Tato

"Prawo ojca" Marka Kondrata: samosąd po polsku

W pierwszych scenach wiejską drogą na polskiej prowincji przeciska się ogromny tir wyjęty prosto z amerykańskich filmów o konwojach. To symbol. Marek Kondrat, reżyser i główny aktor filmu "Prawo ojca", zastosował schemat hollywoodzkiej serii "Życzenie śmierci" z wiodącą rolą Charles?a Bronsona. Tam i tu zdesperowany ojciec na własną rękę wymierza sprawiedliwość. Różnica jest taka, że Amerykanin działa skutecznie, a polski mściciel przede wszystkim musi się nadeklamować. W rezultacie oglądamy interwencję filmową w ważkiej sprawie społecznej z kilkoma interesującymi rysami i mnóstwem wodolejstwa.


"Nie możemy się bać, nasz strach jest siłą innych", "Dzieci nie zawsze słuchają swoich rodziców. Idą własną drogą" - głosi z ekranu ojciec-Kondrat. Mało tego, kiedy gotuje się do ostatecznej rozprawy z bandytami, zamiast logistycznie zaplanować obronę lub bodaj uprzedzić sąsiadów o niebezpieczeństwie, mściciel najpierw wygłasza sentencje Seneki, by płynnie przejść do liryków Jerzego Liberta. I jak tu mieć pretensje, powiedzmy, do policjanta, który zamiast planować obławę na dealerów amfetaminy oglądałby pod biurkiem pisemka z panienkami?
Przestępcy zostali w filmie ujęci krótko, ale smacznie. Na pierwszy plan wystąpiła trójka gwałcicieli nieletniej. To tępaki - forsa pozyskana od teścia gangstera pozwala im tak spędzać czas, jak lubią: na narkotykach, podrywie i prowadzeniu tancbudy. Za plecami mają już jednak znacznie poważniejsze kadry. Teść gangster to dystyngowany biznesmen, który na lewo swoje zarobił już dawno, może więc wyprać pieniądze w legalnych interesach i dołączyć do lepszego towarzystwa. Zięć, ograniczony wąchacz i erotoman ze złotym łańcuchem na szyi, bardzo mu nie na rękę. Po rezydencji biznesmena plącze się jeszcze jedna interesująca postać - mecenas, doradca prawny rodziny. Żaden debiutant na dorobku, którego skusiły szybkie i duże pieniądze, lecz starannie wykształcony, obyty, ustosunkowany znawca procedur sądowych, zapewne potomek starej prawniczej rodziny. Podczas gdy jego koledzy użerają się za grosze z rozwodnikami, on za ogromne honorarium korumpuje policję na najwyższych szczeblach, tuszuje morderstwa, legalizuje pieniądze ze sprzedaży narkotyków. Tyle że żyje w złotej klatce. Nie może bowiem pewnego dnia powiedzieć: "Dziękuję, już swoje zarobiłem, teraz jadę na ryby". Z doradcy prawnego stał się bowiem wspólnikiem, który zbyt dużo wie. Tu Kondrat trafił w dziesiątkę. Wiele fortun, jakie wystartowały zaledwie przed kilku laty od cysterny "Royalu", zawdzięcza swój rozmach dyskretnej i skutecznej pracy takich właśnie ekspertów prawnych. Poza tym czy kogoś w Polsce dziwi jeszcze, że jakiegoś Masy czy Kiełbasy broni prawnik o znakomitym nazwisku?
Policja generalnie jest nieczynna, bo pilnuje blokad rolniczych albo interesów gangsterów, którzy ją opłacają. Ojciec zgwałconej, który próbuje dochodzić swego, orientuje się, że podział na dwie strony barykady: z jednej przestępcy, z drugiej stróże prawa, jest nieaktualny - policjanci bywają raz po jednej, raz po drugiej stronie, a gangsterzy po swojemu wymierzają sprawiedliwość, w dodatku skuteczniej niż sądy. Ojciec uczy się szybko - nie kozakuje, nie wygraża marudnym funkcjonariuszom, nie porywa się z pięściami na mafię, za to stara się chodzić koło swoich spraw - wydzwania i nalega. Taktyka zaczyna skutkować. Mobilizuje się kostyczna pani prokurator, prosty oficer dochodzeniowy zaczyna oddolnie walczyć z korupcją, a policyjny dygnitarz opłacany przez gangsterów musi złożyć broń i funkcję. W widzów już wstępuje nadzieja, a tu okazuje się, że śledztwo mogące uziemić całą tę ośmiornicę zostanie przerwane bez dania racji. Skorumpowany oficer policji, który powinien zostać widowiskowo posadzony, znika z ekranu (może rzucony na inny odcinek bezpieczeństwa publicznego), a pani prokurator (na drzwiach mieszkania po chrześcijańsku wypisane kredą inicjały trzech króli) od niechcenia informuje, że śledztwo zamknięte i "sprawy nie było". Zastraszona, skorumpowana czy ofiara bałaganiarskiego scenariusza? Tak bardzo chcieliśmy wyjść z kina z przeświadczeniem, że procedury rodzimej praworządności postąpiły choć krok do przodu. A tu wszystko - gwałt, seria morderstw i korupcja na wysokich szczeblach - grzęźnie w ogólnej niemożności. Tato z cudownie odzyskaną córką w finale beztrosko przechadzają się brzegiem morza. Nie ma sprawy?

Okładka tygodnika WPROST: 4/2000
Więcej możesz przeczytać w 4/2000 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0