Batalia pierwszej damy

Batalia pierwszej damy

Nagła decyzja burmistrza Nowego Jorku Rudolpha Giulianiego, który z powodu raka prostaty i rozpadu małżeństwa postanowił zrezygnować z zabiegów o fotel senatorski ze stanu Nowy Jork, odebrała Amerykanom resztę nadziei na to, że ostatnia w tym tysiącleciu kampania przed wyborami prezydenckimi i do Kongresu będzie pasjonująca
Konfrontacja zadziornego, skutecznego, chociaż nie lubianego Giulianiego z najbardziej wpływową politycznie od czasów Eleonor Roosevelt pierwszą damą zapowiadała się na pasjonujące widowisko. Z jednej strony kobieta uwikłana w afery prześladujące męża i najczęstsza ofiara tych skandali; z drugiej mężczyzna, który - jako prokurator federalny - okazał się pogromcą mafii, a następnie - już jako burmistrz - swoim umiłowaniem do porządku i egzekwowania prawa zraził do siebie sporą część nie znoszących zbytnich rygorów nowojorczyków. Niestety, dramat skończył się zaraz po prologu.
"Z pewnością jestem teraz bliżej Boga i mam nadzieję, że Bóg jest bliżej mnie" - powiedział Rudolph Giuliani, informując o rezygnacji ze starań o urząd senatora z trzeciego pod względem liczby ludności amerykańskiego stanu. Burmistrz Nowego Jorku, który przyczynił się do spadku przestępczości i rozkwitu tego największego miasta USA, uzasadnił swoją decyzję koniecznością poddania się terapii po tym, jak wykryto u niego wczesne stadium raka prostaty. "Polityka jest ważna, ale nie najważniejsza. Ważniejsze jest nasze życie, zdrowie, ludzie, których się kocha, rodzina" - mówił 55-letni Giuliani, chyba po raz pierwszy w swojej karierze nieomal wzbudzając litość.
Jego rezygnację pierwsza dama przyjęła z mieszanymi uczuciami. Lepiej mieć do czynienia z przeciwnikiem znanym, z poważnym dorobkiem politycznym, skłonnym do samobójczego mówienia tego, co myśli, niż z niewiadomą. Kilka godzin po jego oświadczeniu nieznany na arenie ogólnokrajowej kongresman Ernesto "Rick" Lazio, który już wcześniej nie krył swoich ambicji senatorskich, zakomunikował mediom, że jest gotowy wstąpić w szranki i zmierzyć się ze znaną na całym świecie pierwszą damą supermocarstwa. Republikanom zostały niespełna dwa tygodnie, żeby z ciężkim sercem zatwierdzić tę nominację podczas swojej stanowej konwencji.
42-letni chłopięco przystojny Rick Lazio, ucieleśnienie ideału dobrze wychowanego chłopca z porządnej rodziny, nie tracił czasu. Następnego dnia po ogłoszeniu swojej decyzji pojawił się w sali gimnastycznej swojego gimnazjum na Long Island w koszulce z napisem "Made in New York". "Kocham Nowy Jork i w moim wypadku nie jest to slogan reklamowy" - powiedział świeżo upieczony konkurent Hillary Rodham Clinton. Wolontariusze Giulianiego, którzy od razu ruszyli na pomoc nowej nadziei republikanów, rozdawali plakietki z napisami "Wracaj do domu, Hillary" i wymachiwali transparentami "Urodzony tutaj - wychowany tutaj". A na wypielęgnowanych trawnikach rodzinnego powiatu kongresmana Lazio (katolika - co jeszcze nie pomaga, ale już nie przeszkadza w amerykańskiej polityce) pojawiły się plakaty z napisami "Stuprocentowy nowojorczyk". Oczywiście była to wyraźna aluzja do faktu, że Hillary Clinton nigdy nie pracowała w stanie, który zamierza reprezentować, a jej przeprowadzka do domu kupionego na eleganckich przedmieściach Nowego Jorku w zamożnym powiecie Westchester była podyktowana głównie wymogami prawa wyborczego.
Wkrótce Lazio ruszył w turę objazdową, obejmującą dziewięć miast. Może nie jest to polityk znany na arenie ogólnokrajowej, a tym bardziej międzynarodowej, jednak senatora stanu Nowy Jork nie wybierają kobiety z kra-jów Trzeciego Świata czy gwia-zdy filmowe z Hollywood, gdzie Hillary Rodham Clinton ma największe poparcie, ale miejscowi. "Każda polityka jest lokalna" - mawiał były przewodniczący Izby Reprezentantów Tip O’Neil, a Rick Lazio, kongresman sprawujący obecnie czwartą kadencję z okręgu, w którym się urodził i wychował, doskonale zdaje sobie z tego sprawę.

