SZABAT czyli SOBOTA

SZABAT czyli SOBOTA

Dodano:   /  Zmieniono: 
W Izraelu nasilił się w ostatnich miesiącach konflikt między ortodoksyjnymi Żydami a świecką większością społeczeństwa
Tym razem rozbieżności dotyczą różnicy w pojmowaniu roli sądownictwa, a zwłaszcza Sądu Najwyższego. "Opanowane przez lewicowych ateistów sądy dyskryminują nas, wydając orzeczenia o charakterze skrajnie antyreligijnym" - twierdzą oburzeni ultraortodoksi. Z kolei świeccy Izraelczycy dopatrują się w ostatnich atakach na Sąd Najwyższy wręcz próby zamachu na demokrację.
Ultraortodoksi mają za złe Sądowi Najwyższemu, że w grudniu 1998 r. zalecił Knesetowi opracowanie w ciągu dwunastu miesięcy specjalnej ustawy o poborze jeszibotników (studentów szkół rabinackich) do zasadniczej służby wojskowej. Sąd Najwyższy zgodził się też na udział liberalnych (reformowanych) rabinów w zdominowanych przez ortodoksów lokalnych radach religijnych przyznających fundusze synagogom. Jerozolimski Trybunał ds. Konfliktów Pracy wyraził natomiast zgodę na otwarcie sklepów i centrów handlowych w kibucach podczas szabatu. Sytuacja zaogniła się do tego stopnia, że kilku ortodoksyjnych rabinów zaatakowało przewodniczącego Sądu Najwyższego Aharona Baraka, określając go jako "żydożercę i antysemitę". "Nie ulega wątpliwości, że fundamentaliści żydowscy chcą w ten sposób zastraszyć Sąd Najwyższy, który w najbliższych tygodniach ma ferować wyroki w procesach kilku poważnych osobistości religijnych" - pisał komentator najpopularniejszej gazety izraelskiej "Jedijot Achronot".
Oburzenie ultraortodoksów wzbudziła niedawna wypowiedź sędziego Baraka, że "sądy mogą rozpatrywać skargi w każdej sprawie". - Sądy świeckie nie powinny w ogóle się wypowiadać w sprawach rozstrzyganych nakazami Tory. Dusimy się w atmosferze nienawiści podsycanej raz po raz przez Sąd Najwyższy, naruszający obowiązujące od 50 lat status quo między religijnymi i ateistami w Izraelu - powtarzał z gniewem sędziwy rabin Menachem Porusz.
To on właśnie zorganizował 14 lutego przy wjeździe do Jerozolimy gigantyczną manifestację pod hasłem "Osądzić Sąd Najwyższy". Zgodnie z zamierzeniem była to spektakularna demonstracja siły i "ostatnie ostrzeżenie przed ogłoszeniem nieposłuszeństwa obywatelskiego". - Przestaniemy płacić podatki i ogłosimy bojkot świeckich sądów, choćby potem nas wszystkich mieli wtrącić za kraty! Zobaczymy, jak się do tego zabiorą - powtarzali w czasie demonstracji rozgorączkowani młodzi chasydzi w czarnych kapeluszach i staromodnych okularach.
Wbrew początkowym obawom, manifestacja, którą określano jako "wiec modlitewny", przebiegała bez zakłóceń. Znaczne siły policji i żandarmerii zmobilizowane na wypadek zamieszek nie miały nic do roboty. Nie wygłaszano przemówień, a ponad 250 tys. chasydów jedynie modliło się żarliwie i tańczyło w kręgach; na zakończenie zadęto w rogi, a chasydzi spokojnie rozeszli się do domów, wykazując raz jeszcze, że są doskonale zorganizowaną i zdyscyplinowaną społecznością, mogącą wiele zdziałać we własnym interesie.
Półtora kilometra dalej odbył się mityng z udziałem 50 tys. świeckich Izraelczyków. Policja i żandarmeria utworzyły specjalny kordon, oddzielając obie grupy. W pobliżu znajduje się gmach Sądu Najwyższego, na którego dachu rozstawiono... snajperów w kamizelkach kuloodpornych. Znudzeni snajperzy zajęci byli głównie obserwowaniem nowojorskiego chasyda, który wdrapał się na rozłożyste drzewo i - trzęsąc konarami - śpiewał "Am Israel Chaj" ("Naród Izraela żyje").


Konflikt między ultraortodoksami a świeckimi Izraelczykami przekształca się w "wojnę kulturową"

