Bardzo dobre rady

Bardzo dobre rady

Czy szefowie państwowych firm zarabiają za dużo?


Pensje członków zarządów firm z państwowym kapitałem zależą często od tego, jak "zabezpieczają" partyjne interesy. Tę tajemnicę poliszynela powtarzają politycy wszystkich opcji, jednak żaden nie chce jej firmować własnym nazwiskiem. Państwowa posada jako nagroda jest istotnym instrumentem w polityce. - Nigdy nie zezwalałem na "wyprowadzanie" pieniędzy i dlatego mam teraz kłopoty - uważa Emil Wąsacz, minister skarbu państwa. Presja partii na nieuzasadnione windowanie wynagrodzeń jest tak silna, że zmusiła Wąsacza do odebrania radom nadzorczym uprawnień do ustalania ich wysokości. Przykład Polskiego Radia pokazuje, że politycy mogą się z sobą porozumieć nie tylko ponad osobą ministra skarbu czy ponad radą nadzorczą, ale także ponad podziałami partyjnymi.
Odwołany ostatnio prezes zarządu Polskiego Radia Stanisław Popiołek i członek zarządu Henryk Cichecki dostaną - według Juliusza Brauna, przewodniczącego KRRiTV - po 500 tys. zł. Tak wynika z kontraktu podpisanego z członkami zarządu przez radę nadzorczą, a odprawy wypłaci publiczne radio, którego zadłużenie sięga 19 mln zł. Polskie Stronnictwo Ludowe chciało wymienić zarząd, gdy do prasy przedostał się list Ryszarda Ochwata, jednego z dyrektorów radia, będący swego rodzaju partyjnym meldunkiem na temat opanowywania radia przez ludowców. Prezes Popiołek zwolnił Ochwata i w rezultacie stracił poparcie prezesa PSL. "Swoich": Stanisława Popiołka i Henryka Cicheckiego, wymieniono na "swojskich": Ryszarda Miazka i Stanisława Kolbusza. Na zamianę miał się jakoby zgodzić Marian Krzaklewski, przewodniczący Akcji Wyborczej Solidarność, gdy ludowcy rzekomo zobowiązali się poprzeć kandydata akcji na prezesa Instytutu Pamięci Narodowej. W wyciągnięciu pieniędzy z pustej kasy radia publicznego, a więc z naszych kieszeni, nie widzi niczego niestosownego tak zwykle pomstujący na "liberalizm" i "wrażliwy na krzywdę ludzką" Jarosław Kalinowski, prezes PSL. - Przecież mamy kapitalizm - mówi teraz prezes.
Państwowa posada jest wciąż intratnym zajęciem. Z analizy Bohdana Wyżnikiewicza, wiceprezesa Instytutu Badań nad Gospodarką Rynkową, wynika, że w roku 1998 r. z 25 najlepiej zarabiających menedżerów 12 pracowało w przedsiębiorstwach, w których w większym lub mniejszym stopniu był zaangażowany skarb państwa. - Na początku lat 90. pensje w firmach prywatnych były wyższe niż w państwowych, jednak po dojściu do władzy SLD zarobki na państwowej posadzie poszły w górę - stwierdza Wyżnikiewicz. Według listy płac opracowanej przez "Gazetę Wyborczą", średnia pensja wraz ze wszystkimi dodatkami prezesa Katowickiego Holdingu Węglowego w 1998 r. wyniosła 34 173 zł. Niewspółmiernie wysokie do osiągnięć są pensje dyrektorów kas chorych, kopalń i prezesów rozlicznych agencji wszelakiej restrukturyzacji i dynamicznego rozwoju. Pensje w wysokości 40 tys. zł nie skłaniają do przyspieszania restrukturyzacji, a więc prywatyzacji. Trzeba by nie mieć instynktu samo- zachowawczego, żeby się pozbawiać tak intratnej posady. Z tych samych powodów nie przyspieszają zmian własnościowych członkowie rad nadzorczych. Nie tylko ci z partyjnych nominacji, ale i profesorowie wyższych uczelni, którzy znalazłszy się w radach nadzorczych, mieli być antidotum na brak kompetencji. To przecież najprostszy, najbardziej komfortowy sposób dorobienia do pensji.
Dlatego wielu ekonomistów uznaje, że tylko prywatyzacja może być panaceum na patologie polskiej gospodarki. - Najlepiej prywatyzować, jeszcze raz prywatyzować i nie zajmować się odgórnym ustalaniem zarobków - podkreśla prof. Stanisław Gomułka, doradca ministra finansów. Wtórują mu ekonomiści zarówno z prawej, jak i lewej strony politycznej sceny. Tymczasem prywatyzowane są jedynie firmy przynoszące zysk, gdyż ich sprzedaż umożliwia łatanie budżetowej dziury. Słabych państwo nie oddaje nawet za symboliczną złotówkę, aby zachować poligon do politycznych manewrów. Jednoosobowe spółki skarbu państwa miały znaleźć właścicieli w ciągu dwóch lat, jednak zgodnie z wolą koalicji SLD-PSL komercjalizacja zastąpiła prywatyzację. Nie ma racjonalnych powodów, aby setki różnych zakładów - choćby nawet karnych - nie znalazły prywatnych właścicieli. Są natomiast powody polityczne - jeśli politykowi powinie się noga w wyborach parlamentarnych, może zostać na przykład naczelnikiem poczty.