Nowojorska taktyka
Odejście Giulianiego zmieniło strategię potyczki o miejsce w Senacie zwolnione przez demokratę Patricka Daniela Moynihana (głosował przeciw rozszerzeniu NATO). Do tej pory była to walka o głosy tych, którzy nie mogli się zdecydować, czy bardziej nie lubią Giulianiego, niż lubią Hillary Rodham Clinton. Obecnie jest to skomplikowana walka o głosy poszczególnych regionów, grup etnicznych i demograficznych.
Kiedy opadły emocje, doradcy zarówno Lazio, jak i pani Hillary wrócili do sprawdzonych modeli tworzenia koalicji i odbierania powiat po powiecie głosów dla swoich kandydatów. Trudności tej kampanii powiększa fakt, że w korzystającej z owoców prosperity Ameryce niewiele zagadnień może zaktywizować wyborców. Podobnie jak w kampanii przed wyborami prezydenckimi, dyskusję będą określały takie przyziemne i często technicznie skomplikowane nudne zagadnienia, jak ocalenie amerykańskiego systemu emerytalnego Social Security, któremu ok. 2040 r. grozi bankructwo, stan edukacji publicznej, powiększające się dysproporcje społeczne, walka z przestępczością, kontrola zakupu broni palnej oraz różne koncepcje zmiany systemu podatkowego. W mieście Nowy Jork, którego osiem milionów mieszkańców głosuje z reguły inaczej niż pozostałe dziesięć milionów mieszkańców stanu, dochodzą tradycyjnie zagadnienia rasowe oraz praw imigrantów i mniejszości seksualnych. Z tematów ideologicznych pozostał właściwie tylko stosunek do aborcji.
Lazio przejął pomysł senatora Johna McCaina, jednego z byłych kandydatów do otrzymania nominacji Partii Republikańskiej, i wyruszył autobusem nazwanym Mainstream Express (Ekspres Głównego Nurtu) w objazd stanu. Kopiowanie pomysłu wielkiej nadziei umiarkowanych i niezależnych wyborców oznacza, że konkurent Hillary liczy nie tylko na głosy konserwatywnych republikanów, którzy go i tak poprą z czystej niechęci do Hillary Clinton i jej męża, ale także na głosy umiarkowanych wyborców. Jednocześnie Lazio, co demonstruje od pierwszych wystąpień, stara się odmalować Hillary Clinton jako przedstawicielkę lewego, radykalnego skrzydła Partii Demokratycznej, nie zapominając o aferach, w jakie była niegdyś uwikłana, i o jej krótkotrwałych związkach ze stanem.
Z kolei Hillary Clinton, zdając sobie sprawę z silnych podziałów pomiędzy konserwatywnym a umiarkowanym skrzydłem Partii Republikańskiej, stara się przedstawić swojego konkurenta jako skrajnego konserwatystę, wypominając mu jego poparcie dla Newta Gingricha, dawnego przywódcy Izby Reprezentantów i autora "Kontraktu z Ameryką", konserwatywnego manifestu republikanów. Pierwsza dama, która unikała bezpośredniego krytykowania burmistrza Giulianiego, starała się także powiązać Lazio z Patrickiem Buchananem (obecnie kandydatem małej nowojorskiej Partii Niezależności), "siłą niezgody i głosem antysemityzmu" - jak go określiła. Skrytykowała także Lazio za jego sprzeciw wobec projektu obowiązkowego rejestrowania broni i poparcie dla proponowanej przez republikanów redukcji podatków.
Próby zrobienia z Lazio superkonserwatysty skazane są jednak na porażkę chociażby z uwagi na fakt, że konkurent Hillary Clinton jest "legislacyjnym sfinksem". Tak jak większość umiarkowanych i lewicowych republikanów głosował za utrzymaniem legalności aborcji, zaostrzeniem kontroli (ale nie rejestracją) sprzedaży broni palnej, jednocześnie popierając konserwatywny "Kontrakt z Ameryką". Sprzeciwia się natomiast finansowaniu ze środków publicznych aborcji dokonywanych przez najuboższe kobiety (tak jak Hillary Rodham Clinton opowiada się za utrzymaniem kary śmierci) i - co może najbardziej boli pierwszą damę - był zwolennikiem pozbawienia jej męża urzędu w toku parlamentarnego impeachmentu.

Wyrok sondaży
Wyniki ostatnich sondaży nie są korzystne dla pierwszej damy. Miesiąc po rozpoczęciu swej spóźnionej kampanii Rick Lazio, który ma ledwie połowę środków, jakimi dysponuje Hillary Clinton, dorównuje jej w sondażach popularności. W ważnym dla nowojorskiej polityki sondażu Quinnipac University Lazio i pani Clinton otrzymali ostatnio po 44 proc. głosów. W ankiecie popularnego nowojorskiego dziennika "New York Post" i stacji telewizyjnej New York 1 pani Clinton otrzymała poparcie 46 proc. respondentów, a Rick Lazio - 42 proc. Regionalny rozkład głosów jest tradycyjny: Lazio prowadzi, i to zdecydowanie, na północy stanu, Hillary Clinton - w Nowym Jorku, gdzie na republikanina przypada trzech demokratów, a najbardziej zacięta i wyrównana walka zapowiada się na przedmieściach, we wszystkich eleganckich "sypialniach" New York City.
Zdumiewające jest jednak to, że dawniej znany tylko w swoim rodzinnym Long Island Rick Lazio zaledwie miesiąc po rozpoczęciu kampanii znajduje się w tym samym punkcie, co Rudolph Giuliani przed ogłoszeniem rezygnacji, po siedmiu miesiącach kampanii. Obserwacja taka nieuchronnie prowadzi do wniosku, że niezależnie od tego, kto otrzymałby nominację Partii Republikańskiej, prawdopodobnie wyglądałby w wynikach sondaży równie dobrze. Stąd tylko krok do konstatacji, że w wyborach do Senatu ze stanu Nowy Jork nie chodzi o stosunek wyborców do Rudolpha Giulianiego czy Ricka Lazio lub najważniejszych zagadnień, ale o ich stosunek do Hillary i przede wszystkim Billa Clintonów. Oczywiście jeśli wierzyć sondażom, a te w Ameryce politycy traktują śmiertelnie poważnie. 


Okładka tygodnika WPROST: 25/2000
Więcej możesz przeczytać w 25/2000 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0