Strefa wolnozłotowa

Strefa wolnozłotowa

Do roku 1990 złoty nie był pieniądzem. Nie był, bo był niewymienialny
I to w podwójnym sensie. Po pierwsze, niewymienialny na towary, które - jak określił Andrzej Krzysztof Wróblewski - pozyskiwało się wedle algorytmu "kolejka razy przydział, dzielone przez talon, mnożone przez dojście". Niewymienialny był także - a jakże - w znaczeniu zamiany na inne pieniądze. Formalnie do końca roku 1989 jakiekolwiek transakcje walutowe między obywatelami były przestępstwem. Co więcej, na mocy dekretu z 13 czerwca 1946 r. o przestępstwach szczególnie niebezpiecznych w okresie odbudowy państwa samo posiadanie walut było przestępstwem. Co jeszcze więcej, na mocy dekretu "O postępowaniu doraźnym" "w uzasadnionych wypadkach" istniała możliwość orzekania kary śmierci. I nie była to całkiem gołosłowna pogróżka. Parę wyroków śmierci za posiadanie dolarów wydano. A ostatni z nich wykonano w 1956 r.
Październik tegoż roku przyniósł likwidację największych nonsensów. Zniesiono penalizację posiadania walut (choć pozostawiono karanie za handel), a w 1960 r. szeroko otwarto sklepy Banku Pekao SA ("Bank Pekao - reklamował Stefan Kisielew- ski - jedyny bank świata, który sprzedaje spodnie"). Wprowadzono także bony tego banku, które obcą walutą nie były, a stając się przedmiotem obrotu, oswajały rodaków ze światem, w którym pieniądz był wymienialny także na towar.
Tak naprawdę do normalności przybliżyliśmy się dopiero w styczniu 1990 r. Wtedy to Leszek Balcerowicz wprowadził tzw. wymienialność wewnętrzną po sztywnym kursie 0,95 zł (9500 starych złotych) = 1 USD. Polska rozkwitła budkami kantorowymi, a każdy obywatel mógł swobodnie wywieźć za granicę nawet i trzy tysiące dolarów. "Wewnętrzny" charakter wymienialności oznaczał, że nie wolno było wykorzystywać złotego jako środka rozliczeniowego i płatniczego w transakcjach z zagranicą. Musiały być one prowadzone w walutach wymienialnych, a przedsiębiorcy zobowiązani byli do odsprzedaży państwu całości zarobionych na eksporcie dewiz. Jeżeli zaś chcieli importować, musieli kupować walutę w banku, zwracając się do NBP o stosowne zezwolenie (jego otrzymanie w istocie było formalnością, ograniczenia te zniesiono ostatecznie w końcu 1995 r.). Sztywny kurs działał jak kotwica antyinflacyjna. Dzięki relatywnemu tanieniu dóbr z importu hamował wzrost cen (także krajowych). Jednocześnie stabilizacja kursu sprawiała, że trzymanie oszczędności w dolarach przestało być opłacalne, co znakomicie zredukowało tezauryzacyjny popyt na walutę (i tylko biedny Grobelny w to nie uwierzył). Pierwszy sztywny kurs wytrzymał bardzo długo, bo aż 501 dni. Dnia pięćset drugiego, czyli 17 maja 1991 r., zdewaluowano złotego o 1 5,7 proc. w stosunku do dolara (1,10 zł = 1 USD). Równocześnie wprowadzono nową zasadę stanowienia kursu. Od tego dnia złoty był "sztywny" nie wobec dolara, ale w stosunku do koszyka walutowego o składzie: dolar - 45 proc., marka - 35 proc., funt brytyjski - 10 proc., frank francuski - 5 proc., frank szwajcarski - 5 proc. Kolejna zmiana nastąpiła bardzo szybko, bo już 14 października 1991 r. Była to zmiana bardzo ważna i bardzo przybliżająca nas do rozwiązań rynkowych. Kurs sztywny, który przy wysokiej inflacji krajowej stale niósł ryzyko skokowych i oczywiście zaskakujących dewaluacji, został zastąpiony przez tzw. preannounced crawling peg, czyli kurs pełzający (albo kroczący) przy ustalonej z góry stopie dewaluacji dokonywanej codziennie. Stopa ta początkowo wynosiła 1,8 proc. miesięcznie.
