Dyskretny urok psychopaty

Dyskretny urok psychopaty

"Mordercy bywają atrakcyjniejsi od ofiar" - przekonują twórcy "Czerwonego smoka", filmowego hitu Ameryki


Mądry i straszny. Wciąga jak diabli". "Po prostu pyszny". "Fantastycznie przerażający" - to tylko niektóre z prasowych nagłówków, jakie pojawiły się po amerykańskiej premierze "Czerwonego smoka" Bretta Ratnera. Na premierowych seansach odnotowano kilkanaście omdleń i ucieczek z sali kinowej. Ostatnia, choć pierwsza chronologicznie część filmowej trylogii o Hannibalu Lecterze, fascynującym psychopacie, ma szansę pobić artystyczny i kasowy sukces "Milczenia owiec". Ma też szansę na kilka Oscarów. Fascynujących psychopatów jest zresztą w "Czerwonym smoku" dwóch: jeden poraża inteligencją, drugi - opętaniem sztuką Williama Blakea i życiową nieporadnością.
"Zło jest fascynujące, dobro zaś mało efektowne" - mówi Francis Ford Coppola, twórca "Czasu Apokalipsy" i "Ojca chrzestnego", pytany o przyczyny zauroczenia ciemną stroną ludzkiej natury. "W każdym z nas tkwi coś z potwora" - dodaje Thomas Harris, autor trzech powieści o kanibalu Hannibalu Lecterze. Kinomani, dzięki którym twórcy "Milczenia owiec" (najgłośniejszego filmu wedle prozy Harrisa) zarobili prawie 170 mln dolarów, myślą podobnie. Tylko w tzw. weekend otwarcia "Czerwony smok" zarobił 38 mln dolarów. Zważywszy, iż jest to obraz zaliczony do kategorii "R" (tylko dla dorosłych), już jest rekordzistą.

Zły, czyli atrakcyjny
W internetowych rankingach na najciekawszą ekranową postać ostatniej dekady Hannibal Lecter zajmuje drugie miejsce. Tuż za bokserem Rockym (w wydaniu Sylvestra Stallone), a przed poczciwcem Forrestem Gumpem (granym przez Toma Hanksa). Następny jest Dracula, ostatnie zaś miejsca w pierwszej dziesiątce zajmują spieszący ludzkości z pomocą Superman i Batman. Kolejność na tej liście dowodzi, że kinomani zafascynowani są złem, a od pięknych i bogatych wolą przeciętniaków bądź osoby ułomne, że zdrada i nieszczęście interesują ich bardziej niż sielanka. Potwierdza to lista laureatów Oscarów: dwie złote statuetki dla Toma Hanksa (jedna za rolę homoseksualisty umierającego na AIDS, druga za ograniczonego umysłowo Gumpa), nagroda dla Geoffreya Rusha za rolę psychicznie chorego pianisty, dla Dustina Hoffmana za wcielenie się w autystycznego mężczyznę, a wreszcie dla Anthonyego Hopkinsa - za rolę psychopatycznego kanibala w "Milczeniu owiec". Nagrodzie dla Hopkinsa towarzyszył Oscar dla najlepszego filmu i reżysera. Po raz pierwszy - i na razie jedyny - uważany za filmowy "podgatunek" thriller zgarnął najważniejsze nagrody w branży. Nie jest jednak "Milczenie owiec" Jonathana Demmea zwyczajnym thrillerem. Od niego zaczyna się ewolucja gatunku, który zło nie tylko atrakcyjnie pokazuje, ale też równie atrakcyjnie uzasadnia.

Urok diabła
Do czasu "Milczenia owiec" jedynym docenionym twórcą thrillerów w historii kina był Alfred Hitchcock, twórca pamiętnej "Psychozy". Nawet jemu nie udało się jednak zdobyć Oscara za reżyserię, choć w 1941 r. "Rebecca" została filmem roku. Minęło pół wieku, nim Jonathan Demme przełamał niechęć akademików do mocnego kina. Pisano potem, że Demmea nagrodzono za odwagę - z całą bezczelnością i wbrew zdrowemu rozsądkowi (nie wspominając o etyce!) kazał nam polubić psychopatęantybohatera. A wręcz zachwycić się nim. Mistrz Hitchcock w seryjnych mordercach nie dopatrzył się niczego poza malowniczą aberracją. Pozostając współczesnym wcieleniem diabła, Hannibal Lecter - wyrafinowany intelektualista, bywalec salonów i znawca sztuki - uwodził agentkę FBI i tak ją zafascynował, że była gotowa bronić go przed nim samym. Thomas Harris, autor powieści o Lecterze, poszedł jeszcze dalej: w trzeciej części trylogii agentka i ścigany przez nią morderca zwyczajnie się w sobie zakochują i wiodą życie w otoczeniu pięknych przedmiotów i świata sztuki. W ekranowej wersji książki Harrisa Ridley Scott pominął ten wątek, uznając go za zbyt obrazoburczy. Fascynujące wykłady Lectera o florenckiej sztuce i urok konesera spychają jednak psychopatyczne skłonności na daleki plan.

