Nie tylko dla orłów

Nie tylko dla orłów

Dotychczasowe działania reformatorskie MEN w dziedzinie edukacji przedmaturalnej oraz ogromna determinacja autorów i patronów projektu nowej ustawy o szkolnictwie wyższym pozwalają przypuszczać, że stanie się ona obowiązującym prawem
Przewodnik po nowej ustawie o szkolnictwie wyższym

Wiele istotnych spraw, dotychczas regulowanych ustawowo, projekt przenosi do rozporządzeń ministra lub pozostawia do decyzji władzom uczelni. Jest to rozwiązanie potencjalnie niebezpieczne, ale równocześnie jakże korzystne dla kandydatów - przynajmniej niektórych - na studia, studentów i pracowników uczelni. Znacznie łatwiej jest bowiem zmienić zarządzenie niż ustawę. Niemal każdy ma przecież krewnych i znajomych, którzy piastując określone stanowiska, mogą mieć wpływ na treść takich pozaustawowych regulacji. Wszystko wedle zasady: tylko głupi marnuje okazję.

Lekko, łatwo i przyjemnie
Nowa ustawa jest bardzo przyjazna dla kandydatów na studia. Wiek i stan zdrowia nie ograniczą praw obywatela do studiowania na koszt podatnika na dowolnym kierunku, na dowolnej uczelni podległej MEN. Cóż z tego, że studia ukończone kilka lat przed emeryturą nie przełożą się na aktywność zawodową gwarantującą odzyskanie nakładów poniesionych przez społeczeństwo na kształcenie takiej osoby. Cóż z tego, że po ukończeniu studiów absolwent - z powodów zdrowotnych - nigdy nie podejmie pracy w zawodzie (o czym było wiadomo jeszcze przed rozpoczęciem nauki). Okazuje się jednak, że nie każdy polski obywatel będzie mógł studiować na koszt państwa. W projekcie ustawy jednoznacznie określono, że kandydatami na studentów polskiej szkoły wyższej mogą być tylko posiadacze świadectw dojrzałości wydanych przez utworzone niedawno okręgowe komisje egzaminacyjne. Oznacza to, że nie dano możliwości studiowania obywatelom polskim, którzy świadectwo maturalne uzyskają poza granicami kraju. Obecnie jest to ustawowo możliwe i odbywa się na podstawie wydawanego przez kuratoria zaświadczenia o ekwiwalencji matury.

Im gorzej, tym lepiej
O tym, czy i co chce się studiować, warto pomyśleć, wybierając liceum. Na pewno nie warto się decydować na szkołę z czołówki list rankingowych. W nowych warunkach najkorzystniej będzie pójść do możliwie słabego liceum (na przykład utworzonego ze szkoły zawodowej). Najlepiej też, gdyby to była jedyna szkoła w małym mieście. Jeżeli nadmierna ambicja rodziców lub ucznia pchnęła go do prestiżowego liceum, przynajmniej na ostatni rok nauki powinien się przenieść do słabej szkoły. Jak wiadomo, MEN zapowiada nową, ogólnopolską maturę i rychłe zastąpienie egzaminów wstępnych (organizowanych dotychczas przez uczelnie) konkursem tych matur. Wobec tego rekrutacja kandydatów na studia nabierze cech postępowania wyłącznie administracyjnego. Wydaje się oczywiste, że (prawem kontrastu) łatwiej będzie uzyskać wysoką ocenę (punktację) na maturze zdawanej w otoczeniu liczniejszej grupy słabiej przygotowanych kolegów niż wśród prymusów.
Nowe zasady zwalniają z konieczności "zakuwania" tzw. przedmiotów kierunkowych, które dotychczas były najważniejsze na egzaminach wstępnych. Istotna będzie ocena, a nie przedmiot. Trudno uwierzyć, by - tak przyjazny młodzieży - minister edukacji wymagał zgodności dodatkowego przedmiotu maturalnego z wybieranym kierunkiem studiów. Podczas matury opłaci się zatem wybieranie przedmiotu zapewniającego jak najwyższą ocenę, gdyż konkurs matur oznacza konkurs łącznej punktacji. Ta strategia może się jednak okazać niecelowa, bowiem być może świadectwo dojrzałości (dotychczas obligatoryjne) nie będzie w ogóle potrzebne, a ogólne zasady przyjęć dla wszystkich uczelni i tak określi minister. W projekcie ustawy ustalono precyzyjnie, kiedy uczelnie mają uchwalić zasady rekrutacji oraz ile czasu ma minister edukacji na ich zatwierdzenie. Nigdzie natomiast nie jest napisane, kiedy te zasady mają zostać podane do publicznej wiadomości (obecnie ten termin jest określony w ustawie). Równie dobrze może to nastąpić pięć miesięcy, jak i trzy dni przed rekrutacją. Kandydat na studia może więc do ostatniej chwili nie wiedzieć, co go czeka. W rzeczywistości będzie to bez znaczenia, skoro i tak wszystko ma zależeć od wyniku matury, a ogólne zasady dla wszystkich uczelni zostaną określone odgórnie.