"Kroczenie" kursu wyrażające się w tym, że codziennie dolar drożał o 8 starych złotych (osiem setnych nowego grosza), okazało się niewystarczające. Dlatego w ciągu następnych dwóch lat dwukrotnie przeprowadzano skokowe dewaluacje złotego. Pierwsza, 28 lutego 1992 r., odebrała złotemu (w stosunku do koszyka walutowego) 10,7 proc., co spowodowało podwyżkę ceny dolara z 1,19 zł do 1,32 zł. Druga, 27 sierpnia 1993 r., była już mniejsza (tylko o 7,4 proc.) i przyniosła podwyżkę ceny dolara z 1,82 zł do 1,96 zł).
W roku 1994 sytuacja zaczęła się odwracać. Znaczący napływ inwestycji zagranicznych sprawił, że dewiz zaczęliśmy mieć za dużo, a ich wymiana na złotówki powiększała obieg pieniężny i zwiększała presję na wzrost cen. W tej sytuacji NBP zaczął hamować tempo dewaluacji kroczącej: 13 października obniżone je z 1,6 proc. do 1,5 proc., 30 listopada - do 1,4 proc., a 16 lutego 1995 r. - do 1,2 proc.
Początek roku 1995 przyniósł nowelizację prawa dewizowego. Wprowadzała ona jedynie kosmetyczne zmiany w obrocie walutowym (na przykład zniesienie zezwoleń na import). Jedna z takich zmian, polegająca na zezwoleniu zagranicznym podmiotom działającym w Polsce na posługiwanie się w transakcjach złotówkami, uznana została jednak przez MFW za przejaw "uzewnętrznienia" wymienialności, wystarczający, aby 1 czerwca 1995 r. uznać złotego za walutę wymienialną.
Wcześniej, bo 16 maja, nastąpiła kolejna rewolucja w zasadach ustalania kursu. Nastąpiło jego upłynnienie, polegające na wprowadzeniu regulowanego kursu płynnego. Od tego dnia NBP - zgodnie z zasadą codziennej dewaluacji złotego względem koszyka walut - ustalał codziennie rano urzędowy kurs centralny (tzw. średni). Kurs średni służył jednak wyłącznie do wyznaczenia dopuszczalnego pasma wahań kursu oficjalnego. A kurs oficjalny ustalany był (podobnie jak kursy akcji na giełdzie) poprzez tzw. fixing, na podstawie ofert kupna i sprzedaży walut składanych przez banki komercyjne. Dopuszczalne pasmo wahań kursu oficjalnego początkowo określone zostało na 14 proc. (ą7 proc.) od kursu średniego. Jednocześnie banki komercyjne uzyskały pełną swobodę ustalania cen walut w pozostałych transakcjach między sobą i z innymi klientami, a NBP mógł wpływać na kursy na rynku międzybankowym jedynie poprzez interwencje walutowe.
Upłynnienie kursu miało służyć jego urealnieniu i zmniejszeniu spekulacyjnej presji na NBP jako bank banków. Cele te początkowo osiągnięto jedynie częściowo. Uczestnictwo NBP w rynku międzybankowym umożliwiło dużym bankom krótkookresowe manipulacje kursem. Poprzez znaczną poranną sprzedaż (lub kupno) walut mogły one doprowadzić do ustalenia na fixingu korzystnego dla siebie kursu, po którym dokonywały z NBP transakcji odwrotnej do porannej. Jednocześnie inne banki, które podczas rannych obrotów traciły, poprzez fixing mogły minimalizować swoje straty. W systemie tym bank centralny pełnił zatem po części funkcję bufora i instytucji ubezpieczeniowej, minimalizującej ryzyko kursowe dla banków komercyjnych. NBP w tym okresie znajdował się pod naporem zalewających Polskę dewiz. Dlatego najpierw (22 grudnia 1995 r.) dokonał (ostatniej dotychczas) "ręcznej" korekty kursu centralnego, rewaluując o 6 proc. złotego względem dolara, a następnie powrócił do praktyki konsekwentnego obniżania tempa dewaluacji: obniżając ją 8 stycznia 1996 r. do 1 proc. W 1998 r. przeprowadzono aż trzy takie obniżki, sprowadzając stopę pełzającej dewaluacji kursu centralnego do 0,5 proc. miesięcznie. Równocześnie z tymi zmianami poszerzano pasmo dopuszczalnych wahań kursu: 26 lutego do 20 proc. (+/- 10 proc.) i 28 października do 25 proc. Ostatnich tego typu zmian dokonano 25 marca zeszłego roku, kiedy poszerzono przedział dopuszczalnych wahań kursu do 30 proc. (ą15 proc. od kursu średniego), a stopę dewaluacji zmniejszono do 0,3 proc. miesięcznie.
Istotniejsze wydają się jednak inne zeszłoroczne zmiany - te, które zapowiadają kolejną systemową zmianę stanowienia kursu. 1 stycznia uproszczono strukturę koszyka walutowego, pozosta- wiając w nim jedynie euro (55 proc.) i dolara (45 proc.), a 7 czerwca podjęto decyzję o wycofaniu się NBP z fixingu. Banki komercyjne nie mogą już teraz z własnej inicjatywy zawierać transakcji z NBP, w efekcie czego ustalenie kursu centralnego staje się rejestracją ceny podstawowych walut o określonej godzinie na rynku międzybankowym. Równocześnie NBP stale zmniejszał (mniej więcej o połowę rocznie) liczbę interwencji na rynku (wytrzymał nie tylko kryzys rosyjski w sierpniu 1998 r., ale nawet zeszłoroczne "prognozy" ministra Kropiwnickiego). Tym samym przygotowywał nas do pełnego upłynnienia kursu, zniesienia ograniczeń w przepływie krótkookresowego kapitału i przystąpienia Polski do europejskiej unii monetarnej (EMU). Pierwsza z tych zmian nastąpi już wkrótce. Nie spowoduje jednak na naszym dobrze już rozwiniętym rynku walutowym istotniejszych zmian. Po prostu zniesione zostanie dopuszczalne pasmo wahań kursowych, którego przekroczenie zmusza bank centralny do interwencji (przypomnę: od upłynnienia kursu w maju 1995 r. taki przymus nie wystąpił). Tym samym także straci rację bytu urzędowy kurs centralny. Do lamusa odłożona zostanie zasada pełzającej dewaluacji. Po prostu cenę dolarów czy funtów określać będzie popyt i podaż.
Zabrzmi to może śmiesznie, ale tak naprawdę to upłynniamy kurs złotego po to, aby go potem następnie dobrze usztywnić. Przystąpienie Polski do EMU oznaczać będzie konieczność ustalenia sztywnego kursu w stosunku do euro (mówiąc inaczej, złoty będzie określany w stosunku do koszyka walutowego zawierającego jedynie euro, dlatego wzrost udziału euro w koszyku traktować można jako przygrywkę do tej zmiany). Żeby jednak maksymalnie zwiększyć szansę na to, że ów sztywny względem euro kurs będzie prawidłowy, trzeba wcześniej pozwolić rynkowi się wyhasać. Przewidywane za kilka lat wprowadzenie stabilnego kursu złoty-euro będzie prawdopodobnie przedostatnią rewolucją na naszym rynku walutowym. Rewolucja ostatnia - dzisiaj słabo wyobrażalna - to likwidacja pieniądza krajowego i zastąpienie go wspólną walutą zjednoczonej Europy. Aż strach pomyśleć, co wtedy będą robić cinkciarze.

Okładka tygodnika WPROST: 4/2000
Więcej możesz przeczytać w 4/2000 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0