Coraz więcej jest ostatnio pomysłów na uzdrowienie gospodarki rynkowej instrumentami rodem z systemu nakazowo-rozdzielczego. Od kilku miesięcy trwają prace nadzwyczajnej komisji sejmowej pod przewodnictwem Jana Rulewskiego, obecnie posła nie zrzeszonego. - Ustawa umożliwi zlikwidowanie kominów płacowych w firmach, w których zaangażowane są publiczne pieniądze, i uzależni wysokość wynagrodzeń od wyników finansowych przedsiębiorstw - argumentuje Rulewski. Jego zdaniem, to oburzające, aby podupadające, zadłużone przedsiębiorstwa płaciły astronomiczne wynagrodzenia kadrze zarządzającej. Jeśli ustawa wejdzie w życie, zarząd firmy oprócz pensji mógłby otrzymać tylko jedną nagrodę w roku - nawet bardzo wysoką - ale dopiero po zbadaniu wyników finansowych przedsiębiorstwa. - To bzdura, wyniki finansowe często zależą na przykład od cen surowców na rynkach światowych, a nie od efektywnego zarządzania - mówią eksperci. A zgodnie z projektem ustawy, wobec rad nadzorczych, które zadecydują o przyznaniu nieuzasadnionej nagrody, stosowane byłyby surowe sankcje, z odwołaniem włącznie, a członkowie rad samorządowych w takich wypadkach mieliby zakaz pełnienia podobnej funkcji także w następnej kadencji. Projekt negatywnie zaopiniował Komitet Integracji Europejskiej, stwierdzając, że jest on niezgodny z prawem obowiązującym w krajach Unii Europejskiej, ponieważ łamie zasadę równości przedsiębiorstw prywatnych i publicznych. - W unii obawiano się, że firmy państwowe będą nadmiernie faworyzowane, gdyż mogą mieć łatwiejszy dostęp do poufnych informacji. To w ogóle nie dotyczy spraw, jakimi zajmuje się nadzwyczajna komisja - poseł Rulewski odrzuca ekspertyzę KIE.
Minister skarbu państwa uprzedził posłów i przed posiedzeniem Sejmu, na którym ma być głosowany wniosek o jego odwołanie, przejął inicjatywę. Wąsacz odebrał radom nadzorczym prawo zawierania umów o pracę z członkami zarządów i ustalania ich wynagrodzeń. Postanowił, że uprawnienia te przejmą walne zgromadzenia akcjonariuszy lub wspólników, czyli w rzeczywistości on sam. W praktyce oznacza to scedowanie tych uprawnień na przedstawicieli ministra, bo trudno sobie wyobrazić, by Wąsacz osobiście pochylał się nad wszystkimi kontraktami. - Członkowie rad często dogadują się z zarządami firm w sprawie wysokości zarobków. Jeśli nawet ich zwolnię, to i tak dostaną wysokie odprawy lub w podziękowaniu intratne posady w firmach nie związanych z moim ministerstwem - dodaje. Wyznał jednak, że nie wytrzymał i wniósł o odwołanie rady nadzorczej pewnego przedsiębiorstwa, którego członkowie zarządu zarabiali średnio po 77 tys. zł miesięcznie.
Stanisław Gomułka przyznaje, że próby administracyjnego ustalania zarobków dowodzą, iż dotychczasowy system budzi wątpliwości. - Decyzja ministra skarbu ograniczająca uprawnienia rad nadzorczych jest wyrazem skrajnego niezadowolenia, jest desperacka, ale to tylko wybór mniejszego zła - ocenia. - Proponowane lekarstwa mogą się okazać gorsze niż choroba - obawia się Janusz Lewandowski, były minister przekształceń własnościowych, poseł UW. Menedżerowie podkreślają, że zarządzanie złą, upadającą firmą państwową, wyprowadzenie jej na prostą, by przynosiła zyski, wymaga znacznie więcej pracy i inwencji niż kierowanie firmą prosperującą. Dlatego nie dziwi, że jeśli ceniony menedżer podejmu- je się restrukturyzacji upadającego zakładu, żąda bajońskich sum. - Wprowadzanie ograniczeń może spowodować negatywną selekcję - uważa Wyżnikiewicz. By spółka skarbu państwa była konkurencyjna, musi być dobrze zarządzana, a menedżer dobrze wynagradzany, bez względu na to, czy kieruje prywatną, czy państwową firmą. - W USA pensje najlepszych sięgają 50-60 mln USD rocznie, w Polsce zaledwie milion i to najczęściej złotych - tłumaczy Wyżnikiewicz. Na przykład Alex Trotman, były prezes Forda, w 1998 r. zarobił ponad 69 mln USD.

Okładka tygodnika WPROST: 4/2000
Więcej możesz przeczytać w 4/2000 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0