Chicago blues

Chicago blues

Zawsze mnie przenikało grozą olbrzymie "złomowisko", jakim jest wiele dzielnic Chicago
Dawno nie zgłaszałem nowych propozycji do naszej Biblioteczki Flisaka, czyli lektur nadających się do kontemplacji na tratwie. Dziś nadrobię zaniedbania. Pomógł mi w tym wydawca z Torunia, pan Adam Marszałek, i własny, sentymentalny stosunek do miasta Chicago. W ostatnich czasach w piernikowym grodzie Mikołaja Kopernika ukazały się aż trzy książki związane z Miastem Wiatrów, jak nazwał je Carl Sandburg: Adama Lizakowskiego "Chicago miasto nadziei" (wiersze) oraz Wojciecha A. Wierzewskiego - "Pegaz za oceanem" i "Polskie Chicago - lata osiemdziesiąte, lata dziewięćdziesiąte". Dwie ostatnie książki są osobistą kroniką wydarzeń polskich i życia twórczego w Stanach Zjednoczonych. Autor jest od siedemnastu lat redaktorem najstarszego pisma emigracyjnego "Zgoda".
Amerykańscy krytycy, pisząc o twórczości Czesława Miłosza, zauważyli, że jego "emigracyjność" polska nie stała się wcale przeszkodą w udziale w głównym nurcie literatury i amerykańskiej, i światowej. Człowiek współczesny na skutek raptownych odmian cywilizacji współczesnej czuje się nawet we własnym kraju imigrantem nowej epoki w kurczącym się informacyjnie i komunikacyjnie świecie. Każdy z nas ma więc w sobie coś z emigranta i imigranta. Oczywiście poza Polskim Stronnictwem Ludowym, Ligą Polskich Rodzin i Samoobroną, znajdującymi się w myśleniu cywilizacyjnym na etapie "Nie rzucim ziemi..." i wysypywania "cudzoziemskiej" pszenicy z pociągów.
Mój sentyment do Chicago płynie stąd, że znajduje się w tym mieście grób mego ojca, politycznego emigranta, ale również stąd, iż miałem okazję poznać to miasto i jego słodko-groźny urok. Słodycz objawia się tam w dni pogodne, gdy jezioro Milwaukee zlewa się z horyzontalną linią nieba i wygląda jak morze. W wyobraźni można z parku nad wodą żeglować łańcuchem Wielkich Jezior, poprzez Kanadę, do Labradoru i Atlantyku. Grozą zawsze mnie tam zaś przenikało olbrzymie, miejskie "złomowisko", jakim jest wiele dzielnic Chicago. To wszystko w sposób wyjątkowy opisał i opisuje poeta Adam Lizakowski, o którym dowiedziałem się właśnie od Czesława Miłosza, gdy i Adam mieszkał jeszcze w Kalifornii.
Uprzedzeni do poezji współczesnej, bełkoczącej bez sensu o niczym, niech odrzucą swoje uprzedzenia, bo Adam Lizakowski nawet gdy "zabełkocze", to z sensem. Nauczył się bowiem od miejscowych mistrzów (Sandburg, Auden) opisywać świat i ludzi lirycznym językiem oraz skrótami metafor. Wśród Polonii z ciupagami i w rogatywkach z pawimi piórami Lizakowski jest najprawdziwszym wyrazicielem przeżyć procesu naturalizacji psychologicznej i kulturowej imigrantów w Stanach Zjednoczonych. Nie tylko Polaków.
A początek poety Adama wiąże się z przedziwną polskojęzyczną grupą poetycką The Unpaid Rent Poetry Group, czyli Grupą Poetycką Nie Zapłacone Komorne, składającą się z innych liryków i z fotografików. Jedyna na świecie nazwa.
Zakończę swój dzisiejszy felietonowy blues o Chicago fragmentem wiersza Adama Lizakowskiego "Nawet jeśli te sny":

"Nawet jeśli te sny o Ameryce
są nieprawdziwe tak jak Ameryka jest dla wielu nierealna
to nic nie szkodzi warto było zobaczyć kawałek świata;
włoskie kawiarnie, greckie kafejki, francuskie restauracje,
rosyjskie stołówki, irlandzkie bary, angielskie puby,
amerykańskie samochodowe bary szybkiej obsługi,
zachód Ameryki, wschód, południe, północ,
ludzi brązowych, fioletowych, czarnych,
czerwonych, żółtych, ich małą nędzę i wielkie nadzieje".
Okładka tygodnika WPROST: 25/2002
Więcej możesz przeczytać w 25/2002 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0