Pomnik z nagrobka polityki

Pomnik z nagrobka polityki

Nobel dla Cartera - policzek dla Reagana i Busha
 

Uchodzi za jednego z najgorszych prezydentów Stanów Zjednoczonych w XX wieku. I za jednego z najlepszych byłych prezydentów. James Earl Carter, 39. prezydent USA i emeryt polityczny od ponad dwudziestu lat, został przez Komitet Noblowski Parlamentu Królestwa Norwegii uhonorowany Pokojową Nagrodą Nobla. Członkowie komitetu wybierali spośród 117 osób i 39 organizacji międzynarodowych. W opiniach komentatorów za faworyta uchodził Hamid Karzaj, prezydent Afganistanu. Tak się bowiem utarło, że o ile większość laurea-tów jest nagradzana za "całokształt twórczości", o tyle Pokojowa Nagroda Nobla jest swego rodzaju kredytem zaufania dla osoby publicznej, która przyczyniła się w spektakularny sposób do umocnienia pokoju lub do obrony praw człowieka w świecie.
Tymczasem polityk, który 1 października obchodził 78. urodziny, największe sukcesy zdaje się mieć za sobą. W ostatnich latach jeździł po świecie, prowadząc żmudne negocjacje. Szczególnie głośna była jego wizyta na Kubie Fidela Castro. Odbywała się ona przy cichej irytacji Białego Domu, poskutkowała jednak chwilowym przynajmniej zelżeniem represji reżimu i otworzyła furtkę do dialogu, potrzebną, gdyż Fidel nie jest wieczny.

Prezydent z białą flagą
Jimmy Carter zbudował sobie pomnik z nagrobka własnej polityki. Gdy odchodził z urzędu w styczniu 1981 r., autorytet międzynarodowy Stanów Zjednoczonych był mniejszy niż kiedykolwiek w XX wieku. Polityka zagraniczna prezydenta, prowadzona z kodeksem praw człowieka w jednej ręce i białą flagą w drugiej, zakończyła się fiaskiem. Odchodził w chwili, gdy w Moskwie przygotowywano już plany wprowadzenia w Polsce stanu wojennego, a Armia Radziecka okupowała Afganistan. Epidemia terroryzmu ogarniała całą Europę, a w Trzecim Świecie spoglądano na Kubę lub Iran jako wzorce godne naśladowania.
Kiedy 20 stycznia 1977 r. nie znany szerzej gubernator stanu Georgia, z zawodu plantator orzeszków ziemnych, pieszo podążał po zaprzysiężeniu z Kapitolu przez Pennsylvania Avenue do Białego Domu, wiązano z nim wielkie nadzieje. Obejmował władzę po kryzysie dotykającym najgłębszych warstw amerykańskiej polityki. Po klęsce w Wietnamie i aferze Watergate. Zimna wojna osiągała właśnie apogeum. Powszechne było złudzenie, iż militarna potęga ZSRR przerosła Amerykę.
Carter rozpoczął doskonale. Za naczelny cel polityki zagranicznej (przy walnym udziale swego doradcy Zbigniewa Brzezińskiego) uznał obronę praw człowieka. Umiejętnie sięgnął po instrumenty, jakie dawała mu Konferencja Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie. Uruchomił procesy, które zaowocowały powstaniem ruchów dysydenckich i w końcu rewolucją "Solidarności" w Polsce. Równocześnie prezydent USA nie był w stanie uderzyć pięścią w stół, gdy było to niezbędne. Szanse na reelekcję pogrzebał, dopuszczając do upokorzenia Stanów Zjednoczonych przez ajatollaha Chomeiniego, przywódcę rewolucji islamskiej w Iranie. Niezdolność do uwolnienia amerykańskich zakładników i kompromitująca porażka sił specjalnych podważyły międzynarodowy autorytet Ameryki. Odbudował go następca Cartera - Ronald Reagan.
Reagan udowodnił, że praw człowieka można bronić skutecznie tylko wówczas, gdy ma się w pod ręką rewolwer. Co więcej - gdy nikt nie ma wątpliwości, iż rewolwer ten w razie potrzeby zostanie użyty.

