Nasza mała geopolityka

Nasza mała geopolityka

W Brukseli nikt nie ma ochoty umierać za Wilno lub Rygę
Na początku lat 90., gdy byłem doradcą prezydenta Wałęsy, siedziałem przy kawie z jednym z najpoważniejszych polityków rosyjskich. Rozmawialiśmy o Kaliningradzie. Mój rozmówca, zwolennik koncepcji "bałtyckiego Hongkongu", rozwodził się właśnie nad projektem budowy w dawnym Królewcu nowoczesnej elektrowni gazowej. - Skąd weźmiecie gaz? - zapytałem. - Czyżby odkryto nowe złoża na bałtyckim szelfie? - Nie, zbudujemy odnogę z gazociągu do Niemiec - brzmiała odpowiedź. - Zaraz, zaraz, jakiego gazociągu? [Projektu jamalskiego jeszcze wówczas z Polską nie omawiano.] - A tego przez Polskę, który już dogadaliśmy z Niemcami - spokojnie odrzekł mój rozmówca. - No, dobrze, ale myśmy jeszcze o nim nie słyszeli, a tym bardziej nie wyraziliśmy zgody - odpowiedziałem. Od ponad dziesięciu lat nie mogę zapomnieć mieszanki zdumienia i pobłażliwości na twarzy interlokutora: - Zgodzicie się, zgodzicie, a co macie zrobić...
Kiedy myślę o relacjach na linii Rosja - Polska - Zachód, zawsze wraca wspomnienie tej rozmowy. Nie tylko zresztą tej, ale wielu innych. Czasem prowadzonych w Warszawie, czasem w Paryżu, Berlinie czy Moskwie.

Postraszyć niedźwiedziem
Jednym z zasadniczych problemów współczesnej polityki międzynarodowej jest różnica w podejściu do jej uprawiania. Większość aktorów postrzega scenę międzynarodową jako miejsce załatwiania interesów. Przepływy finansowe, miejsca pracy, zyski konkretnych firm. Jeden partner coś zyskuje, drugi również, ale gra polega na uszczknięciu kilku procent. Dla części - najsłabszych - aktorów, scena polityki światowej jest miejscem, na którym starają się pokazać choćby na chwilę. Wykrzykują swą kwestię i znikają. Tak, niestety, rozumiało politykę wielu polskich liderów. Jeszcze inni - w tym Rosjanie - posiłkują się tradycyjną geopolityką, z uporem budują strefy wpływów, zamykają je przed obcymi, obudowując się dookoła strefami buforowymi.
Naturalnie ta klasyfikacja nie wyczerpuje sposobów traktowania rzeczywistości politycznej. Więcej, żaden ze sposobów nie występuje w czystej postaci, ale w kontaktach między Rosją a Zachodem te trzy formy dominują. Szalenie trudne jest wzajemne zrozumienie intencji, gdy jedna strona myśli o doraźnych interesach, a druga o konstrukcji geopolitycznej budowanej przez lata i na lata. Mam wrażenie, że ostatni spór dotyczący wypowiedzi Jacquesa Chiraca na temat swobody podróżowania mieszkańców Kaliningradu (bez wiz) stanowi znakomitą ilustrację różnicy perspektywy między liderami Unii Europejskiej a Rosjanami.
Trzeba wszakże przyznać, że Francję cechuje szczególna zdolność do składania obietnic bez pokrycia. Nie jest to jednak wynik jakichś cech narodowego charakteru. To zimna kalkulacja. Francja od czasów generała de Gaullea stara się ocalić własną pozycję mocarstwową. Nie mając odpowiednich narzędzi gospodarczych i militarnych, Francuzi uparcie rywalizują ze Stanami Zjednoczonymi. Przez wiele lat udawało im się to dzięki sojuszowi z Niemcami. Francja była niekwestionowanym liderem jednoczącej się Europy. Korzystając z amerykańskiego parasola wojskowego, Paryż prowadził grę ze Związkiem Sowieckim, z krajami Bliskiego Wschodu, ze sporą częścią Afryki, stwarzając wrażenie, iż stanowi rzeczywistą alternatywę dla dwóch światowych supermocarstw.
Po zjednoczeniu Niemiec zmienił się układ sił między Berlinem a Paryżem. Przywódcy niemieccy coraz wyraźniej zmierzają do tego, by najistotniejsze decyzje europejskie zapadały w Berlinie. Równocześnie rozpadł się Związek Sowiecki i na mapie świata pozostało jedno supermocarstwo - regularnie kopana po kostkach przez Francuzów Ameryka. Pole gry dla Paryża dramatycznie się zawęziło. Powrócono więc nad Sekwaną do myśli o współpracy z Rosją. Tyle że pomysł chodzenia po europejskich salonach i straszenia własnym niedźwiedziem nie był szczególnie oryginalny. Na różne sposoby starali się go wprowadzać w życie zarówno Niemcy, jak i Brytyjczycy, a nawet Włosi i Hiszpanie. Dyplomacja rosyjska, sprawna i profesjonalna, co rusz rozpisywała kolejne przetargi i za różne koncesje lub (częściej) tanie gesty, wystawiała rachunek.

