Teoria praktyki

Teoria praktyki

Europejskie uczelnie rezygnują z akademickiego podejścia do biznesu
Kiedy John Quelch został rektorem London Business School, jego pierwszą decyzją była wymiana dywanów na błękitne, największą ambicją zaś uczynienie ze swej szkoły instytucji równie znanej jak Tate Gallery. Zmiany opłaciły się, bowiem - według najnowszego rankingu "Financial Times" - London Business School to dziś najlepsza szkoła biznesu w Europie.
- Studia MBA oznaczają pracę 18 godzin na dobę. Dni tygodnia poznaje się po długości kolejki w sklepie, w weekendy jest po prostu dłuższa - mówi Krzysztof Urbanowicz, prezes Volvo Auto Polska, absolwent Szkoły Businessu Politechniki Warszawskiej, która blisko współpracuje z LBS. Za trwający rok kurs MBA studenci płacą nawet 30 tys. funtów. Pod jednym warunkiem: prestiż szkoły zagwarantuje im dobrą pracę i płacę w przyszłości. Tak jest w wypadku LBS, której absolwenci są "kupowani" natychmiast przez takich pracodawców, jak Andersen Consulting, McKinsey Co., Citibank, General Motors Europe czy Philips Electronics, płacących im 70-150 tys. dolarów rocznie.
Aby osiągnąć takie rezultaty, szkoła musiała dokonać wielu zmian: między innymi wprowadzano nowe logo, wylansowano koncepcję lidera jako osoby, "która rozumie siebie". Uczelnia zaczęła kompletować miedzynarodową kadrę i uczniów, wychodząc z założenia, że w wielokulturowych zespołach łatwiej będzie rozwiązywać problemy globalnego biznesu. Interesujące programy (executive MBA) skierowano do osób, które już zajmują kierownicze stanowiska i czują potrzebę uzupełnienia swojej wiedzy. - Nie ma nic bardziej ekscytującego niż patrzeć na ludzi, którzy w przerwie między zajęciami podejmują ważne biznesowe decyzje - stwierdził Kent Greyson, profesor marketingu w LBS. Cała szkoła znajduje się w stanie permanentnego wrzenia, gdyż - zdaniem prof. Quelcha - obowiązująca tu zasada brzmi: "Jesteś tak dobry jak twój ostatni pomysł".
Z rankingu "Financial Times" wynika, że jeżeli szkoły europejskie chcą sprostać amerykańskiej konkurencji, muszą przełamać własną hermetyczność i zacząć bardziej uwzględniać potrzeby pracodawców. LBS jest bowiem najlepszą szkołą w Europie, ale nie na świecie. Wyprzedza ją Harvard, Wharton, Stanford, MIT, Columbia, Chicago i Kellog na Northwestern University. - Te szkoły wygrywają praktycznym podejściem do biznesu. Studia są konkretne, opierają się na analizie przykładów, które większość studentów poznała podczas prowadzenia własnych firm - mówi Paweł Urbański z Central Europe Trust, również absolwent Szkoły Businessu Politechniki Warszawskiej. Amerykanie rozszerzają swoją ofertę o kursy zarządzania rozwijającymi się firmami, promowania swoich produktów na rynku nowych mediów czy zarządzania internetowego (managing.com). Wiele szkół nie tylko uczy i prowadzi badania naukowe, ale także wspiera przedsiębiorczość swoich absolwentów, oferując im pomoc finansową i organizacyjną przy zakładaniu pierwszych firm. Standardem jest nieustanne monitorowanie potrzeb pracodawców poprzez formalne i nieformalne kontakty - prezentacje, spotkania czy sundowners parties, czyli przyjęcia sponsorowane przez firmy zainteresowane rekrutacją nowych pracowników. - Programy MBA są wszędzie do siebie podobne. Różnica między poszczególnymi uczelniami polega na tym, że do tych najbardziej prestiżowych pracodawcy sami przychodzą z ciekawymi ofertami - mówi Anna Maj, studentka Szkoły Businessu, która spędziła dwa tygodnie na szkoleniu w LBS. Nowym zjawiskiem jest coraz ściślejsza współpraca uczelni, dająca ich absolwentom nowe perspektywy. Wybierając na przykład Szkołę Businessu w Warszawie, można poznać sposób myślenia obowiązujący w LBS, Hautes Etudes Commerciales w Paryżu czy Norweskiej Szkole Ekonomii i Zarządzania Biznesem w Bergen.
Podczas gdy europejskie uczelnie rezygnują z akademickiego podejścia do biznesu, amerykańskie łagodzą przekonanie o własnej nieomylności, wprowadzając programy międzynarodowe. Korzystają na tym zwłaszcza małe ośrodki, takie jak Thunderbird w Arizonie, które wprowadziły jako obowiązkową naukę języków obcych, z arabskim i japońskim łącznie. To dziś konieczność, zważywszy, że prawie połowa absolwentów uniwersytetów, nawet tych renomowanych (na przykład Columbia University), znajduje zatrudnienie poza Stanami Zjednoczonymi.
Rekordowe pensje menedżerom wypłaca się w Sanach Zjednoczonych, jednak najwyższymi średnimi dochodami może się poszczycić Wielka Brytania. Absolwenci MBA zarabiają tam przeciętnie prawie 112 tys. dolarów rocznie, podczas gdy w USA - niecałe 110 tys., a we Francji - 98 tys. dolarów. W wypadku Amerykanów ukończenie studiów MBA zwiększa ich dochody trzykrotnie w ciągu kilku lat, ale na przykład absolwentom niewielkiej uczelni w Lozannie udaje się w tym samym czasie zwiększyć swoje dochody aż siedmiokrotnie.
- Kolejna dekada będzie czasem "bezsekundowej kultury". Pozostaną tylko dwa rodzaje menedżerów: szybcy i truposze - stwierdził David Vice, prezes Northern Telcom. To dlatego mamy do czynienia z rewolucją w systemie kształcenia, który powinien kreować ludzi obdarzonych zdolnością nieustannej adaptacji do zmieniających się warunków pracy. Idealny menedżer musi być liderem, który dąży do wprowadzenia w życie własnych koncepcji, "niezależnym myślicielem", rozumiejącym, że interesy muszą mieć charakter międzynarodowy, a także sprawnym organizatorem realizującym najśmielsze wizje. Zdaniem specjalistów, taka osoba powinna wyjść poza tradycyjne przekonanie, że zarządzanie jest zawsze racjonalne, oparte na wiedzy, kompetencjach oraz kontroli sytuacji. W epoce postindustrialnej takie myślenie hamuje rozwój firm i skazuje je na izolację. Obowiązującym kanonem staje się bowiem nie europejska czy amerykańska racjonalność, ale styl nieprzewidywalny, charakteryzujący się nadmiarem pomysłów.

Okładka tygodnika WPROST: 32/2000
Więcej możesz przeczytać w 32/2000 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0