Skuteczny mediator
Brak twardości i determinacji, który zaciążył nad prezydenturą Cartera, nie przeszkodził mu w skutecznych mediacjach. Porozumienie pokojowe w Camp David, zawarte przy jego udziale, zaowocowało Pokojową Nagrodą Nobla dla Sadata i Begina. Powołane po zakończeniu prezydentury The Carter Center od lat koncentruje się na misjach dobrych usług w zapalnych częściach świata. Udało się Carterowi zapobiec eskalacji konfliktu w północnej Ugandzie. Ponad 10 lat Carter i jego współpracownicy mediują między różnymi frakcjami klasy rządzącej w Liberii. Na liście sukcesów może Carter zapisać powstrzymanie konfliktu na Haiti i w Gujanie.
Najgłośniejsze były jednak podjęte na prośbę prezydenta Clintona rozmowy w sprawie Bośni. Obok głównego negocjatora Richarda Holbrookea Carter był ojcem porozumienia z Dayton (1995 r.), kończącego etniczno-religijną rzeź w Bośni. Komitet Noblowski stwierdził, iż przyznaje tegoroczną nagrodę pokojową za "niestrudzone wysiłki na rzecz pokojowego rozwiązywania konfliktów międzynarodowych, demokracji, praw człowieka, rozwoju gospodarczego i społecznego". Nic dodać, nic ująć.

Napiętnowanie współczesnej Ameryki
Paradoks historii polega na tym, że sukcesy mediacyjne Cartera były możliwe tylko dzięki temu, że jego republikańscy następcy przełamali bierność i niezdecydowanie typowe dla szacownego laureata i zdołali odbudować potęgę Ameryki. Dziś żaden dyktator nie może spać całkiem spokojnie po aresztowaniu Milosevicia, a żaden terrorysta nie może być pewien bezkarności po wypowiedzeniu wojny międzynarodówce terroru przez prezydenta Busha.
"Nagroda dla Cartera to krytyka polityki administracji amerykańskiej" - stwierdził bez ogródek Gunnar Berge, przewodniczący Komitetu Noblowskiego. Najkrótszy komentarz, jaki się narzuca po wysłuchaniu tej szokującej wypowiedzi, to przypuszczenie, iż komitet, przyznając nagrodę, w rzeczywistości chciał dać do zrozumienia, że lewicowe elity europejskie marzą o Ameryce słabej i upokorzonej, nie akceptując Stanów Zjednoczonych jako jedynego supermocarstwa. Że akceptują wlokące się bez końca, bezowocne najczęściej debaty na arenie międzynarodowej i kupowanie życzliwości dyktatorów, a nie akceptują tego, że za łamanie praw człowieka można trafić do grona państw "osi zła".
Jimmy Carter wykorzystał szansę, jaką dał mu status byłego prezydenta USA. Zasłużył na Pokojową Nagrodę Nobla. Gdyby jednak następcy kontynuowali jego politykę z czasów prezydentury, nie miałby cienia szansy na mediowanie, bo żylibyśmy w świecie totalitarnych reżimów, krwawych kacyków i nieustannych zamachów. Na szczęście zastąpił go Ronald Reagan, który zasłużył na Nobla stokroć bardziej.



Jimmy Carter urodził się w 1924 r. Wychował się na farmie w Georgii, na południu USA. W 1976 r. wygrał wybory prezydenckie (był kandydatem demokratów). Zawarł układ rozbrojeniowy SALT II z ZSRR, nawiązał stosunki z Chinami i doprowadził do uznania państwa Izrael przez Egipt. W 1980 r. przegrał wybory z Ronaldem Reaganem.
Więcej możesz przeczytać w 42/2002 wydaniu tygodnika e-Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0