?
- Nie. Heine napisał, że w czasie pożaru w świątyni w Jerozolimie Żydzi nie ratowali drogocennych przedmiotów tam się znajdujących, ale jedynie Pismo Święte, które zabrali, wędrując z kraju do kraju. Z Pisma Świętego zrobili swoją przenośną ojczyznę. Moją jedyną ojczyzną zawsze była i jest niemiecka literatura. 

Okładka tygodnika WPROST: 24/2002
Więcej możesz przeczytać w 24/2002 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0