Realpopulizm

Realpopulizm

Dodano:   /  Zmieniono: 
W Polsce rośnie popyt na ekonomicznych szarlatanów
Polacy nie akceptują III RP. Są bowiem przekonani, że państwo oparte na wolnym rynku jest głównym sprawcą codziennych kłopotów zwykłych rodzin i całego narodu. Stąd bierze się sentymentalna tęsknota za czasami realnego socjalizmu, czyli czasami rynku zniewolonego. Z pewnością nie oznacza to chęci życia w państwie rządzonym na wzór prezydenta Aleksandra Łukaszenki. Głęboko ugruntowane antywolnorynkowe postawy znacznej części społeczeństwa prowadzą jednak do bardzo poważnych politycznych, społecznych, a nawet ustrojowych konsekwencji.

Pułapki ludowego populizmu
Wolny rynek to korupcja - uważa prawie 90 proc. respondentów PBS. Ponadto większość badanych łączy wolny rynek z brakiem perspektyw rozwoju i szans na elementarnie godne życie. Wedle OBOP, trzem czwartym Polaków prywatyzacja kojarzy się z grabieżą i wyprzedażą majątku narodowego.
Politycy takie sondaże czytają. Skoro zdaniem większości wyborców, prywatyzacja to grabież, a kapitał zagraniczny pełni funkcje łupieżcze wobec polskiej gospodarki, bardzo łatwo przychodzi odżegnywać się od dorobku transformacji, a nawet - ze względu na czystą kalkulację wyborczą - umacniać w społeczeństwie antyrynkowe przekonania, które w rzeczywistości godzą w interesy wyznających je ludzi.
Lecz to, co w zamiarze niejednego polityka pozostaje tylko grą wyborczą, w rezultacie staje się rzeczywistością gospodarczą, w której prywatyzacja musi być nie werbalnie, lecz faktycznie powstrzymana, a kapitał zagraniczny - coraz ostrzej zwalczany, zamiast przyciągany do Polski.
Przy okazji kłopotów, jakie z uzyskaniem kredytów bankowych miała upadająca Stocznia Szczecińska, pokaźny zastęp czołowych polityków skrytykował utratę przez państwo właścicielskiej kontroli nad sektorem bankowym. "Gdyby banki były państwowe, a nie prywatne, coś takiego nie mogłoby się zdarzyć" - mówiono, gładko przechodząc do porządku dziennego nad faktem, iż polityka sprywatyzowanego przez zagranicznego inwestora PKO SA nie różniła się od polityki kontrolowanego przez państwo PKO BP.
Przywołuję ten "oczywisty" dla opinii publicznej przykład, żeby pokazać, jak łatwo jest dla politycznych kalkulacji podważać zdrowy rozsądek. Ba! Myślę, że mamy tu do czynienia z bardzo sprawnie przeprowadzoną manipulacją, dzięki której rzeczywiste patologie naszego państwa: korupcja i podporządkowanie całych jego obszarów nomenklaturze partyjnej, zostają zasłonięte pracowicie konstruowanymi obrazami "dzikiego kapitalizmu". Miast mówić o kryminogennych przepisach podatkowych i ustawodawstwie duszącym polską przedsiębiorczość, w miejsce której wkracza koncesjonowany politycznie biznes, próbuje się wmawiać, że największe zagrożenia stwarzają zagraniczni inwestorzy.

Ideologia kontra fakty
Prawie 60 mld dolarów zainwestowanych - głównie dzięki prywatyzacji - w naszą gospodarkę oznaczało otwarcie polskich przedsiębiorstw na światową konkurencję. Nie jest przypadkiem, że największy wzrost eksportu (po krótkotrwałym impulsie importowym związanym z pierwszą fazą inwestycji) następuje właśnie w przedsiębiorstwach sprywatyzowanych i zmodernizowanych przez inwestorów zagranicznych. W takich firmach szybkiemu wzrostowi produkcji zaczyna też towarzyszyć powstawanie nowych miejsc pracy. Oczywiście można łatwo znaleźć przykłady przeczące temu zjawisku, lecz właśnie na tym polega problem prowadzenia w Polsce debaty publicznej, że pojedyncze negatywne zdarzenia uniemożliwiają dostrzeżenie pozytywnych procesów. Właśnie w takiej atmosferze "zimnej wojny" z kapitałem zagranicznym kilka miesięcy temu zlecono Ministerstwu Skarbu Państwa opracowanie zbiorczej informacji o udziale inwestorów zagranicznych w procesie prywatyzacji polskiej gospodarki w latach 1990-
-2002. Kiedy materiał ten został pod koniec maja przygotowany, bezskutecznie próbowałem zainteresować nim heroldów antyprywatyzacyjnej kampanii. Wychodzą oni bowiem z założenia, że skoro fakty nie odpowiadają głoszonym poglądom, to tym gorzej dla faktów.

Zakładnicy własnych przesądów
Często słyszę opinię, że "władza trzeźwi", że w czasie kampanii można wygadywać różne bzdury, ale kiedy przychodzi wziąć odpowiedzialność za gminę, powiat, województwo czy wręcz całe państwo, to przychodzi opamiętanie. Warunkiem tego "otrzeźwienia" jest jednak elementarna znajomość faktów, nie tylko w środowisku ścierających się z sobą elit politycznych, ale również w opinii publicznej. W końcu politycy są na dobre i na złe jej zakładnikami. I to nawet wtedy, gdy sami są autorami niefortunnych przesądów, które nie zgadzające się z faktami opinie uformowały. Tymczasem znaleźliśmy się blisko granicy uniemożliwiającej prowadzenie racjonalnej polityki. W państwie, w którym - zdaniem rządzonych i rządzących - kapitał i inwestor to zapowiedź grabieży i nieszczęścia, a nie szansa na rozwój, można stosunkowo łatwo wygrać wybory. Dramat polega na tym, że nie można w nim niczego zmienić na lepsze. 

Więcej możesz przeczytać w 36/2002 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

-
 0