Trudna miłość do marchewki

Trudna miłość do marchewki


Piotrze!

Nawet człowieka absolutnie skrytego, człowieka o wnętrzu ciemniejszym niźli belgijska gorzka czekolada, dopadają chwile absolutnej szczerości. To czas, gdy nie można już w sobie dusić skrywanej latami słabości, moment absolutnie konfesyjny, o jakim tylko marzą początkujący spowiednicy, słuchający w kółko mdłych wyznań o nadużywaniu alkoholu i stosowaniu bez umiaru brzydkiego słownictwa. Jestem właśnie w takim stanie, lecz nie przerywaj lektury, nie będą to wynurzenia z gatunku tych, że zawsze wieczorem przebieram się w damską skórzaną bieliznę, potajemnie słucham płyt zespołu Ich Troje, sens istnienia odkrywam w lekturze książek Wiliama Whartona, od dzieciństwa podziwiam postać Bolesława Piaseckiego lub marzę o wspólnej kolacji z ministrem Szmajdzińskim. Nic z tych rzeczy, chciałbym Ci jedynie donieść, że bardzo, bardzo lubię marchewkę.
Dlaczegóż to potrzebowałeś chwili aż tak szczególnej - spytasz z troską - by wyznać rzecz równie błahą i normalną? Spieszę z odpowiedzią: wydaje mi się, że jedzenie marchewki przez dorosłych ludzi uchodzi w naszym kraju za czynność wstydliwą. Marchwiane papki podaje się, owszem, niemowlętom, by ukoić ich rozdygotane trzewia, dzieciom robi się przerażające marchwiane zupki, by ładnie rosły, a dorosłym wciskana jest surówka z marchwi w ramach restauracyjnych zestawów obowiązkowych. I to wszystko, nie licząc jeszcze obecności marchwi w zupach jarzynowych. A ja marchew kocham. Czym byłaby wołowina po burgundzku bez wielości marchwianych krążków, których słodycz naturalnie łagodzi kwasowość czerwonego wina, czym bez marchwi byłaby włoska minestra, jak bez marchwi wyobrazić sobie kuskus, jagnięce ragout, ossobuco i wiele innych, równie wspaniałych rzeczy?!
A sok - czy jest coś pyszniejszego niż sok z marchwi? Nie ten przecierowy z butelek, lecz taki z mamusinej sokowirówki, co to wypluwała płyn, zachowując w swym tajemniczym wnętrzu paprochy. Kiedyś wolałem taki sok z dodatkiem jabłek, teraz, gdy doświadczenia przybyło, doceniam czysty, niczym nie zmącony marchwiany smak. I cieszę się, bo oto w Krakowie już od dawna można kupić sok taki w kubeczkach, świeżo zrobiony, do trzymania tylko w lodówce, bo niczym nie konserwowany, o kilkudniowym terminie przydatności do spożycia. Ale kto by go tam trzymał, wypija się od razu! Czy i ty, przyjacielu, sok z marchwi pijasz, czyś widział taki sam w innych miastach? A czy próbowałeś marchwi żółtej, jeszcze słodszej i bardziej zniewalającej w smaku? U nas chłopi rzeczonej odmiany nie sieją, u nas chłopi miast siać, wolą wysypywać zboże na tory, ale na przykład na Węgrzech spotkasz żółtą marchew na każdym targu. Jej obecność to jeden z sekretów prawdziwego bograczu. Kończę, bo muszę coś dosłownie schrupać.

Twój Robert von Karoten Makłowicz



Robercie!

Rzeczywiście, to prawda, że okazywanie słabości do marchewki graniczy z publiczną sodomią, ale pragnę Cię zapewnić, Drogi Przyjacielu, że jestem z Tobą. Też lubię marchew, ale jest to miłość trudna.
Przez większość życia marchewki nie znosiłem i do dziś nie toleruję jej w talerzu rosołu (w rosole - tak, ale nie na talerzu). Uważam też, że to kiepski pomysł, żeby ją dodawać do wielu zup (na przykład ogórkowej, grochowej czy pomidorowej), bo wtedy robią się nieprzyjemnie słodkawe. Sałatki jarzynowe także stanowczo wolę bez marchwi.
Ale sok! Parę lat temu oszalałem na jego punkcie i teraz prawie każdy dzień zaczynam od wysokiej szklanki z kilogramem upłynnionych marchwianych korzeni. Najlepiej obrać je poprzedniego dnia wieczorem i włożyć na noc do lodówki, a przepuścić przez maszynę rano. Wtedy sok jest zarazem maksymalnie świeży i cudownie zimny. Owszem, znam ten sok w kubeczkach (piłem go i w Krakowie, i w Gdańsku), ale - jak dla mnie - nie jest on dostatecznie świeży. Prawie zawsze przyjeżdżając i wyjeżdżając z Warszawy pociągiem, piję sok marchwiowy na Dworcu Centralnym. Polecam. Wyciskają, że tak powiem, na twoich oczach.
Lubię też tartą, soczystą marchew z cytryną. Pyszna jest młoda marchewka duszona w maśle i glazurowana. W Szkocji bardzo smakowało mi słodkie ciasto marchwiowe. Podobne trafiłem niedawno w barze TriBeCa w Krakowie.
Idę skrobać na jutro.

PB

PS. Ale już risotto marchwiowe - wierz mi, próbowałem - całkowicie odpada. Sufletu też bym nie ryzykował.
Okładka tygodnika WPROST: 25/2002
Więcej możesz przeczytać w 25/2002 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 1