Blada twarz z krótką rurą

Blada twarz z krótką rurą

Jakość życia codziennego we Francji można najlepiej docenić nie gdzie indziej, jak właśnie w Stanach Zjednoczonych. Zwłaszcza gdy turysta odczuje potrzebę przekąszenia czegoś dobrego i pożywnego
Każdy kraj ma jakąś swoją specjalność. Specjalnością Ameryki jest rozdziawianie buzi. To nie znaczy, że Ameryka sama lubi rozdziawiać buzię. Jest zgoła przeciwnie: Ameryka lubi rozdziawiać buzię przyjezdnym. Sprawia jej to wyraźną przyjemność. Kiedy turysta przybywa do Ameryki, szybko się orientuje, że w mniemaniu lokalnych mieszkańców jego podstawowym zadaniem jest stanąć, rozdziawić buzię i mówić: "Ale wielkie domy! Ale duże samochody!" itp. Nasz przewodnik w San Francisco kazał się specjalnie zatrzymać na rogu jednej z ulic, triumfalnie spojrzał w lewo, potem w prawo, nabrał powietrza w płuca i zawołał dumnie: "Widzicie?! Co za korki! I tak siedem dni w tygodniu! Dwadzieścia cztery godziny na dobę!". My też spojrzeliśmy w lewo, potem w prawo, a potem pytająco na siebie. Ruch był mniej więcej taki jak na obwodnicy Paryża około trzeciej po południu, czyli umiarkowany. Mieliśmy rozdziawić buzie, ale jakoś nam zawiasy zesztywniały. W Bangkoku - o, to były korki! Ale tu? Przewodnik, bardzo zadowolony z siebie, kazał jechać dalej i na szczęście na nas nie spojrzał.
Turysta, jak wiadomo, potrzebuje przede wszystkim dwóch rzeczy: możliwości poruszania się i jedzenia. Z poruszaniem się po stanach jest nieźle, bo benzynę mają znacznie tańszą niż u nas. Amerykanie wiedzą jednak, że życie jest twarde, więc nie należy się zbytnio rozpieszczać. Z zainteresowaniem obserwowaliśmy, jak ćwiczą wolę, maksymalnie sobie utrudniając nalewanie tej taniej benzyny. Rury przy pompach są tak krótkie, że nie można na przykład ustawić samochodu wlewem paliwa z innej strony niż pompa, przeciągnąć sobie rurę, wrazić pistolet gdzie trzeba i lać. Trzeba zawsze pamiętać, żeby podać się wlewem ku pompie. W przeciwnym razie utkniemy z rurą przy bagażniku i będziemy sobie mogli nalać ewentualnie do walizki. Zaraz poznają, że to turysta albo słabo przeszkolony szpieg. Jedynym mniej więcej racjonalnym wyjaśnieniem fenomenu krótkich rur, jakie mi się udało usłyszeć, jest stwierdzenie, że krótkie są tańsze niż długie, więc po co przepłacać. Tak rodzą się potęgi. Zaoszczędzili na rurach i mogli sfinansować rakiety atomowe. Powinno nam to dać wiele do myślenia w dobie gromadzenia środków na dogonienie UE. Proponuję zacząć od skrócenia o połowę węży do pryszniców. Nie musimy przecież przekładać prysznica przez ramię, żeby sobie spłukać plecy. Wystarczy polać przód, a potem odwrócić się i polać tył. Grunt to rentowność. A kiedy jeszcze skrócimy rury odkurzaczy i kable słuchawek telefonicznych, to UE będzie musiała nas doganiać, a nie my ją.
Jakość życia codziennego w UE, a szczególnie we Francji, można najlepiej docenić nie gdzie indziej, jak właśnie w Stanach Zjednoczonych. Zwłaszcza gdy turysta odczuje potrzebę zaspokojenia drugiej ze swoich podstawowych potrzeb: przekąszenia czegoś dobrego i pożywnego. Oczywiście, od Nowego Jorku po Los Angeles można znaleźć urocze restauracyjki i sklepiki, z których część podaje się nawet śmiało za francuskie. Mówimy jednak o zwykłym rozumnym turyście, który wie, że miast amerykańskich należy unikać, bo można w nich szybko zwariować, i który rozkoszuje się tamtejszymi niezmierzonymi przestrzeniami, bogactwem natury i parkami narodowymi. Tego rodzaju turysta powinien zapomnieć o takich pojęciach, jak jarzyny, owoce i wybór dań. To znaczy, wybór jest: może sobie wybrać bułę okrągłą, bułę podłużną, a czasami nawet bułę trójkątną. Poza bułami znajdzie jednak niewiele. Jabłka czy kiwi wystawiane w sklepach przypominają często zapomniane obiekty muzealne, którymi nikt się nie interesuje, bo jest ich mało, są drogie, zakurzone i znać na nich ząb czasu. A najbardziej trzeba uważać na przetwory mleczne. To, co Amerykanie sprzedają pod nazwą "jogurt", jest dla przybysza z Europy źródłem niezapomnianych przeżyć. W jednym ze sklepów zobaczyliśmy "jogurt capuccino". Nooo, proooszę, teeego to my we Francji nie mamy! Nie mamy i nigdy nie będziemy mieć, bo to, co poczuliśmy na języku, we Francji mogłoby uzyskać w przypływie dobroci co najwyżej nazwę "kwaśna papka". Przypomniały się stare, dobre PRL-owskie produkty jogurtopodobne, które też były kwaśne, ale przynajmniej wyczuwało się jakiś daleki związek z prawdziwym mlekiem. Amerykanie poszli o krok dalej: ślady tych związków udało im się zatrzeć.
Skutki systematycznego żywienia się bułami i produktami jedzeniopodobnymi wnoszą niezwykle oryginalne akcenty do amerykańskiego pejzażu miejskiego. O ile zabudowania mają raczej skłonność do strzelistości, a w porywach nawet smukłości, o tyle w ich wnętrzu i na ulicach dominuje forma kuli i sześcianu. Kule i sześciany występują w niezmierzonej ilości. Na dole mają nóżki, na górze główki, a z boków rączki i często przekraczają średnicą rozmiary drzwi, które muszą przekroczyć. W Europie widuje się grubasków. W Ameryce bezustannie się widzi tłum ludzi chorych na otyłość i jest to jedna z rzeczy, które najbardziej rzucają się w oczy przybyszowi z zewnątrz.
W końcu więc i my rozdziawiliśmy buzie i westchnęliśmy: "Ale wielkie brzuchy!". Najważniejsze, że nam zaimponowało.
Okładka tygodnika WPROST: 32/2000
Więcej możesz przeczytać w 32/2000 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0