Giełdy złodziei

Giełdy złodziei

Dodano: 5
Aż 80 proc. z 60 tys. aut kradzionych co roku w Polsce rozbiera się na części i sprzedaje na giełdach

Cinquecento 700. Komplet drzwi - 120 zł, klapa tylna z szybami i tapicerką - 125 zł, deska rozdzielcza z licznikiem - 115 zł, kompletny nadmuch - 121 zł - tak w ostatnią niedzielę reklamował części samochodowe jeden ze sprzedawców na giełdzie w Słomczynie koło Grójca. Obok stał komplet nowych drzwi z szybami do skody felicii, a dalej również komplety do niebieskiego fiata uno i czerwonego cinquecento. Żadna z części nie była nawet draśnięta. Policjanci twierdzą, że 90 proc. części sprzedawanych w Słomczynie i na innych giełdach samochodowych pochodzi z kradzionych samochodów. Aż 80 proc. z 60 tys. aut kradzionych w Polsce co roku, czyli 48 tys., po rozebraniu na części trafia na giełdy oraz do warsztatów samochodowych - potwierdza Paweł Biedziak, rzecznik komendanta głównego policji.
- Kradzione auta rzadko dziś sprzedaje się w całości, bo coraz trudniej je zalegalizować, coraz trudniej "wyczyścić" ze wszystkich oznakowań pozwalających ustalić ich pochodzenie. Samochód rozebrany na części jest w zasadzie nie do zidentyfikowania - mówi Jerzy Dziubiński, zastępca komendanta policji w Grójcu.

Giełdy, czyli legalne sklepy złodziei
Słomczyn - największa giełda samochodowa w Europie - a także giełdy w Pruszczu i Chwaszczynie koło Gdańska, szczecińskie giełdy w Przecławiu i Płoni, łódzka na Widzewie, giełdy w Poznaniu, Krakowie czy Lublinie są jednocześnie największymi legalnie działającymi "sklepami" części z kradzionych samochodów. De facto firmy prowadzące giełdy zajmują się więc paserstwem, co w Polsce jest przestępstwem (grozi za nie kara do pięciu lat więzienia, gdy sprawca jest świadom przestępstwa - art. 291 kk, i do trzech lat, gdy chodzi o paserstwo nieumyślne - art. 292 kk).
Każdy, komu ukradziono auto, ma duże szanse znaleźć je - we fragmentach - na którejś z giełd. Gdy pytamy, skąd sprzedawcy wzięli części, prawie wszyscy odpowiadają to samo: "Kupiłem po wypadku". To nic, że na drzwiach czy maskach nie widać nawet śladu po wypadku bądź przemalowaniu. - Jeśli na części nie ma numeru, to nic nie możemy zrobić. Jak wówczas udowodnić, że na przykład drzwi pochodzą z konkretnego ukradzionego samochodu? - pyta podkomisarz Marek Chołuj z grupy operacyjnej Gepard w Komendzie Stołecznej Policji, która ściga złodziei samochodów.
Zwykle samochody są oznakowane tylko na silniku, skrzyni biegów, nadwoziu i takimi częściami na giełdach się po prostu nie handluje. Odwiedziliśmy kilkanaście giełd w całym kraju i wszędzie bez trudu można było znaleźć części skrzyni biegów, ale całej skrzyni już nie. Tylko nieliczni, pamiętający charakterystyczne zadrapania czy inne znaki, znajdują na giełdzie fragmenty swoich aut. Dwa tygodnie temu mieszkaniec Łodzi rozpoznał w Słomczynie części ze swojego "malucha". Handlarz wcale się tym nie przejął. Otrzymał dozór policyjny, czyli ma obowiązek stawiać się co pewien czas w komisariacie. Następnej niedzieli znowu był na giełdzie w Słomczynie z nowym towarem. - Osoby, którym postawiono zarzuty, nadal handlują. My nie możemy im tego zabronić - mówi Jerzy Dziubiński. - Obrót kradzionymi częściami nie podlega żadnej weryfikacji: wystarczy zgłosić działalność gospodarczą. Nikt nie wymaga zaświadczeń, faktur, dowodów zakupu - dodaje podkomisarz Marek Chołuj.