Świeccy demonstranci ubrani w koszulki z błękitnymi napisami "Dzień dobry, Teheran" nieśli transparenty z wielkimi zdjęciami Chomeiniego i jednego z najbardziej znanych rabinów izraelskich z napisem "Znajdź różnice". Nad ich głowami unosił się wielki kolorowy balon z napisem "Skończyć z rozbestwieniem ultraortodoksów". Występujący na wiecu mówcy, m.in. były szef dyplomacji Dawid Lewi, podkreślali, że konflikt przekształcił się już faktycznie w "wojnę kulturową".
Tego samego dnia najwięksi pisarze izraelscy - Amos Oz i A.B. Jehoszua - ogłosili w prasie apel, by w proteście przeciw dyktatowi religijnemu ortodoksyjnych Żydów wstępować masowo do liberalnych kongregacji - reformowanych i konserwatywnych - które nie są uznawane przez zwalczających je zajadle fundamentalistów.
Reformowani i konserwatywni rabini - reprezentujący liberalne nurty judaizmu - znacznie łagodniej traktują sprawy wiary niż ultraortodoksi. Łatwiej jest u nich zawrzeć małżeństwo, gdy na przykład jedno z małżonków nie jest żydem, przejść na judaizm, zgadzają się, by mężczyźni i kobiety modlili się razem w synagogach, a nawet (!), by kobiety pełniły funkcje rabinackie. Do tej pory postępowe nurty judaizmu, niezwykle popularne na przykład w USA i Europie Zachodniej, nie zdobyły poważniejszego oparcia w Izraelu, gdzie życie religijne zdominowane jest przez ultraortodoksów. - Po apelu pisarzy zaczęliśmy odbierać codziennie tysiące telefonów i faksów ze zgłoszeniami do naszej kongregacji. Jak tak dalej pójdzie, nadrobimy czterdziestoletnie zaległości - powiedział mi uszczęśliwiony Menachem Lejbowicz, przewodniczący ruchu reformowanych w Izraelu. Według niego, ultraortodoksi swoimi protestami sprawili, że Izraelczycy zrozumieli wreszcie konieczność pogodzenia spraw religii z demokracją.
Od powstania Izraela w 1948 r. partie ultraortodoksów odgrywają w Knesecie rolę języczka u wagi - wykorzystując rywalizację między głównymi formacjami politycznymi: lewicową Partią Pracy i prawicowym Likudem. W ten sposób udało się im pozbawić świecką większość społeczeństwa komunikacji publicznej w soboty i święta, chleba (i piwa) w czasie tygodniowych świąt Paschy; studenci jeszib utrzymywani są przez państwo, ale nie służą w wojsku; wielodzietne rodziny chasydzkie, w których ojciec zajmuje się wyłącznie studiowaniem Tory, też utrzymywane są z kieszeni - głównie świeckich - podatników.
W sześciomilionowym Izraelu (wliczając w to milion Arabów) jest ok. 600 tys. ultraortodoksów. Tysiące jeszibotników, aby się zwolnić z wojska, muszą wykazać, że studiują w szkołach rabinackich i nie pracują zarobkowo. Oznacza to, że są skazani na korzystanie z zasiłków socjalnych wypłacanych przez państwo lub pracują nielegalnie. Według statystyk, 70 proc. chasydów żyje poniżej minimum socjalnego. Jednocześnie z danych izraelskiego Instytutu do Spraw Demokracji wynika, że dwie trzecie ultraortodoksów chce przekształcenia Izraela w państwo wyznaniowe.
Ultraortodoksi przeżywają głęboki kryzys wynikający ze zmasowanego napływu imigrantów (często o niepewnych - z religijnego punktu widzenia - korzeniach żydowskich) z byłego ZSRR. Drugim powodem jest gwałtowny wzrost liczebności i znaczenia politycznego ultraortodoksów, co sprawia, że nie mogą już się zmieścić w dawnych "skansenach". Ich osiedla - na przykład dzielnica Mea Szaarim w Jerozolimie czy miejscowość Bnej Barak pod Tel Awiwem - są siedliskami nędzy i pękają w szwach. W dodatku system uchylania się od służby wojskowej i przymusowe nieróbstwo sprawiają, że w dzielnicach tych powstaje mieszanka agresji i przemocy, które mogą się w każdej chwili wymknąć spod kontroli.
Kryzys wśród ultraortodoksów spowodowany jest także tym, że w ostatnich dziesięciu latach gospodarka gwałtownie się prywatyzowała, a liberalizm ekonomiczny, otwartość na świat i zaostrzona konkurencja podważają fundamentalizm religijny. Nie przypadkiem przywódcy ultraortodoksów odrzucili niedawno propozycję rządu, by unieważniać zakazy pracy jeszibotnikom zwolnionym ze służby wojskowej. Aktywny udział w rynku pracy poprawiłby sytuację ekonomiczną chasydów, ale równocześnie wystawiłby młodych ultraortodoksów na pokusy życia świeckiego.
Sytuacja jest tym bardziej napięta, że Izrael znajduje się w okresie kampanii wyborczej, a obu głównym ugrupowaniom zależy na głosach ortodoksów. Dlatego lider Partii Pracy Ehud Barak, choć wiele mówi o wcielaniu chasydów do wojska, uchylił się od udziału w ostatniej antyreligijnej demonstracji, zaś Benjamin Netaniahu wciąż powtarza, że "w odróżnieniu od innych narodów, dusza żydowska to połączenie religii i poczucia przynależności narodowej". - W Izraelu całkowite oddzielenie religii od państwa jest niemożliwe - deklaruje Netaniahu, któremu ideologia religijna potrzebna jest, by nie dopuścić do zbytnich ustępstw na rzecz Palestyńczyków.
Prof. Mordechaj Kramitzer z Wydziału Prawa Uniwersytetu Hebrajskiego w Jerozolimie uważa, że "samobójstwem narodowym jest finansowanie przez państwo szkolnictwa kształcącego chasydów, którzy z kolei ignorują istnienie państwa Izrael". Według niego, jedynym rozwiązaniem byłoby - po wyborach 17 maja - utworzenie przez Likud i Partię Pracy rządu jedności narodowej, który w czasie jednej lub dwóch kadencji rozwiązałby wreszcie problem ultraortodoksów zgodnie z wymogami III tysiąclecia.
Zdaniem socjologów, społeczeństwo izraelskie zdaje sobie sprawę z głębokich konfliktów wewnętrznych, ale za wszelką cenę chce uniknąć drastycznych rozwiązań. Większość świeckich Izraelczyków uważa, że czas zrobi swoje... Możliwe też, że jeśli w Izraelu nastąpi zwrot w kierunku popularnego w zachodnim świecie "kapitalizmu z ludzką twarzą", podstawą porozumienia z chasydami będzie mogła się stać działalność opiekuńcza państwa.
Więcej możesz przeczytać w 9/1999 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

Autor: