ŚmiesZnoty

ŚmiesZnoty

Satyra prawdę mówi...

Tak się porobiło w ostatnich latach, że im więcej śmiesznych zdarzeń, problemów, osobników, tym mniej satyryków, którzy w specyficznie satyryczny sposób potrafią ten cały zabawny zgiełk komentować. Realnie jest tak, że tytuł satyryka nadają sobie tabuny rozmaitych wesołków i nudziarzy też zresztą, natomiast z prawdziwą satyrą jest blado. Zwróćcie uwagę, Mili Czytelnicy, jak często mówią o sobie per "satyryk": nadęty wierszokleta, rozbrykany amator, agresywny redaktor, banalny błazen, prostacki kawalarz... itp., itd. Jeden uważa, że uprawia satyrę, kiedy rymuje obiegowy banał. Drugi - kiedy po chamsku w organie trzody chlewnej przyłoży przeciwnikowi. Inny - jak się powygłupia na estradzie. Następny - jak przebierze się za kogoś innego i zrobi minę albo fikołka...
Nie mam nic przeciwko wszelkim możliwym sposobom wywoływania śmiechu. Natrętne "dusze towarzystwa" i nieokiełznani kawalarze też są komuś potrzebni... Ja jedynie proszę, by nazywać te działania po imieniu. Jeżeli w głupkowatych "sitkomach" (przepraszam za wyrażenie) śmieszność sytuacji i dialogów osiąga się, dogrywając rżenie z taśmy, tkwi w tym technicznym zabiegu zwykłe oszustwo. Może tak musi być, może publiczność chce wierzyć, że te niedorajdy i gamonie to wesołe towarzycho. W sensie formalnym może jest w porządku. W sensie artystycznym - nie. Uczciwie jest wtedy, kiedy sztuka wywołuje autentyczną reakcję widza. Reakcja fałszowana maskuje impotencję twórców. Teraz takie czasy, że za pomocą techniki można udawać piosenkarza, komika, nawet polityka, ale ... No właśnie, jest to ALE...
Polska szkoła dowcipkowania, w tym szczególnie satyrycznego opisywania rzeczywistości, jest jedną z ważniejszych sfer pompatycznego "dziedzictwa narodowego". Skoro już doczepiono Ministerstwu Kultury to Dziedzictwo, czy nie należałoby się więcej szacunku dla tradycji biskupa Krasickiego, hrabiego Fredry, a także Sławomira Mrożka i Kabaretu Starszych Panów? Dlaczego nie jest możliwe, by jakakolwiek stacja telewizyjna stworzyła obecnie program tego rodzaju?
Pusta błazenada nie jest satyrą. Przywołując klasyczną definicję biskupa Krasickiego: "Satyra prawdę mówi, względów się wyrzeka. Wielbi urząd, czci króla, lecz sądzi człowieka", połóżmy nacisk na ową prawdę, którą mówić ma satyra. To jest najważniejsze kryterium. Jeżeli w niby-satyrycznym kabarecie dominują głupstwa i kłamstwa, jeżeli w quasi-satyrycznym felietonie pieni się jedynie nienawiść, jeżeli z (podobno) satyrycznego wierszyka wyziera wyłącznie cwane tchórzostwo autora... Miano satyry przysługuje rzeczom niegodnym...
Piszę o tym w egoistycznym interesie swojej satyrycznej branży, ale przecież nie tylko. W gruncie rzeczy w ostatniej instancji chodzi o zdrowie psychiczne Szanownego Społeczeństwa. Po to bowiem istnieją krzywe zwierciadła, by prawem kontrastu dostrzegać prawdę pierwowzorów. A ona zawsze się przydaje...
Okładka tygodnika WPROST: 32/2000
Więcej możesz przeczytać w 32/2000 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0