Zamówienie części, czyli zlecenie kradzieży
To na giełdach zapadają decyzje, jakie samochody znikną w następnych tygodniach z ulic czy parkingów. Wystarczy powiedzieć handlarzowi, że szuka się na przykład lewego błotnika do daewoo tico w kolorze burgunda. - Proszę przyjść za tydzień lub zadzwonić - odpowiada sprzedający, co oznacza, że przyjął zlecenie. Oznacza to też, że w najbliższych dniach ktoś, być może nasz sąsiad lub krewny, straci tico w kolorze burgunda. - Klienci pytający o konkretne części nie zdają sobie sprawy, że także ich samochód wkrótce może się stać "dawcą" części dla innego klienta - tłumaczy podkomisarz Marek Chołuj.
Na giełdach, które odwiedziliśmy, najwięcej było elementów karoserii skód, fiatów oraz daewoo (od lanosa po leganzę). Trzy lata po pojawieniu się nowego modelu na giełdzie można znaleźć praktycznie wszystkie części do samochodu konkretnej marki w tym wieku. Złodzieje reagują w ten sposób na popyt. W wielu wypadkach części pochodzą z samochodów kradzionych "na układ". Kradzież zleca sam właściciel pojazdu, który albo nie może samochodu sprzedać, albo kończy mu się umowa leasingowa. Po rozebraniu auta na części właściciel odbiera od złodzieja "dolę" i zgłasza kradzież policji. Kiedy części pojawią się na giełdzie, handlarz ma przynajmniej pewność, że nie spotka właściciela, który mógłby poznać elementy własnego auta. Dlatego kradzieże "na układ" są coraz częstsze.

Rozbieralnia aut
Na giełdy handlarze przyjeżdżają już dzień wcześniej wieczorem. Około drugiej, trzeciej w nocy zjawiają się wysłannicy gangów złodziei samochodowych lub sami złodzieje. Na giełdzie pełnią oni funkcję hurtowników sprzedających części z samochodów skradzionych w poprzednich dniach. Handlarze mający stoiska płacą zwykle nie więcej niż 30 proc. ceny detalicznej. Często gangi mają też własnych stałych sprzedawców. Młodzi złodzieje amatorzy sprzedają części za grosze - na giełdach w Trójmieście czy Szczecinie za komplet części od kilkuletniego poloneza dostają często nie więcej niż 200-400 zł. Zawodowcy na "pokrojonej" na części toyocie carinie zarabiają na czysto około 20 tys. zł.
Zorganizowane grupy złodziei samochodów (tylko w Warszawie jest ich kilkanaście) specjalizują się w poszczególnych markach. Grupy te funkcjonują na zasadzie ścisłego podziału ról, co utrudnia ich rozpracowanie, bo ci, którzy wpadną, niewiele wiedzą o pozostałych członkach grupy. Kto inny prowadzi więc obserwację, kto inny kradnie samochód, jeszcze inni przewożą go do "dziupli". Tam już inna grupa tnie samochód na części, a jeszcze inna dostarcza towar paserom. Mimo niewygórowanych cen kradzionych części roczne dochody złodziei i pośredników ze sprzedaży 48 tys. rozebranych aut przekraczają miliard złotych - szacują policjanci.
Coraz rzadziej złodzieje próbują sprzedać na giełdach całe kradzione auta. Najczęściej mają one sfałszowane dokumenty odprawy celnej lub podrobione dowody rejestracyjne. Takie auta z reguły "wpadają" podczas policyjnych obław. Na polskich giełdach pojawiają się też samochody skradzione na Zachodzie przez obywateli państw byłego ZSRR. Na nielegalnej giełdzie w Goślicach (przy trasie między Płockiem a Bielskiem) policjanci i celnicy zatrzymali w ubiegłym roku około 80 luksusowych samochodów przemyconych przez obywateli Rosji, Ukrainy i Białorusi.

