Mężczyzna w krótkich spodenkach

Mężczyzna w krótkich spodenkach

Dodano: 
Piłkarska murawa to jedno z ostatnich miejsc, gdzie mężczyzna w krótkich spodenkach może od pierwszej do ostatniej minuty być sobą

Z piłką nożną, rozpatrywaną w męsko-damskim kontekście, jest jak z jazdą samochodem. Mężczyzna uważa kobietę za niezdolną i do gry, i do trzymania kierownicy. Nie od dziś wiadomo, że kobieta nie potrafi brać zakrętów i o zasadach prawidłowego wykopu nie ma pojęcia. Każdy z tych szowinistycznych poglądów przerobiłam na własnej skórze, ale ani z jeżdżenia samochodem, ani z umiłowania piłki nożnej nie zrezygnowałam. Najważniejsze, że lubi ze mną jeździć mój pies i to oprócz posiadania prawa jazdy w zupełności mi wystarcza. Od czasu do czasu chodzę na mecze Bundes-ligi i nie potrzebuję męskiego towarzystwa, żeby zrozumieć, dlaczego dwudziestu dwóch panów biega za piłką. Naprawdę. Nie denerwuję się także, gdy mój mąż problematycznego spalonego woli roztrząsać z przypadkowo spotkanym kibicem niż z własną żoną. To się nazywa poczucie własnej wartości. Dzięki, emancypacjo.
Wszystko zaczęło się, gdy jako kilkunastoletnia panienka nie posłuchałam mamusi i z kolegami z podwórka poszłam grać w piłkę. Tego feralnego dnia to mnie przypadło egzekwowanie jedenastki, które - niestety - nie skończyło się golem, lecz poważną kontuzją. Taką na miarę rasowego piłkarza. Wylądowałam na rok w gipsie, miałam zagwoździowane biodro i uroczy wyciąg przez następnych kilka miesięcy.
W tym miejscu prawdziwy miłośnik piłki nożnej, czyli mężczyzna, uśmiechnie się ironicznie i w duchu pomyśli: tak to jest, gdy kobieta pcha się tam, gdzie nie powinna. Pomyśli i po części będzie miał rację, bo i mnie nigdy nie interesowała kobieca piłka nożna. Liżąc rany, ostatecznie przerzuciłam się na bierne śledzenie piłkarskich zmagań i szybko doszłam do wniosku, że i teoria czyni mistrza. Pamiętam, i to wcale nie jak przez mgłę, potyczki i emocje, jakie wywoływały mecze Górnika Zabrze z AS Roma, włoskiego trenera Hererrę i moment, gdy w finale meczu na stadionie niespodziewanie zgasło światło. Pamiętam, jak domownikom łyżki wpadały w talerze z pomidorową, gdy na mundialu w Monachium już w pierwszym meczu okazało się, że mamy drużynę. Genialną drużynę. Zresztą tylko taka może działać na kobiecą wyobraźnię. Nic więc dziwnego, że z koleżankami z licealnej ławki wieszałyśmy w swoich pokojach zdjęcia ulubionych piłkarzy.
Największym powodzeniem pod względem urody cieszyli się Lubański i Tomaszewski. Na dalszych pozycjach Gorgoń rywalizował z Ćmikiewiczem. Nie patriotyzm, lecz brak miejsca spowodował, że pod moim biurkiem, a nie nad nim, zawisł plakat ówczesnej gwiazdy niemieckiego futbolu, Günthera Netzera. To dzięki piłce nożnej po raz pierwszy zwróciłam uwagę na męską dojrzałość i jej niepodważalny czar. Wraz z telewizyjną kamerą wpatrywałam się w argentyńskiego trenera Menottiego. Nikt tak jak on, nawet w kinie, nie potrafił trzymać papierosa. Dziś za jego godnego następcę w kategorii trener playboy uważam Brunona Metsu z Senegalu. Niestety, szanse na to, że PZPN będzie na niego stać, są równe zeru. Nie będzie na kogo patrzeć.
Moje zamiłowanie do piłki w grze sprawiło, że do dziś mężczyzn dzielę nie tylko ze względu na wiek i kolor włosów, ale i na tych, którzy interesują się piłką, i tych, których ona nic nie obchodzi. Z oczywistym wskazaniem na tych pierwszych.
W ciągu ostatniego miesiąca oglądałam prawie wszystkie mundialowe mecze i - jak na kobietę, która już z definicji nie może się znać na piłce, przystało - oprócz wysłuchiwania uczonych komentatorów "po kobiecemu" wyłapywałam miłych oku piłkarzy. Gdy więc odpadła "moja" Portugalia, Hiszpania i Senegal, mimo wszystko mozolnie zaczęłam budować jedenastkę marzeń. Kryterium było - nie ukrywam - szowinistyczne: seksapil. Niestety, zbyt szybko miłośniczkom męskiej urody "adieu" powiedzieli Maldini, Figo, Totti, Nesta oraz najprzystojniejszy piłkarz tegorocznego mundialu - portugalski bramkarz Baia. Nadal grali Niemcy Ballack i Metzelder. Na tym właściwie koniec i ciągle brakuje czterech, żeby zbudować gorącą jedenastkę.
No, cóż, musicie się bardziej starać, panowie. Wy, następcy rzymskich gladiatorów, którzy z szybkością geparda biegacie po murawie i zachwycająco dryblujecie na oczach wyjącego tłumu. Profesjonalnie i mimochodem ogrywacie własną tężyznę, pokazujecie nagie torsy i fryzujecie loki do ramion. Nic dziwnego, że współczesny gladiator miota się między osobowością roniącego łzy chłopca a naturą brutalnego macho, który dla dobra sprawy nie zawaha się przed najpaskudniejszym faulem. Piłkarska murawa to jedno z ostatnich miejsc, gdzie mężczyzna w krótkich spodenkach może od pierwszej do ostatniej minuty być sobą. Nawet w dogrywce. Nawet jeśli przeciwko sobie ma już nie tylko sędziego z Tobago, ale także fankę, której byle czym nie zadowoli. Chyba że wmówi jej, iż w kopaniu w piłkę seksapil nie ma żadnego znaczenia.
Okładka tygodnika WPROST: 27/2002
Więcej możesz przeczytać w 27/2002 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0