W każdym tkwi zło, czyli rodzina Hannibala Lectera
David Fincher wyznał, że nie nakręciłby filmu "Siedem", gdyby Thomas Harris i Jonathan Demme nie przetarli szlaków. Opowieść Finchera o parze detektywów (Brad Pitt i Morgan Free-man) ścigających szaleńca pragnącego oczyścić świat z obrzydliwych osobników, będących ucieleśnieniem siedmiu grzechów głównych, zrobiła furorę. Film stylizowany na czarne kino lat 40., niebywale sugestywny, szokował wyrafinowaniem formy. Nie był to tylko trochę lepszy thriller, lecz pełen odniesień do antycznej tragedii dramat o pułapkach czyhających na człowieka, który zwalczając zło, sam zło czyni.
Gdyby nie film Demmea, zapewne nie powstałaby też "American Psycho" - szokująca opowieść o amerykańskich yuppie, w której egzystencjalne lęki bohatera uwalniają się w żalu i zawiści do kolegów mających wyższe zarobki i lepsze samochody. By odreagować, zostaje seryjnym mordercą.
Po premierze "Milczenia owiec" bliżsi i dalsi krewni doktora Lectera zaludnili ekrany. Żaden z nich nie powtórzył jednak sukcesu intelektualisty kanibala. Żaden nie osiągnął statusu symbolu popkultury. "W każdym z nas tkwi chęć oglądania antybohatera, któremu uchodzą na sucho rzeczy, jakich nigdy nie ośmielilibyśmy się zrobić. Lecter jest mroczną stroną każdego z nas. Sprawia, że musimy stawić czoło kłamstwom i grzechom, które mamy na sumieniu" - wyznał Anthony Hopkins.

Dante i Dostojewski
Pierwsza chronologicznie, choć sfilmowana ostatnia, część trylogii Thomasa Harrisa o Hannibalu Lecterze pod wieloma względami przypomina "Milczenie owiec". I tym razem Hannibal (po raz trzeci Anthony Hopkins) okazuje się nieoceniony w tropieniu seryjnego mordercy. Mimo że siedzi w więzieniu (a może właśnie dlatego), na które przed laty skazał go śledczy Will Graham (Edward Norton), pozostaje mistrzem dedukcji. W tej dziedzinie Graham nie dorasta mu nawet do pięt, dlatego na prośbę kolegów korzysta z pomocy inteligentnego psychopaty, żeby schwytać szaleńca zabijającego całe rodziny. Lecter pomaga Grahamowi, ale cały czas prowadzi z nim skomplikowaną grę. Wzajemne relacje tej dwójki to, zdaniem amerykańskich recenzentów, "kawał świetnego psychologicznego kina".
Ścigany przez Grahama seryjny zabójca Dolarhyde (Ralph Fiennes) pozornie jest nie zasługującym na litość psychopatą. W swej fascynacji sztuką oraz świetnej psychologicznej analizie postępowania ofiar bardzo przypomina samego Lectera. Wielbiciel Williama Blakea w wyobraźni postrzega siebie jako tytułową postać z obrazu "Wielki Czerwony Smok i kobieta przyodziana w słońce". Mordowanie jest drogą do utożsamienia się z postacią z obrazu Blakea. Sztuka wysoka staje się dla mordercy inspiracją.
To, co najlepsze w filmie, wiąże się z upodobaniami Thomasa Harrisa, autora książkowego "Czerwonego smoka". Harris, niegdyś reporter kryminalny dziennika, fascynował się Dostojewskim i Dantem. Od najmłodszych lat chciał napisać powieść porównywalną do "Zbrodni i kary". Szkolnych kolegów raczył makabreskami, w których aspekt psychologiczny zdarzeń (to z Dostojewskiego!) górował nad samą intrygą, a zdolni do najokrutniejszych zbrodni bohaterowie nie byli pospolitymi rzezimieszkami, lecz ludźmi na swój sposób genialnymi. Nietrudno w postaci Hannibala Lectera dostrzec fascynację Raskolnikowem ze "Zbrodni i kary" Dostojewskiego. Raskolnikow był przecież przekonany, iż może zabić, bo jest kimś wyjątkowym, kto na tyle przejrzał swoje ofiary, że ich dalsze życie traci sens. Z Lecterem jest podobnie. Od Raskolnikowa odróżnia go tylko brak wyrzutów sumienia. Jego postrzegania siebie jako mądrzejszego i doskonalszego od innych nie sposób nie skojarzyć z nadczłowiekiem Friedricha Nietzschego, który nie był przecież rasistą, lecz wyrafinowanym estetą i intelektualistą. Co do Dantego, trudno mieć wątpliwości, że Lecter to wzorcowy przewodnik po piekle ludzkiej duszy.

Oscarowy pewniak
W pierwszych popremierowych recenzjach krytycy potwierdzają wielkość talentu Hopkinsa i klasę młodego Edwarda Nortona. Jako oscarowych pewniaków typują jednak najczęściej Ralpha Fiennesa (seryjnego mordercę Dolarhydea) oraz Emily Watson (niezapomnianą Bess z filmu Larsa von Triera "Przełamując fale"), grającą niewidomą, zakochaną w mordercy dziewczynę. O Oscarze za reżyserię dla młodego Bretta Ratnera, który "Czerwonym smokiem" awansował do pierwszej ligi Hollywood, pisze większość amerykańskich recenzentów. Podobnie jak o statuetce za najlepszy scenariusz adaptowany dla Teda Tallyego.
Czy sukces filmu sprawi, że na trylogii nie zakończy się opowieść o losach najsłynniejszego czarnego charakteru w dziejach kina? Na razie Anthony Hopkins zapewnia: "Dalszego ciągu historii Hannibala Lectera nie będzie". Temu stanowczemu oświadczeniu towarzyszy jednak (nie potwierdzona!) plotka, że Thomas Harris już pracuje nad czwartą częścią powieści, a Dino de Laurentis - producent wszystkich filmów o Lecterze - kompletuje obsadę do filmu. Czy mogłoby w nim zabraknąć Hopkinsa?

Okładka tygodnika WPROST: 42/2002
Więcej możesz przeczytać w 42/2002 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0