Niesłuszna ocena
W projekcie jest zagwarantowane słuszne prawo kandydata do odwoływania się od decyzji o nieprzyjęciu na studia. Nie bardzo jednak wiadomo, od czego można się będzie odwoływać, skoro kryterium rekrutacji ma być konkurs matur, a instancją odwoławczą - rektor uczelni. Czyżby rektor miał otrzymać prawo do anulowania "niesłusznej" oceny maturalnej? W ostateczności pozostanie poszukiwanie nieścisłości i luk w uczelnianych zasadach rekrutacji lub błędów w ich realizacji. Wówczas można będzie jednak uzyskać decyzję rektora o przyjęciu na studia, tyle że w wyniku korzystnego wyroku sądowego. Niejasne jest tylko, kto miałby być adresatem odwołania od zapisów zawartych w ogólnych zasadach rekrutacji, określonych przez ministra. Prawnicy powinni sobie z tym jednak poradzić, zwłaszcza że mogą nieźle zarobić.
Projekt wprowadza odpłatność za studiowanie na kolejnych kierunkach studiów (drugim, trzecim itd.) w państwowych szkołach wyższych. Nie określa on równocześnie żadnego kryterium ustalenia podstawowego kierunku. W takim wypadku wybór będzie niezbywalnym prawem studenta, zwłaszcza że w nowej ustawie brak zapisów określających relację pomiędzy oryginałem i odpisem świadectwa dojrzałości. Właściwie można za naukę nie zapłacić wcale, gdyż nic nie zmusza do ujawnienia ukończonych wcześniej lub równoległych studiów. Jeżeli jednak student koniecznie chciałby za coś płacić, jako płatne powinien wybrać te studia, na których czesne będzie najniższe. Projekt wprowadza jeszcze jedną opłatę – wpisowe. Od niej nie da się wymigać. Na szczęście na razie są to niewielkie pieniądze - ok. 60 zł. Każdy normalny człowiek rozumie, że wpisowe płaci się raz, na początku jakiegoś procesu. Projekt umożliwia natomiast pobieranie wpisowego za każdy rok studiów, choć nie mówi tego wprost. Pozostaje nadzieja, że uczelnie nie odkryją tej możliwości drenowania kieszeni podatnika.