Naloty, czyli demonstracja bezsilności
W Polsce działa około 300 giełd, w tym 70 dużych, funkcjonujących często dwa razy w tygodniu, i wciąż powstają nowe, bo jest to opłacalny interes. Właściciele giełdy w Słomczynie zarabiają co najmniej 2,5 mln zł rocznie (prawie czwarta część tych pieniędzy trafia do kasy gminy). Giełdy w Trójmieście, Szczecinie, Poznaniu, Wrocławiu czy Krakowie zarabiają około miliona złotych rocznie. Zarówno władze samorządowe, jak i policja oraz klienci dobrze wiedzą, że giełdy samochodowe są rajem dla przestępców. - Kradzione części samochodowe sprzedawane na giełdzie to nie jest nasz problem, tylko policji. Za niewielką opłatą udostępniliśmy jej budynek na posterunek, nasi ochroniarze chodzą we wspólnych patrolach, zamontowaliśmy niedawno kilka kamer. Co więcej możemy zrobić? - pyta Piotr Tonderski, prezes Automobilklubu Rzemieślnik, właściciela giełdy w Słomczynie.
Nie chodzi o to, żeby giełdy samochodowe likwidować, ale nie mogą to być miejsca wyjęte spod prawa. Policja jest praktycznie bezradna, a robione co jakiś czas "naloty" są raczej demonstracją bezsilności niż sposobem na zwalczanie przestępczości. Uderzają zresztą nie tyle w paserów, ile w złodziei kieszonkowych grasujących na giełdach.

Dziuple, czyli bezkarność paserów
Co pewien czas policja triumfalnie ogłasza wykrycie "dziupli" z kradzionymi samochodami. Tylko w tym roku grupa Gepard znalazła kilkanaście dużych "dziupli", a w każdej dziesiątki tysięcy części z pociętych samochodów oraz pojemniki pełne potłuczonych szyb, które miały numery identyfikacyjne. Wykrycie "dziupli" niewiele jednak daje - trzeba tam jeszcze znaleźć rzeczy, które można zidentyfikować jako pochodzące ze skradzionych aut. Dopiero wtedy można mówić o przestępstwie paserstwa. Niedawno funkcjonariusze pracujący w grupie Gepard obserwowali handlarza częściami na giełdzie. W jego przyczepie znaleziono dwie lampy samochodowe, które miały oznaczenia, ale na tyle mało widoczne, że handlarz ich nie dostrzegł.
- Przy tej okazji trafiliśmy do wielkiej "rozbieralni" kradzionych samochodów w Wołominie. Udało nam się tam znaleźć tylko parę szyb z numerami identyfikacyjnymi. Z kolei w Karczewie cała stodoła była wyładowana częściami wartymi setki milionów złotych. Oznaczone i zgłoszone jako kradzione były tylko: jedna lampa przednia, jedna tylna oraz szyby od toyoty camry i opla tigra - opowiada Marek Chołuj z Geparda. Mimo że policjanci znaleźli też inne elementy z tych samochodów, nie mogli ich zająć, bo nie miały oznakowań.
Gdy po godzinie czternastej giełdy samochodowe pustoszeją, na placach można znaleźć - oprócz portfeli wyrzuconych przez kieszonkowców - porzucone części samochodowe, które nie znalazły nabywców, a złodziejom i paserom nie chciało się ich wieźć z powrotem.


PAWEŁ BIEDZIAK
rzecznik komendanta głównego policji
Kradzione są głównie "maluchy", fiaty, polonezy, a potem luksusowe samochody. W praktyce nie kradnie się nowych marek, co świadczy o tym, że samochody są rozbierane na części. Żeby tej patologii przeciwdziałać, trzeba wprowadzić (planowaną od 1997 r.) centralną ewidencję kierowców i pojazdów, w której rejestrowana byłaby historia samochodu od momentu opuszczenia fabryki do złomowania. Trzeba też uporządkować handel częściami - sprzedawcy powinni mieć obowiązek wskazania źródła pochodzenia każdej części. Oba te rozwiązania zostaną zaproponowane w Narodowym Programie Przeciwdziałania Przestępczości.
Okładka tygodnika WPROST: 29/2002
Więcej możesz przeczytać w 29/2002 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 5
  • bez-nazwy IP
    Zlodzieje samochodów z Krakowa to PRYMITYWY nawet nie dxzwonią po okup to ŁAJZY>
    • Senior z Pyrlandii IP
      Jestem również pażdziernikową ofiarą złodzieji samochodów.
      Zastanawiam się, kto jeszcze czerpie zyski z handlu na giełdach częściami samochodowymi. Przecież wprowadzenie obowiązku dokumentów zakupu lub wręcz likwidacja tego rodzaju handlu wpłynie na ilość kradzionych samochodów.
      • bez-nazwy IP
        a wysstarczy żeby złodzieje musieli mieć dowody zakupu tych części wtedy giełdy znikną
        • macem IP
          Małe kary i kradną i będą kradli.