Ameryka pod prisznicem

Ameryka pod prisznicem

Dodano: 
Rozmowa z KEVINEM SPACEYEM odtwórcą głównej roli w filmie "American Beauty"
Kinga Dębska: - Do niedawna był pan czołowym czarnym charakterem Hollywood. Za kreację w "Podejrzanych" otrzymał pan Oscara, rolę w "Tajemnicach Los Angeles" również doceniono. Tymczasem w filmie psychologicznym "American Beauty" gra pan postać pozytywną.
Kevin Spacey: - Jako aktora zaczęto mnie rozpoznawać w 1995 r. dzięki trzem rolom; wszystkie były mroczne. Reżyserzy mówili: "Podobałeś się nam jako czarny charakter, chcielibyśmy więc, byś zagrał złego także w naszym filmie". Niestety, najczęściej nie były to dobre produkcje, a ja nie chciałem być wyłącznie czarnym charakterem przez kolejnych piętnaście lat, choć pewnie mógłbym to robić z jakimiś sukcesami i zbić na tym fortunę. Zorientowałem się, że wpływowi ludzie z przemysłu filmowego i dziennikarze zazwyczaj lubią kogoś takim, jakim go odkryli, i upływa dużo czasu zanim go na nowo zaklasyfikują. Od 1996 r., kiedy zagrałem w "Negocjatorze", staram się odtwarzać postacie, które nie są czarno-białe, są bliższe moim doświadczeniom i rolom, w jakie od siedemnastu lat wcielam się w teatrze. Tymczasem moją teatralną przeszłość zupełnie wymazały zaledwie trzy filmy.
- Czy jest taka rola, którą bardzo chciał pan zagrać, ale nigdy jej panu nie zaproponowano?
- Było wiele ról teatralnych, za które oddałbym życie. Ale nigdy nie chodziłem na castingi i być może dlatego wiele przegapiłem.
- Pańskie życie osobiste stało się przedmiotem spekulacji. To, że odmawia pan mówienia na ten temat, również obrosło czarną legendą.
- Zaczęło się od tego, że nie odpowiedziałem na pytanie dziennikarza: "Jesteś homoseksualistą, czy nie?". Uważałem, że ono mnie obraża, że nie powinno się o to pytać aktora. Teraz, gdy wiem, że ten dziennikarz wyskrobał dziewięciostronicowy artykuł na temat tego, dlaczego nie odpowiedziałem, oczywiście udzieliłbym mu odpowiedzi. Ten tekst to niezła porcja fikcji.
- Ale dziennikarza nie pozwał pan do sądu?
- Nie, ponieważ prawo w Stanach Zjednoczonych na to nie pozwala. Musiałbym udowodnić, że on chciał być wobec mnie złośliwy. Zdecydowałem więc, że nie odpowiem na to pytanie, bo można by wówczas odnieść wrażenie, że się bronię. Uważam, że gdy ocenia się pracę artystyczną, orientacja seksualna nie powinna mieć znaczenia.
- Dzięki postaci wykreowanej przez pana w "American Beauty" dostał pan wiele interesujących propozycji ekranowych. Czym się pan kieruje, wybierając kolejne role?
- Staram się koncentrować na tym, co mówi film. Wykorzystuję własny trzystopniowy test. Po pierwsze, przed czytaniem scenariusza nie chcę wiedzieć, którą rolę mam zagrać, choć w wypadku "American Beauty" było to oczywiste. Muszę się jedynie przekonać, że historię, którą poznaję, należy przedstawić. Po drugie, zastanawiam się, czy jestem właściwym aktorem do proponowanej mi roli. Niekiedy czuję, że mam przed sobą wspaniały scenariusz, ale nie nadaję się do roli. Po trzecie, spotykam się z reżyserem. Zawsze mam nadzieję, że scenariusz zinterpretował tak, jak ja. Kiedy zapoznałem się ze scenariuszem "American Beauty", wiedziałem, że jest on jednym z najlepszych, jakie kiedykolwiek czytałem, że w pewnym sensie wyprzedza swój czas. Wiedziałem, że rola Lestera jest dla mnie idealna, a ja dla niej.
- Nie raziła pana scena pod prysznicem, która otwiera film?
- Sądzę, że masturbacja jest czymś zupełnie zdrowym i nie martwiło mnie to, że muszę taką scenę zagrać. Gdy uczestniczyliśmy w próbnych pokazach, nie mogliśmy zrozumieć, dlaczego publiczność trzyma stronę Lestera już na początku filmu. Sądzę, że jest coś potencjalnie poniżającego w masturbacji na ekranie i dlatego widzowie się ze mną solidaryzowali.
- Nie tylko publiczność. Steven Spielberg tak zachwycił się scenariuszem, że po przeczytaniu go w sobotę już w poniedziałek zdecydował, że jego wytwórnia Dream Works podejmie się realizacji.
- To zrozumiałe. Spielberg jest zawodowcem. Film przedstawia jasną diagnozę, a emocje mają rozległą skalę. Po scenach śmiechu następują momenty tragiczne. Mieliśmy z tym nawet pewne problemy. Anette Bening, moja partnerka, śmiała się tak bardzo, że nie mogliśmy kręcić. Wybuchała śmiechem, gdy robiłem cokolwiek, a zwłaszcza w scenie masturbacji. Ujęcie, kiedy masturbuję się w łóżku, musieliśmy powtarzać co najmniej piętnaście razy, nim przestała chichotać. Podobno wydawałem dźwięk, jaki powstaje przy wyrąbywaniu lasu.
- Dlaczego sądzi pan, że scenariusz "American Beauty" wyprzedza swój czas?
- Sam Mendes zrobił film, na jaki publiczność czekała - poruszył czułe struny w amerykańskiej widowni. Od razu było to widać po premierze. Tematem "American Beauty" jest przecież zakłamanie. Film pokazuje, że nasze relacje z innymi są podporządkowane temu, co oni o nas sądzą. Także to, jak łatwo się pomylić, patrząc na ludzi tylko z jednego punktu widzenia, i że takie pomyłki mogą doprowadzić do tragedii. Analizuje uprzedzenia, które zawładnęły współczesnymi Amerykanami. Nie jestem pewien, czy jako społeczeństwo jesteśmy gotowi na taki zimny prysznic.

Rozmawiała Kinga Dębska Londyn
Okładka tygodnika WPROST: 6/2000
Więcej możesz przeczytać w 6/2000 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0