O draństwie

O draństwie

Czy uzasadnione zakłopotanie prezydentów nie jest znośną ceną za to, że dzięki lustracji z podniesioną głową mogą dzisiaj chodzić Grażyna Staniszewska, Wiesław Chrzanowski i Jerzy Osiatyński?
Prezydent grillowany przed sądem? Wijący się jak piskorz, gdy pada kolejne natrętne pytanie wścibskiego prokuratora? Czerwony ze złości, gdy słyszy coś, co wolałby ukryć? Wyraźnie pocący się, gdy przytacza mu się wypowiedziane przez niego kiedyś słowa, sprzeczne z tym, co powiedział chwilę wcześniej? Zakłopotany, bo wszystko to rejestrują kamery? Czy na taki spektakl może sobie pozwolić szanujące się demokratyczne państwo?
Tak, to, co przeszedł Bill Clinton w czasie przesłuchań przed Wielką Ławą Przysięgłych w sprawie afery z Monicą Lewinsky, nie należy pewnie do pieczołowicie przechowywanych przez niego wspomnień. Niektórzy uważają, że ustawienie wtedy Clintona w roli podsądnego pokazało, jak wiele jest w amerykańskiej demokracji wynaturzeń. Sam od początku byłem zdania, że było to jednak wyłącznie potwierdzenie jej siły. Niezawisły sąd w końcu orzekł, że prezydent, skreślić prezydent, że obywatel Clinton popełnił krzywoprzysięstwo. Pierwszy obywatel został osądzony tak jak każdy inny obywatel. Czyż nie to jest sensem rządów prawa, a nie ludzi?
Szkoda, że trzeba było procesu lustracyjnego, by ludzie, także ci, którzy przez lata (czasem od dwudziestu lat) opluwali Lecha Wałęsę, uznali publicznie jego wielkość. Ale lepiej późno niż wcale. Tym bardziej że Wałęsa właśnie dowiódł swej wielkości. On, gigant nie tylko polskiej historii, mówi, że mimo wszystko popiera lustrację. Tak, popiera ją, chociaż za kilka lub kilkanaście dni może się stać jej ofiarą. "Chcę się w sprawie lustracji zmierzyć z ludźmi pokroju Macierewicza i Olszewskiego, by odnieść nad nimi ostateczne zwycięstwo". Tego nie mówi Wałęsa, który insynuuje, że wyjazd jego następcy do Rzymu może zwiększyć antysemityzm. To mówi nasz dawny wielbiony Lech, prawdziwy fighter, który nie histeryzuje, tylko pokazuje, że demokracja, o którą walczył, jest większa i ważniejsza niż on sam. Może nie mylił się, gdy mówił kiedyś, że jest największym demokratą na świecie?
No dobrze, a jeśli w sprawie prezydenta Kwaśniewskiego UOP kręci i manipuluje? To znaczy, że UOP nie przestał być urzędem, w którym duże P oznacza politykę, niestety, przez małe p. Jeśli rzeczywiście kręci (podkreślić jeśli), to na zbitą buzię powinien wylecieć szef UOP, a może i jego szef, koordynator. A jeśli rzecznik interesu publicznego kręci w sprawie Wałęsy? Cóż, pan rzecznik miał całkiem wiele wypowiedzi, które mogły wskazywać, że reprezentowany przez niego interes jest tak publiczny jak publiczna jest u nas telewizja, to znaczy z nazwy i z pieniędzy podatników. Ale czy to, że bywają źli dziennikarze, oznacza, że powinno się zawiesić wolność słowa? Czy to, że są przekupni prokuratorzy, oznacza, że powinno się wyrzucić do śmietnika kodeksy? To prawda, przyznaje to sam Lech Wałęsa, że cała procedura jest dość upokarzająca. Prawda. Ale czy uzasadnione zakłopotanie prezydentów Wałęsy i Kwaśniewskiego nie jest znośną ceną za to, że dzięki lustracji z podniesioną głową mogą dziś chodzić Grażyna Staniszewska, Wiesław Chrzanowski i Jerzy Osiatyński? Poza tym Wałęsa pokonał komunistyczne państwo, więc trudno, by zrobił to razem z jego tajnymi służbami. A Kwaśniewski był w jawnych niespecjalnych służbach tego państwa, po cóż więc miałby być tajnym współpracownikiem jego służb specjalnych.
Adam Michnik w swoim płomiennym tekście napisał, że oskarżenie Lecha Wałęsy o współpracę z SB jest jak oskarżenie rzucane pod adresem Kościuszki czy Piłsudskiego, których miejsce jest w panteonie polskich bohaterów. To prawda. Ale też nic, nawet stwierdzenie, że Wałęsa był kłamcą lustracyjnym, nie odbierze mu miejsca w tym panteonie. Tak jak wielkości Adama Michnika i wielkości jego zasług dla Polski nie zmieni to, że są ludzie, którzy regularnie go opluwają. Adam Michnik dowodzący swojej przyzwoitości? Wolne żarty. Tak jak Lech Wałęsa nie musi jej nikomu dowodzić. Ale gdyby chciał zostać prezydentem, to dlaczego nie miałby tego potwierdzić sąd. Przecież nie ma u nas obowiązku bycia prezydentem.
Pewne rzeczy towarzyszące procesom lustracyjnym obu prezydentów mogą budzić niesmak. Patrząc na prezydentów stojących przed sądem, odnoszę jednak być może dla niektórych perwersyjne wrażenie, że widok ten jest znakiem zwycięstwa demokracji. Oto jeden z największych bohaterów współczesnej historii Polski i jeden z dwóch najważniejszych polityków ostatniej dekady stoją przed niezawisłym sądem, by dopełnić zapisanej w ustawie procedury. Stoją przed sądem nie prezydenci, ale obywatele ubiegający się o najwyższy urząd w państwie, równi wobec prawa. Równi niezależnie od tego, czy w sondażach popiera ich 2 proc., 100 proc. czy 60 proc. ludzi. Czy może być lepszy dowód na to, że mamy trójpodział władz? Czyż nie o to szło wspaniałym ludziom, którzy tak niedawno, stając przed sądem, znali wyrok, ogłoszony wcześniej sędziemu przez telefon z komitetu?
Ostateczne decyzje w sprawie najważniejszej dla Polski i Polaków podejmą niezawisły sąd i sami Polacy w demokratycznym głosowaniu. Czyż nie o to walczyli Lech Wałęsa, Adam Michnik i wielu innych, którzy zasłużyli na wdzięczność nie tylko współczesnych?
Okładka tygodnika WPROST: 32/2000
Więcej możesz przeczytać w 32/2000 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0