Zmierzch bogów

Zmierzch bogów

Dodano: 
Natura zachowała proporcje. Po zwykłej wygranej przychodzi zwykła przegrana. Ale gigantyczny triumf sąsiaduje z wielką klęską, okraszoną niesławą i upokorzeniem
Dwie twarze - napięta i smutna Helmuta Kohla, który ma tak ściśnięte usta, że dolna warga jest wywinięta na zewnątrz. I spuchnięta twarz Diego Armando Maradony, który na domiar złego jest zaokrąglony jak beczułka i ma pomalowane na złoto włosy. Tak wyglądają upadli bogowie. Upadli bogowie wyglądają tak żałośnie, jak oszałamiające były ich sukcesy. Ale natura zachowała proporcje. Po zwykłej wygranej przychodzi zwykła przegrana. Ale gigantyczny triumf sąsiaduje z wielką klęską, okraszoną niesławą i upokorzeniem. Patrzę na Kohla i widzę zapędzonego do narożnika wielkiego starego bizona, a nie jednego z dwóch największych, obok Adenauera, niemieckich kanclerzy XX w. I pomyśleć, że jeszcze kilka tygodni temu zastanawiano się, czy określenie "Bismarck XX wieku" nie jest dla Kohla zbyt zdawkowym komplementem. Dziś "Der Spiegel" pisze bez znieczulenia "Kohl kaputt", a "Stern" nazywa byłego kanclerza "Kohleone", jakby był niemieckim "ojcem chrzestnym". A Maradona? Kto w 39-letnim degeneracie, co rusz ocierającym się o śmierć z przedawkowania narkotyków, dostrzeże Pibe de Oro, złotego chłopca? W 1986 r. złoty Maradona slalomem przez pół boiska ominął pięciu angielskich obrońców, a potem bramkarza, strzelając gola, jakiego świat ani wcześniej, ani potem nie widział. Dziś złote są tylko włosy. Chłopak z Fiorito, dzielnicy rozpadających się chatek pod Buenos Aires, wszedł na szczyt świata. Tak jak Kohl. A teraz obaj spadli ze szczytu, powodując spotęgowany przez wysokość wielki huk.
Tak, w upadku Kohla, ale i w upadku Maradony jest coś wagnerowskiego. Prawdziwy zmierzch bogów - "Die Gotterdammerung" z "Pierścienia Nibelunga". Zygfryd był odporny na ciosy, bo wykąpał się we krwi zabitego przez siebie smoka. Ale miał jeden słaby punkt, miejsce na plecach, gdzie przylepił mu się liść, który spadł z lipy. Kohl i Maradona byli podobni do Zygfryda. Ale czas pokazał, że obaj giganci mieli słaby punkt, gen klęski, uaktywniający się w momencie największego triumfu. Gdy ujawnił się u Kohla, dostrzeżono, że jego wielkości towarzyszyła małość, wielkoduszności - małostkowość, wielkim wizjom - nieumiejętność zauważenia szczegółów, wielkiemu ego - równie potężne kompleksy. Maradona z kolei, gdy skończył się jego slalom, okazał się szybko starzejącym się, ale wciąż infantylnym psychicznym słabeuszem. Gdy strzelał ręką Anglikom zwycięską bramkę, mówił, że to ręka boga. Teraz w boskim Diego nie ma już nic boskiego.
Jakże kontrastowała z twarzami Kohla i Maradony pełna wigoru i entuzjazmu twarz Billa Clintona, wygłaszającego orędzie o stanie państwa. Ale jeśli ktoś się przyglądał uważniej, może zauważył za tą powłoką jego smutek. Po orędziu kawalkada limuzyn odjechała do Białego Domu, w którym Clinton żyje już nie z rodziną, ale ze służbą. Żona mieszka w Chappaqua w stanie Nowy Jork. Córka - w Palo Alto w Kalifornii. Wiceprezydent Gore zaś wreszcie wyszedł z cienia i krąży po Ameryce, by zdobyć etat, gabinet i sypialnię Clintona. Prezydent ma szczęście, że został mu labrador Buddy, co potwierdza słowa Harry?ego Trumana, że jeśli ktoś chce mieć w Waszyngtonie przyjaciela, powinien sobie kupić psa. W czasie afery z Monicą Lewinsky Bill Clinton otarł się o nicość, w którą teraz wpadają Kohl i Maradona. Musiał jednak słyszeć szyderczy śmiech świata. Sam wpada teraz zresztą w inną nicość. On, "pierwszy w klasie", jak nazwał go autor biografii, człowiek, który zawsze chciał być zauważany, potrzebny i kochany, zaczyna być ludziom obojętny. I tylko niewiele ponad jedna trzecia Amerykanów żałuje, że wkrótce przestanie być prezydentem. Ale zanim limuzyna pojedzie z powrotem na Kapitol, gdzie zaprzysiężony będzie jego następca, prezydent będzie miał prawie rok samotności. "Kiedy słyszysz w słuchawce ten samotny głos twojego prezydenta, powiedział ostatnio jeden z jego przyjaciół, usiądź i włącz światło, bo trochę to potrwa". Samotność na szczycie świata. Clinton nie zamieniłby się z Kohlem. Ale też jeszcze kilka tygodni temu Kohl nie zamieniłby się z Clintonem.
Nie mamy w Polsce, szczególnie w naszej polityce, ani oszałamiających wzlotów, ani zatrważających upadków. Zamiast afer mamy aferki, zamiast skandali - skandaliki, zamiast wielkich kłamstw - kłamstewka. Nie ma też idei, która ogarniałaby zmysły i porażała wyobraźnię, porywała i inspirowała. Żadnej monumentalnej wizji ani nawet monumentalnej gafy. Jest tylko Kohlowskie Aussitzen, odsiadywanie problemu. Kohl w czasie wielkiej zawieruchy zwykł mawiać: "Niech tańczą na stole, aż się zmęczą". I jego przeciwnicy tańczyli do upadłego, aż dawali mu spokój. Tak będzie zresztą i tym razem. U Kohla jednak, zresztą podobnie jak u Clintona, Aussitzen było sposobem na kryzys, po którym ruszało się do następnej szarży. U nas, niestety, Aussitzen służy przeczekaniu kryzysu, po którym dalej się trwa. W bezruchu.
Wielkość się obroni. Nie znosząca przeciętności historia daruje Kohlowi słabość do tajnych kont, a Clintonowi do cygar, jak darowała Churchillowi nadmiar whisky, Kennedy?emu nadmiar kobiet, a Reaganowi nadmiar kartek 6 na 9 służących mu za ściągawki. Daruje, bo tym, co odróżnia gigantów od reszty ludzkości, nie są ich banalne słabości, lecz nadzwyczajne talenty. Jeśli kuracja Maradony się powiedzie, miliony znowu będą go szanować, ale nawet jeśli się nie powiedzie, miliony będą go kochać. Nikt nie będzie chciał pamiętać napuchniętej kukły ze złotymi włosami. Wszyscy zapamiętają cudownego chłopaka, rzucającego na kolana angielskich obrońców i cały świat. Doradca Clintona, George Stephanopoulos, swoją książkę o byłym szefie zakończył zdaniem: "Zastanawiam się, co by było, gdyby tylko ten dobry prezydent był lepszym człowiekiem?". Stephanopoulos zatytułował swoją książkę "Zbyt ludzkie". Zbyt ludzkie? Po prostu ludzkie.
Okładka tygodnika WPROST: 6/2000
Więcej możesz przeczytać w 6/2000 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0