Bałtowie III kategorii
Po 11 września ubiegłego roku i zdecydowanym ociepleniu stosunków między Moskwą a Waszyngtonem cena życzliwości rosyjskiej wyraźnie wzrosła. Dał to do zrozumienia prezydent Putin. Na szczycie NATO w Rzymie był uśmiechnięty i przyjazny, by kilka dni później podczas spotkania Rosja - Unia Europejska w Petersburgu walnąć pięścią w stół i doprowadzić do minikryzysu w sprawie Kaliningradu.
Odpowiedzią Francji było oświadczenie Chiraca w Soczi. Ale, niestety, w ten sam sposób myślenia wpisali się już inni politycy unii. Karkołomne próby interpretowania wystąpienia prezydenta Francji, podjęte podczas spotkania ministrów spraw zagranicznych UE, oraz omijanie denerwującego Rosjan słowa "wizy" w komunikacie po spotkaniu świadczą, że problem kaliningradzki bynajmniej nie został rozstrzygnięty.
Obawiam się, że w Brukseli całkiem poważnie traktuje się oświadczenie ministra spraw zagranicznych Rosji Igora Iwanowa, który oznajmił niedawno: "Sprawa tranzytu do Kaliningradu to wyłącznie sprawa relacji Rosji z Litwą". Jeżeli tak, to nie można przecież dopuścić, by licząca 3,5 mln obywateli Litwa stała na drodze współpracy Rosji i Europy. Sami Litwini, uzależnieni od dostaw rosyjskiej ropy i gazu, a także od rosyjskiego kapitału dominującego w najważniejszych gałęziach gospodarki, najpewniej będą musieli nabrać wody w usta. Co prawda Petras Austrevicius, minister do spraw europejskich w rządzie litewskim, powiada, "zrobimy tak jak Europa", ale jest to jedynie deklaracja bezradności. Wystarczy bowiem, iżby unia zaproponowała Litwie (a rzut oka na mapę każe przypuszczać, że również Łotwie) okres przejściowy na wprowadzenie wiz z Rosją, a Wilno będzie wystawione na nacisk Moskwy. Tymczasem w Paryżu i Brukseli nikt nie ma ochoty umierać za Wilno i Rygę.
Ochrona interesów Polski może w tym wypadku nas cieszyć. Rosjanie wypuścili balon próbny i wycofali się. Dlaczego? Polska jest istotnym państwem regionu - to raz. Po wtóre, koszty stworzenia wokół Polski granicy spełniającej ustalone w Schengen kryteria granicy zewnętrznej unii byłyby gigantyczne. Koniec, kropka. Tymczasem wyłączenie z systemu Schengen Litwy i Łotwy przyniesie wręcz oszczędności finansowe. A że oznacza to dla Bałtów członkostwo III kategorii we wspólnocie europejskiej... Przecież do niedawna i na to nie mogli liczyć. Poza tym, pomysł "unii różnych prędkości" już od dawna krążył po gabinetach dyplomatycznych Europy.

Interes Rzeczypospolitej
Pozostaje pytanie, czy powinniśmy się cieszyć z tego, że zaliczono nas do grona "lepszych", czy martwić z powodu przedziwnych meandrów polityki europejskich mocarstw. Nie mam cienia wątpliwości, że mamy się o co troskać.
Polska jest za słaba, by rezygnować z zasady solidarności, będącej dotychczas fundamentem unii. Polska jest za słaba, by nie bronić w polityce przestrzegania zasady równości podmiotów. Polska jest jednocześnie za silna, by pozwolić sobie na ignorowanie aspiracji najbliższych partnerów (a takimi są Litwa i Słowacja). Wreszcie Polska, dążąc do przyjaznego partnerstwa z Federacją Rosyjską, nie może dopuścić, by Rosja rozpoczęła politykę odbudowy stref wpływów, gdyż takie działanie prędzej czy później zagrozi naszym bezpośrednim interesom. Niemcy popierali członkostwo Polski w NATO i unii nie z miłości do nas, ale dlatego, że nie chcieli być państwem frontowym Zachodu. Z tego samego powodu powinniśmy stawać na głowie, by Litwa, Łotwa, Słowacja, a w przyszłości Ukraina i Białoruś, stały się częścią NATO i unii.
Nie chcemy wojen celnych z Rosją, nie chcemy się dowiadywać, że za naszymi plecami wymyślono jakieś drogi, gazociągi czy linie energetyczne przebiegające przez terytorium Polski. Chcemy zwykłej przyjaznej Rosji i chcemy sojuszniczej Francji, która nie handluje cudzymi interesami.


