Sushi w kinie

Sushi w kinie

Dodano: 
Jedzenie popcornu podczas seansu oddala nas skutecznie od traktowania kina jako świątyni sztuki, ale za to... poprawia samopoczucie i jednoczy ludzi - gdy sięgają zgodnie do jednego kubka z kukurydzą
Przed laty ze zdumieniem obserwowałem taką scenę w jednym z wielkich multipleksów na przedmieściach Chicago: było niedzielne popołudnie, widzowie całymi rodzinami tłumnie schodzili się do kina, kupowali bilety, wśród żartów wypytywali o repertuar; wszyscy byli uśmiechnięci i nastawieni na relaks. Po chwili coś się jednak stało - ci sami ludzie wracali do kasy z wykrzywionymi minami, w panice oddawali bilety, żądając zwrotu pieniędzy. Zastanawiałem się, co się stało - pali się, cuchnie, ktoś zapaskudził siedzenia, zmieniono repertuar? Nic z tych rzeczy! Wszystko było w porządku, jedynie w kinowym bufecie... zabrakło popcornu. A bez popcornu nie ma sensu iść do kina. W każdym razie z całą rodziną, w niedzielne popołudnie...
Wówczas wydawało mi się to amerykańską egzotyką, bo u nas bufetów w kinach albo w ogóle nie było, albo sprzedawano w nich batoniki i napoje w butelkach, a bileterki uprzedzały, że "konsumpcja na sali kinowej surowo wzbroniona". Siedzenia na widowni były twarde i skrzypiące, dodatki długie, ekrany małe i brudne (z pewnymi wyjątkami), a dyscyplina surowo przestrzega (pamiętam, jak wyprowadzono mnie z kina "WZ" w Warszawie, bo zbyt głośno śmiałem się na filmie "Hibernatus" z Louisem de Funesem).
Dziś polskie kina przeżywają okres reinkarnacji. Te stare zamknięto bądź wyremontowano. Ich miejsca na mapie naszych miast zaczęły zajmować kina nowej generacji - multipleksy. Kombinaty rozrywkowo-gastronomiczne z kilkoma lub kilkunastoma salami projekcyjnymi, oferujące repertuar, który jest przekrojem wszystkiego, co aktualnie dostępne u polskich dystrybutorów.
Tym, co różni multipleksy od dawnych kin, jest wielkość ekranów i... stosunek do jedzenia widzów podczas seansów. Tu się nas wręcz namawia, żebyśmy coś przeżuwali, szeleścili, siorbali i ssali. Pomagać w tym mają nie tylko długie lady barowe, za którymi czeka cała armia sprzedawców popcornu i coca-coli, przeszkolona niczym obsługa McDonaldów. Także uchwyty na kubki z napojami i drużyny sprzątaczy z uśmiechem przyglądające się, jak opuszczamy zaświnioną popcornem salę, by natychmiast przystąpić do jej pucowania.
Wbrew pozorom, to nie owo stadne przeżuwanie budzi moje wątpliwości, lecz właśnie tak reklamowana atrakcja nowych multipleksów, czyli wielkie ekrany. Są one często umieszczone w małych salach, co powoduje, że dobra jakość projekcji dostępna jest tylko dla widzów w środkowych i tylnych rzędach. Tu praktyczne ostrzeżenie dla wszystkich kinomanów - unikajcie jak ognia pierwszych pięciu rzędów w salach krótkich i szerokich! Wielki ekran jest wtedy tak blisko, że po pierwsze: trudno go ogarnąć spojrzeniem, po drugie: kontury postaci rozmazują się, po trzecie: odcinek szyjny kręgosłupa od razu nadaje się do masażu (w wypadku widzów młodszych) lub remontu (widzowie starsi). Szefowie multipleksów z takimi salami (wiedzą, o których piszę, na razie ich nie wymieniam z nazwy) powinni zaś rozważyć wprowadzenie niższych cen biletów na siedzenia w tych rzędach.
Jedzenie popcornu oddala nas skutecznie od traktowania kina jako świątyni sztuki, ale za to... poprawia samopoczucie i jednoczy ludzi - gdy sięgają zgodnie do jednego kubka z kukurydzą. Jest to co prawda szalenie plebejskie, ale i w tej dziedzinie pojawiła się ostatnio szansa wyboru. Powstał pierwszy multipleks z podziałem na klasy popularną i luksusową. "Silver Screen" zbudowano w Warszawie na miejscu dawnego kina Moskwa. Wszystko tam jest takie, jak u konkurencji, ale oferta zawiera też propozycje specjalne. Będę tam chodził na pewno, o takim kinie marzyłem od dawna. O kinie dającym szansę na pogłębienie przeżycia, jakim jest oglądanie filmu. I to we wszystkich aspektach: intelektualnym, estetycznym i gastronomicznym. Intelektualnym - bo w holu znajduje się księgarnia filmowa, proponująca wydawnictwa poświęcone kinu, a także filmy na kasetach wideo i ulubione ścieżki dźwiękowe na płytach CD. Taki sklep istnieje od lat w Londynie, w British Film Institute, i kupiłem tam - przy okazji oglądania różnych filmów - pewnie z połowę mojego księgozbioru. Gdyby ktoś chciał się czegoś dowiedzieć za pośrednictwem najnowocześniejszego środka przekazu i łączności międzyludzkiej, może tu skorzystać z kawiarenki internetowej. Na razie brzmi to jak kaprys inwestora, ale już wkrótce będzie zapewne absolutnie niezbędnym składnikiem naszej codzienności. No i wreszcie jedzenie. Zacząłem od niego tę opowieść i wracam doń z przyjemnością. Bo w "Silver Screen" zorganizowano ową pierwszą klasę, czyli trzy sale "Platinum", w których zaserwuje się nam potężną porcję kinowego high life. Co prawda bilety będą dwukrotnie droższe, ale za to przy wejściu powita nas concierge, oferujący fachową opiekę, ubrania zabierze do szatni, a kelnerzy nie tylko podadzą kartę dań i drinków, ale jeszcze zaproponują, że mogą je zaserwować na sali, gdzie usiądziemy w skórzanych fotelach ze stolikami i kubełkami pełnymi lodu, oczekującymi na szampana. A co w menu? Różne przysmaki, ale przebojem może się okazać japońskie sushi. W takim kinie na pewno nikomu nie przyjdzie do głowy, by powiedzieć, że przecież równie dobrze można wypożyczyć kasetę i obejrzeć ten film w domu...
Okładka tygodnika WPROST: 6/2000
Więcej możesz przeczytać w 6/2000 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0