On jest za duży

On jest za duży

Jest faktem, że wyprodukowano profesjonalny teledysk i nie zobaczą go państwo w żadnej polskiej telewizji. Jest faktem, że zabawnej w gruncie rzeczy piosenki można posłuchać tylko w Internecie
Dostałem e-mail od pana Sylwestra Latkowskiego. Przedstawił się jako realizator nowego muzycznego teledysku, który został w Polsce wyklęty. Nie chcą go prezentować telewizje, od puszczania piosenki wstrzymują się rozgłośnie radiowe. Wszyscy boją się obyczajowej kontrowersyjności.
Zrazu szło nieźle. Wrocławski raper Świntuch nagrał piosenkę pt. "On jest za duży", która miała być - jak pisze pan Latkowski - "odtrutką na nasze tężejące od zakazów czasy". Utwór został zakwalifikowany przez wytwórnię BMG do wydania na płycie, zaczęto więc przygotowywać kampanię promocyjną, zlecając realizację wspomnianego teledysku. Piosenkę rozesłano do rozgłośni radiowych i stacji telewizyjnych. Niespodziewanie "jedna z liczących się rozgłośni przysłała maila z protestem do BMG", co spowodowało, że wszyscy inni wycofali się z zamiaru prezentowania utworu. Wtedy studio postprodukcyjne zastrzegło sobie anonimowość: "Robimy dla telewizji publicznej i nie chcemy mieć problemów". Także montażyści: "Chcemy żyć!". Latkowski skarży się, że montował nocami, nieomal w ukryciu.
Co takiego jest w tej piosence? Mój korespondent dołączył do maila wspomniany teledysk, żebym go sobie obejrzał. I oto, co zobaczyłem: jest to historia chłopaka z wrocławskiego blokowiska, wyskandowana rapem, jak trzeba w tym gatunku; tyle że problem Świntucha jest raczej niezwykły: jego męskie przyrodzenie (czyli wacek) ma wyjątkowe rozmiary, co bynajmniej go nie cieszy, gdyż dziewczyny, widząc je, wpadają w panikę i uciekają, obawiając się cielesnego nadwerężenia.
Mój wacek jest za duży, pytasz, gdzie kłopot/ Kiedy milionom facetów chodzi tylko o to,/ żeby posiadać działo o największym kalibrze/ A ja chcę, by na mego ptaszka mówiono "kolibrze"/ ale mówią "emu", gdy przyglądają się jemu/ Pytam, czemu właśnie mnie spotkał taki los.
Na ekranie widać przysadzistego rapera oraz zgrabne dziewczyny, przemykające koło niego i zdecydowanie odżegnujące się od zbliżenia. Nie ma łóżka, golizny ani rzeczonego wacka. Bohaterowi wierzymy na słowo, gdy zapewnia, że jego życie jest beznadziejnie szare i smutne, a jedyny sposób zaspokojenia, jaki mu pozostał, to samotne oglądanie na wideo filmów porno.
Słowo! Przypadek tylko jeden pamiętam/ kiedy widząc mego wacka, babka była wniebowzięta/ Spotkałem panienkę lekkich obyczajów/ Jak to w zwyczaju, doszło do kwestii finansów/ Stan mego bilansu nie był za wesoły/ więc się pytam: za ile chcesz mnie zadowolić? xxxx za 100 PLN; za dużo; językowe sztuczki 75; za dużo/ W porządku, ile masz? 35/ Za tyle tylko ręczna robota, jeśli masz chęć/ Zawsze coś; wyciągam me wyposażenie bycze/ Ona na to: wiesz co, z chęcią do stówy ci pożyczam...
Może nadawcy obawiają się opublikowania owego cennika usług damskich - pomyślałem - i ich reklamy? Twórca wideo spieszy z podpowiedzią: "Najlepsi polscy hip-hopowcy młodego pokolenia zrobili płytę, która ma być odpowiedzią na dulszczyznę oplatającą nasz kraj".
Jeden z polskich portali internetowych umieścił teledysk Świntucha na swoich stronach i zaprosił do dyskusji. Licznik na serwerze zakręcił młynka z radości - ludzie lubią zakazane (choćby nawet z wątpliwych powodów) owoce. Ale internauci mają trzeźwe umysły. Na forum dyskusyjnym postawili Latkowskiemu pytanie wprost: "Jeżeli się nie boisz i nie jesteś hipokrytą, to poleć otwartym tekstem i podaj nazwę tej rozgłośni. Chodzi o Zet-kę? Bo wygląda to na razie na cienką próbę autopromowania".
Autor teledysku nie odpowiedział na to pytanie, ale z tego, co wiem, na pewno nie chodzi o Zetkę. Jest faktem, że wyprodukowano profesjonalny teledysk i nie zobaczą go państwo w żadnej polskiej telewizji. Jest faktem, że zabawnej w gruncie rzeczy (właśnie - bardziej zabawnej niż prowokacyjnej) piosenki można na razie posłuchać tylko w Internecie. Rodzi się w Polsce nowy obieg muzyczny (a może już wkrótce także literacki, skoro sam Stephen King zdecydował się ostatnio opublikować swoją najnowszą książkę właśnie w sieci, a nie w wydawnictwie), który stanowić może alternatywne rozwiązanie dla showbiznesowych rozstawień robionych przez wielkie wytwórnie, rozgłośnie i telewizje. Rodzi się także poczucie, że skądkolwiek by nadciągnęła cenzura i jakakolwiek by była, nie ma szans w konfrontacji z internetowym morzem wolności.
Okładka tygodnika WPROST: 32/2000
Więcej możesz przeczytać w 32/2000 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0