Korytarz przez Kanadę
Vytautas Landsbergis
przewodniczący parlamentu litewskiego w latach 1989-1992 i 1996-2000

To, co najpierw wyglądało dziwacznie, może się stać groźne. Dziwactwem pobrzmiewają stwierdzenia, że gdy Rosjanin jedzie z Królewca do Rosji - choćby przez Polskę, Litwę, Francję albo Kanadę (na przykład na Kamczatkę) - wiza tranzytowa podróżnika nie tylko łamie wszystkie prawa człowieka, ale stanowi nawet obrazę jego honoru. Zatem z Rosji do Rosji to znaczy zawsze przez "własne" terytorium, włącznie z tą Kanadą albo Polską, naturalnie?
Szkoda, że takim chwytem udało się ostatnio wprowadzić w błąd nawet prezydenta Francji. Czyżby zgadzał się on również z marszrutą szosowo-kolejową Królewiec - Paryż - Rzym - Warszawa - Moskwa bez konieczności posiadania przez obywateli Federacji Rosyjskiej wiz francuskiej i polskiej?
Zastanawia z pozoru, dlaczego rosyjskie MSZ milczało przez pięć lat, gdy Bruksela zapowiadała, że pojawi się problem wizowy. Zagadki jednak, tak naprawdę, nie ma. Mamy tu raczej do czynienia z elementem stałej taktyki sowieckiej. Jak wtedy pięknie potrafili tumanić burżuazyjny Zachód: "Hej, dawaj, zagnać siebie samego w kąt i potem krzyczeć: dlaczego zagnaliście mnie w kąt? Nie obrzydzajcie mi życia, bo mogę nabroić!".
Nie udało się tymczasem wznieść mocnej przeszkody antyintegracyjnej (już od pięciu lat Duma uporczywie nie ratyfikuje umowy granicznej z Litwą), a z problemu domniemanej "przeszkody" dla pasażerów podróżujących między Kaliningradem a Rosją, jaką jest suwerenność Polski i Litwy, ostatnio robi się tylko mnóstwo zgiełku i zamętu. Wolna Litwa pozostaje wszak spokojna. Klarowne jest też stanowisko prezydenta Adamkusa. Żadnych wyjątków godzących zarówno w suwerenność Litwy, jak i pozostałych państw Europy!
Moskwa, owszem, chce być przy stole, gdy sprawa członkostwa Litwy - nie Polski? - będzie ostatecznie negocjowana w Brukseli. Jeżeli komisarze dopuszczą do tego, a także do politycznego odseparowania Litwy od Polski, pozostanie już tylko krok formalny do stworzenia wymarzonego w Moskwie, niechętnego Litwie, kondominium UE - Rosja. Czyli korytarz (na ziemi albo w czyimś mózgu), czyli odroczenie pełnego członkostwa Litwy we wspólnocie czy jeszcze coś równie diabolicznego z tej sztucznej histerii moskiewskiej ma się narodzić. Aby tylko nie było po europejsku.

Aneksja Białorusi?
Zianon Paźniak
przewodniczący Białoruskiego Frontu Narodowego Odrodzenie
W ciągu ostatnich miesięcy politycy, rozmawiając o korytarzu, czyli tranzycie z obwodu kaliningradzkiego do Rosji, zachowują się tak, jakby Białoruś nie istniała. Rosyjski minister spraw zagranicznych Iwanow powiedział 10 lipca gazecie "Izwiestia", że nie chodzi o korytarz przez Polskę, lecz o tranzyt bezwizowy przez Litwę i że ten tranzyt oznacza "ruch przez terytorium Litwy od jednej rosyjskiej granicy do drugiej". Ale Litwa nie ma "drugiej" granicy z Rosją na wschodzie. Tam jest Białoruś!
Wypowiedź rosyjskiego ministra brzmi szczególnie groźnie na tle bezprecedensowego po II wojnie światowej oświadczenia prezydenta Putina (24 czerwca) na temat konieczności aneksji (użyto dyplomatycznego określenia "zjednoczenie") Białorusi przez Rosję. Jako historyk jestem wstrząśnięty, że po 64 latach od anszlusu Austrii powtarza się, nawet w szczegółach, taka sama historia na wschodzie Europy i że znów mamy do czynienia ze ślepotą społeczności międzynarodowej.
Moskwa już stwarza grunt prawny, by - nazywając opór białoruski "ekstremizmem" - wyniszczyć naszą inteligencję, a w końcu i cały naród. Pamiętamy o trzech milionach rodaków zamordowanych przez rosyjskie NKWD. Pamiętamy losy Czeczenii.
Czy gdy za Białoruś będą umierać tylko Białorusini, europejscy politycy w ogóle zwrócą na to uwagę?
Więcej możesz przeczytać w 31/2002 wydaniu tygodnika e-Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0