Malowany samorząd
Jeżeli kandydat zostanie studentem, powinien pamiętać, że jego prawa w okresie studiów będą się trochę różnić od ogólnych praw obywatelskich. Protestować może jednak tylko przeciwko władzom własnej uczelni. Ustawa nie przyznaje prawa do protestu solidarnościowego (w celu poparcia słusznych żądań kolegów z innej uczelni) i do oprotestowania jakichkolwiek spraw dziejących się poza uczelnią. Student będzie miał zaś prawo powołać formalnego obrońcę - i to nawet wtedy, gdy popełnione przewinienie będzie drobne, a niedobry rektor zechce udzielić upomnienia, czyli najłagodniejszej kary za przewinienie. Obrońcą może być inny student lub nauczyciel szkoły wyższej, jednak ustawodawca zapomniał dodać - "tej samej". Projekt daje również prawo do odwoływania się od udzielonego upomnienia i określa instancje odwoławcze.
Dotychczas regulamin studiów - określający prawa i obowiązki studenta oraz prawa i obowiązki uczelni - mógł być uchwalony przez senat dopiero po zaakceptowaniu przez przedstawicieli samorządu studenckiego. Regulamin ten był załącznikiem do statutu uczelni, co decydowało o trwałości zawartych w nim postanowień. Nowe przepisy przyznają władzom uczelni prawo do zmieniania regulaminu studiów co rok i stwarzają warunki do całkowitego zlekceważenia opinii studenckich organów przedstawicielskich. Nie warto więc się bawić w samorząd.
Jeżeli szuka się dobrej pracy po ukończeniu studiów, należy szerokim łukiem omijać uczelnie, zwłaszcza państwowe. Droga do profesorskich zaszczytów będzie tu ciernista i długa. Praca na uczelni na stanowisku nienauczycielskim także się nie opłaci, chociaż podobno fachowcy z różnych dziedzin są bardzo potrzebni. Nic nie wskazuje na to, by w dającej się przewidzieć przyszłości uczelnie było stać na godziwe płace dla wszystkich grup pracowników, skoro głównym źródłem "pewnych" pieniędzy jest nadal coraz skromniejsza dotacja budżetowa. Co prawda, nowa ustawa daje uczelniom prawo do prowadzenia studiów płatnych, jednak równocześnie przyznaje ministrowi edukacji prawo do skasowania tej odpłatności i nie określa warunków podjęcia takiej decyzji.
Gdy jednak nauczanie jest czyimś marzeniem, powinien wybierać raczej szkoły podstawowe, gimnazja lub licea. Tam będzie miał gwarantowane ustawowo (Karta Nauczyciela) minimum płacowe, a osiągnięcie stabilizacji zawodowej (mianowanie na stanowisko profesorskie) wydaje się osiągalne dla przeciętnego człowieka. Awansowanie zależy jedynie od wyniku pracy nauczycielskiej, a jej wymiar tygodniowy (18 godzin) jest jasno określony. W szkole wyższej minimalna płaca (średnia krajowa w sferze budżetowej) ma być gwarantowana ustawowo jedynie dla asystentów, czyli najniższej grupy zatrudnienia. O zarobkach pozostałych grup mają decydować władze uczelni. Nietrudno zgadnąć, jakie będą tego skutki, skoro fundusze są ograniczone, a choć asystenci, adiunkci i wykładowcy stanowią najliczniejszą grupę zatrudnionych, nie oni decydują o wewnątrzuczelnianych zasadach płacowych. Podstawowe obowiązki nauczycieli akademickich obejmują - oprócz pracy dydaktycznej - działalność naukową, a w uczelniach medycznych również leczenie (łącznie 30 godzin tygodniowo). Awanse i mianowania w szkole wyższej zależne będą jednak wyłącznie od uzyskania stopni i tytułów naukowych. Skoro brak w nowej ustawie zapisów świadczących o przypisywaniu jakiegokolwiek znaczenia jakości pracy dydaktycznej, oznacza to, że nie opłaca się być dobrym dydaktykiem.
Projekt ustawy stwarza również spore możliwości mianowanym nauczycielom akademickim. Doradzanie posiadaczom tytułów naukowych, jak "wyciskać" z przepisów maksimum korzyści, wydaje się jednak w tym miejscu niestosowne.

Okładka tygodnika WPROST: 25/2000
Więcej możesz przeczytać w 25/2000 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 1
  • spostrzegawczy IP
    a brakuje rzemiesnikow , oni zostana elita zarobkowa nie jakies magisterki....