O pożytkach z prysznica

O pożytkach z prysznica

Dodano:   /  Zmieniono: 
Futbol miewa w naszych czasach wiele wspólnegoz polityką, a tym razem dzieli z nią wspólne błędy
Francja wyspecjalizowała się ostatnio w widowiskowych porażkach faworytów z outsiderami. Najpierw poważny, dobrze ułożony premier Lionel Jospin został brutalnie wykopsany już w pierwszej turze wyborów prezydenckich przez mało poważnego i dużo gorzej ułożonego demagoga Jean-Marie Le Pena. Jospin miał wszystko zaplanowane - punkt po punkcie - i wszystko mu się zgadzało jak w kajeciku z rachunkami wzorowego ucznia. Wypisał sobie osiągnięcia swojego rządu i ze szczerą ufnością wierzył, że wyborcy przystąpią do sumiennego analizowania tych sukcesów i porównywania ich z dokonaniami kandydata, którego uważał za swego głównego rywala - czyli prezydenta Jacquesa Chiraca. Chirac zaś, zdaniem Jospina, nie zrobił przez całą kadencję nic - poza kardynalnym błędem politycznym, jakim było rozpisanie przedterminowych wyborów do parlamentu, co otworzyło lewicy drogę do władzy. Elementarna logika wskazywała, że porównanie takie daje miażdżącą przewagę socjalistycznemu premierowi. Wyborcy rozczarowali jednak Lionela Jospina. Zastosowali kanon logiczny, jakiego się nie spodziewał: porównali zupełnie co innego z kimś zupełnie innym.
Następne objawienie nowej francuskiej specjalności nastąpiło podczas meczu Francji z Senegalem, otwierającego mistrzostwa świata w piłce nożnej. Niby przed meczem mówiło się, że Senegalowi może się udać wygrać, ale traktowano to jak żart. Teraz żarty się skończyły. Komentatorzy doszukują się przyczyn przegranej przede wszystkim w przeciążeniu zawodników meczami, braku kontuzjowanego Zidanea, a także stremowaniu drużyny przytłoczonej oczekiwaniami Francuzów. W Senegalu jest jednak popularne inne wyjaśnienie: że wszystko załatwili tamtejsi czarownicy, którzy najpierw zaklęciami uszkodzili udo Zidanea, a następnie kierowali piłki strzelane przez Francuzów w słupki i poprzeczkę. Dobrze, że w innych krajach z grupy Francji - Urugwaju i Danii - czarowników jest mniej. Może mają jednak inną tajną broń? Kierownictwo francuskiej reprezentacji znalazło na razie tylko jedną: zaraz po przegranej z Senegalem do hotelu drużyny skierowano kontyngent żon zawodników - zapewne w nadziei, że wyzwolone w ten sposób siły natury zniweczą moc fluidów nasyłanych przez obcych magów, wrogie trolle i duchy dawnych Indian.
Futbol miewa w naszych czasach wiele wspólnego z polityką, a tym razem dzieli z nią wspólne błędy. Zarówno sztab wyborczy Lionela Jospina, jak i sztab sportowy piłkarskiej reprezentacji Francji widziały już swoich pupili na mecie, ale zapomniały o istotnym detalu: że do mety trzeba dojść. Jospina tak bardzo pochłaniała myśl o tym, jak będzie zwycięsko rozgrywać z Chirakiem drugą turę wyborów, że w końcu zaczął traktować przejście przez turę pierwszą jak niezobowiązujący spacerek. Drużyna Francji jest w lepszej sytuacji, bo w przechodzeniu do następnej tury ma prawo do kilku prób, do popełniania błędów i do ich naprawiania. Przegrana z Senegalem jednak naprawdę zabolała i stworzyła realne niebezpieczeństwo eliminacji z dalszych rozgrywek, o czym jeszcze rano w dniu meczu nikt nie myślał serio. Tak jak Jospin widział się już w drugiej turze, tak francuscy piłkarze widzieli się już w finale. Planowanie na długi dystans jest niewątpliwie warunkiem osiągania ważnych celów, ale - jak widać - nawet zawodowcy zapominają niekiedy, że zlekceważenie choć jednego etapu przerywa dalszą drogę.
Po zwycięstwie wyborczym Jospina i socjalistów w 1997 r. wielu Francuzom zostało poczucie, że teraz będzie pięknie, bo będą pracować mniej za te same - albo i większe - pieniądze, a równocześnie spadnie bezrobocie i nakręci się koniunktura, bo taka jest wola rządu. Po zwycięstwie piłkarzy w mistrzostwach świata w 1998 r. socjologowie zgodnie twierdzili, że poprawiła się atmosfera społeczna (ze spadkiem ksenofobii włącznie, bo zwycięska drużyna była bardzo "kolorowa") i że Francuzi uwierzyli w siebie, i z ufnością patrzą w przyszłość. Obraz widoczny w 2002 r. ma nieco więcej niuansów.
Jeśli tamte zwycięstwa wywołały taką falę entuzjazmu, to co zostanie po obecnych porażkach i rozczarowaniach? Nie wygląda na razie na to, by nadchodziła fala depresji. Nadchodzi raczej otrzeźwienie. Premier Raffarin zapowiada, że ma zamiar prowadzić kraj "jak dobra gospodyni domowa". Krok po kroczku, cierpliwie zestawiając wydatki z przychodami, bez fajerwerków, ale i bez zbędnego marudzenia. Paradoksalnie, kilka kolejnych zimnych pryszniców, jakie spadły na francuskie głowy, może ułatwić rządowi działanie. Może nastroić obywateli bardziej realistycznie i podsunąć im ciekawą myśl, że spokojna, systematyczna praca u podstaw i rozliczanie się z samym sobą - zamiast czekania aż satysfakcję dostarczy rząd i sportowcy - też ma swoje zalety.

Więcej możesz przeczytać w 24/2002 wydaniu tygodnika e-Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0