Eurohamulce

Eurohamulce

Dodano:   /  Zmieniono: 
Kraje piętnastki dzielą się coraz bardziej, gdy mowa o dzieleniu pieniędzy


Na szczycie w Sewilli przywódcy piętnastki wypowiedzieli się na temat rozszerzenia Unii Europejskiej w stylu Pytii. "To jest egoizm niemiecki, francuski, hiszpański. Wszyscy twierdzą: chcemy rozszerzenia. Ale nikt nie chce płacić" - mówi bez ogródek Daniel Cohn-Bendit, francuski deputowany do Parlamentu Europejskiego. Jest on jednym z niewielu, którzy nazywają rzeczy po imieniu. Wtóruje mu komisarz ds. rozszerzenia Günter Verheugen: "Pomówmy też o cenie, jaką zapłaci Europa, jeśli rozszerzenie się nie uda". Tylko dzięki eksportowi do Polski już dziś pracę ma ponad pół miliona Niemców.

Mit wielkiej ceny rozszerzenia
Komisarz Verheugen wyliczył, że nowi członkowie spożytkują ledwie 0,14 proc. PKB Unii Europejskiej. Franz Fischler, komisarz ds. rolnictwa, szacuje, że dopłaty bezpośrednie dla rolników z krajów kandydackich w pierwszej fazie po przyjęciu do unii nie przekroczyłyby miliarda euro. Nie jest to suma rujnująca niemal stumiliardowy budżet Brukseli. Prognozy ekonomiczne (na przykład opracowanie prof. Witolda Orłowskiego "Przeciw stereotypom") wskazują, że wielkie koszty rozszerzenia to mit. Wręcz przeciwnie - do roku 2014 rozszerzenie unii przyniesie czteroprocentowy wzrost dochodu narodowego w "starej" piętnastce i wzrost eksportu do nowych państw członkowskich aż o 54 proc. Dla dzisiejszych beneficjentów brukselskiej pomocy to jednak dość odległa perspektywa. Zbyt odległa, by zrezygnować z walki o to, co można zdobyć już dziś bez dzielenia się z ubogimi krewnymi.

Interes rolników
Dopłaty bezpośrednie dla rolników - żadna kwestia nie wywołuje w Brukseli większych emocji. To zrozumiałe, ponad połowa unijnego budżetu trafia do kieszeni producentów żywności stanowiących ledwie 5 proc. ludności unii (60 proc. tych pieniędzy stanowią dopłaty bezpośrednie). Niemcy, którzy wpłacają najwięcej do wspólnej kasy, mówią zgodnie, że czas ich szczodrości minął. W tej sprawie zgodni są obaj pretendenci do fotela kanclerskiego Gerhard Schröder i Edmund Stoiber. "Rozszerzenie dotychczasowej polityki rolnej unii na 25 krajów członkowskich kosztowałoby 8 mld euro więcej niż dziś" - mówi kanclerz Schröder, zaznaczając, że jedną czwartą tej sumy musiałyby wyłożyć właśnie Niemcy. - Trudno popierać coś, co w samym założeniu jest błędne - mówi "Wprost" prof. Folkhard Isermeyer z Federalnego Urzędu Gospodarki Rolnej w Brunszwiku. - Dopłaty bezpośrednie w istniejącej formie powinny być w ogóle zniesione. Niemcom zależy na rozszerzeniu unii - podkreśla - ale w ich interesie leży także uzdrowienie polityki rolnej.
Większość unijnych farmerów zwyczajnie boi się konkurencji i nieuchronnej racjonalizacji osławionej wspólnej polityki rolnej. Bez niej produkcja zboża we Francji, warzyw w Holandii i prawie wszystkich płodów rolnych w Finlandii stałaby się z dnia na dzień deficytowa.

Interes regionów
Wiele emocji budzi perspektywa okrojenia unijnych funduszy strukturalnych. Na ten cel w tym roku przeznaczono prawie 31 mld euro. W latach 90. Hiszpania otrzymała z Brukseli 41 mld euro na rozwój regionów. Sporo zyskali Włosi, Grecy, Francuzi. Dlaczego mamy zrezygnować z tych pieniędzy jedynie dlatego, że po przyjęciu ubogich Europejczyków nasze mniej rozwinięte regiony staną się z dnia na dzień relatywnie bogatsze? - pytają Hiszpanie. Z kolei lokalni politycy z Austrii i Niemiec uparcie twierdzą, że po rozszerzeniu zaleje ich "fala ze wschodu". I znów wyliczenia ekonomistów wskazują na coś zupełnie przeciwnego - to właśnie regiony sąsiadujące z nowymi państwami unii zyskają najwięcej. U nich wzrost PKB i dochodów z handlu z nowymi członkami będzie znacznie wyższy niż w całej unii - przewidują analitycy z firmy McKinsey & Company.

Interes związkowców
"Powitanie" zgotowane przywódcom unii przez hiszpańskie związki zawodowe opóźniło otwarcie szczytu w Sewilli. O to chodziło - związkowcy przypominają, że o przywileje pracownicze będą walczyć do upadłego. I to nie tylko w Hiszpanii - strajki pracowników sektora publicznego rozlewają się po Europie od Grecji po Niemcy. Związkowcy zdają sobie sprawę z tego, że reforma systemów emerytalnych i konieczne cięcia budżetowe są nieuniknione, ale usiłują odwlec je za wszelką cenę. Tymczasem dziury w budżetach zmuszają rządy do szukania oszczędności i ograniczania rozdętego europejskiego "socjalu". Premier Włoch Silvio Berlusconi i José Maria Aznar, szef rządu hiszpańskiego, już próbują nieśmiałej rewolucji, od początku napotykając zażarty opór. Za nimi pójdą zapewne premier Francji Jean-Pierre Raffarin i Edmund Stoiber - jeśli uda mu się zwyciężyć we wrześniu. Który z nich odważy się jeszcze powiedzieć wyborcom, że solidarność z nowymi członkami unii powinni potwierdzić zgodą na finansowe wsparcie rozszerzenia?
Kto w tej sytuacji weźmie sobie do serca apel przewodniczącego Parlamentu Europejskiego Pa-ta Coxa, który w Sewilli ostrzegał przywódców piętnastki: "Kandydaci nie mogą już zrobić więcej. Uważajcie, by nie padli ze zmęczenia tuż przed metą". "Już dawno mówiłam, że w projekcie stulecia - rozszerzeniu UE - kilka lat mniej czy więcej niczego nie zmienia" - twierdzi tymczasem Susanne Riess-Passer, wicekanclerz Austrii. Cóż, punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Jacques Santer w rozmowie z "Wprost" jeszcze jako szef Komisji Europejskiej nie wykluczał rozszerzenia unii w 2004 r. Dziś Santer przewiduje: - Realistycznie rzecz biorąc, będzie to możliwe najwcześniej w 2005 r. Eurosceptycy typują nawet rok 2006.


Więcej możesz przeczytać w 26/2002 wydaniu tygodnika e-Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0