Obywatel Żyd

Dodano:   /  Zmieniono: 
Rok temu, w trzydziestą rocznicę Marca '68, Sejm wyraził wolę naprawienia wyrządzonych wówczas krzywd, zaś prezydent RP zapowiedział ułatwienia w przywracaniu obywatelstwa tym osobom, które je utraciły w następstwie przymusowej emigracji.
Marcowi uchodźcy odnieśli się do tych deklaracji z dużą ostrożnością. Poniekąd mieli rację.
Pokrętny system prawny PRL sprawił, że tylko osoby osiedlające się w Izraelu traciły obywatelstwo. Dotyczyło to ok. 4 tys. osób z dwudziestotysięcznej emigracji. Pozostali nigdy nie przestali być obywatelami Polski. W lutym 1990 r. MSZ przypomniało o tym urzędom konsularnym, obligując je do potwierdzania obywatelstwa polskiego i wydawania paszportów wszystkim emigrantom marcowym, którzy się o to zwrócą. W Danii i Szwecji, gdzie osiadło mniej więcej po 3 tys. wygnańców, z możliwości tej korzystało kilka osób rocznie, a ubiegłoroczne deklaracje władz RP nie spowodowały "szturmu" na polskie placówki dyplomatyczne. W 1998 r. konsulat w Sztokholmie wystawił 14 dokumentów, konsulat w Kopenhadze - 24. - Znacznie mniej, niż się spodziewaliśmy - ocenia Danuta Bolimowska, konsul RP w stolicy Danii. Andrzej Jasionowski, konsul w Sztokholmie, zwraca uwagę, że tym, którzy mają już inne obywatelstwo, polski paszport potrzebny jest tylko w jednym wypadku: jeśli chcą kupić w Polsce nieruchomość, na którą musieliby dostać zezwolenie MSWiA.
Większy ruch w interesie zanotowała Kancelaria Prezydenta RP, która jeszcze w 1997 r. odpowiadała zainteresowanym na standardowym druczku, że w myśl ustawy o obywatelstwie "podstawowym wymogiem możliwości nadania obywatelstwa jest okres pięcioletniego zamieszkiwania w Polsce na podstawie karty stałego pobytu". Po swojej ubiegłorocznej deklaracji prezydent Kwaśniewski w ciągu roku (do lutego 1999 r.) nadał obywatelstwo w przyspieszonym trybie 137 osobom, głównie z Izraela. Nie zmieniły się przepisy, zmieniło się podejście.
Odzyskanie obywatelstwa jest sprawą honorową, która niewiele kosztuje. Zdaniem konsula Jasionowskiego, środowiska pomarcowe w większym stopniu zainteresowane są bardziej wymiernymi rekompensatami. Ludzie ci zostawiali w Polsce dorobek życia: mieszkania, konta bankowe, księgozbiory, pamiątki rodzinne, wcześniej tracili pracę, zarobki i świadczenia, często byli więzieni. Przy braku specjalnych uregulowań prawnych, pozwalających na zbiorowe zadośćuczynienie, wszelkie roszczenia rewindykacyjne muszą mieć charakter indywidualny i przejść żmudną drogę administracyjną lub sądową. Sztokholmski adwokat Andreas Bigosiński, który prowadzi około setki takich spraw, mówi, że samo przygotowanie do wejścia na tę drogę nastręcza wielkich trudności. - Nie można zakładać ex officio, że jeżeli ktoś opuścił Polskę po Marcu ?68, znaczy to, że był prześladowany, więc należy mu się rekompensata za poniesione szkody. Trzeba je skonkretyzować i udokumentować: że ktoś w wyniku prześladowań stracił mieszkanie albo posadę - tłumaczy Bigosiński. Ale marcowym emigrantom nie pozwolono też wywozić ważnych dokumentów: praw własności, dyplomów zawodowych, świadectw pracy. Są one często nie do odtworzenia.
Zofia Meszel, prowadząca w Warszawie kancelarię doradztwa emerytalno-rentowego, pomaga wielu marcowym emigrantom uzyskać lub odzyskać należne świadczenia. Przypomina to wbijanie gwoździa w beton. ZUS oraz sądy pracy przewlekają sprawy latami, wydają sprzeczne decyzje i orzeczenia, żądają podania numeru PESEL, który przecież 30 lat temu nie istniał. Jeżeli już przyznają świadczenie, to "z braku dokumentów płacowych" ustalają je w najniższej wysokości (równowartość 100 dolarów), co przyjmowane jest jako niegodna jałmużna. Zdarza się nawet rewidowanie historii: na przykład ZUS orzekł, że pobyt w sowieckim łagrze w latach 1940-1946 nie był "pracą przymusową". - Po ubiegłorocznych deklaracjach nic się właściwie nie zmieniło, a grudniowa ustawa o emeryturach i rentach z FUS wprowadziła dodatkowe komplikacje. A przecież są to już bardzo starzy ludzie; mam nawet klientkę urodzoną w 1901 r. - mówi Zofia Meszel.


Akt abolicyjny, w którym marcowe wyroki uznano by za bezprawne, stanowiłby dowód,
że III RP odcina się od tamtych praktyk


Nie jest też łatwo odzyskać godność sponiewieraną przez "socjalistyczny wymiar sprawiedliwości". Według poufnej informacji Prokuratury Generalnej z października 1968 r., "w związku z ekscesa- mi marcowymi" zatrzymano 2732 osoby, z czego 697 ukarano kolegiami, a 600 postawiono przed sądem. 342 osoby aresztowano. Wykaz nie obejmuje "syjonistów" sądzonych w osobnych, fingowanych procesach politycznych już od 1967 r. pod zarzutem szpiegostwa, zdrady ojczyzny, współpracy z wrogimi ośrodkami itp. W procesach tych zapadały najcięższe wyroki.
Zdaniem wielu ówczesnych skazańców, wydanie aktu abolicyjnego, w którym uznano by marcowe wyroki za bezprawne i niebyłe, stanowiłoby najbardziej przekonujący dowód, że III RP jako państwo prawa odcina się od tamtych praktyk. Z powodu braku takiego aktu każdy musi szukać sprawiedliwości na własną rękę. Leona Nikulina, w latach 40. więźnia sowieckiego łagru, któremu udało się wrócić do Polski dopiero po Październiku ?56, skazano w 1968 r. na trzy i pół roku więzienia za "rozpowszechnianie fałszywych informacji mogących wyrządzić szkodę interesom PRL". Dowodami jego zbrodni były przechwycone przez cenzurę listy do brata w Izraelu, w których pisał, że mordu w Katyniu dokonali Sowieci, a w gomułkowskiej Polsce idee marksizmu-leninizmu ludzi nie interesują, bo muszą godzinami stać w kolejkach, by kupić kawałek mięsa. Funkcjonariusz SB uznał w ekspertyzie, że autor jest "zdecydowanym wrogiem ZSRR, socjalizmu i zdeklarowanym syjonistą", a konstatację tę powtórzył prokurator w akcie oskarżenia i sędzia w uzasadnieniu wyroku. Gdy Nikulin wyszedł z więzienia, był ruiną człowieka. W Danii, dokąd wkrótce wyjechał, uznano go za inwalidę I grupy. W 1991 r. Sąd Najwyższy anulował ten wyrok, ale Nikulinowi nie wypłacono odszkodowania. Nie zwrócono mu nawet zabranych w czasie śledztwa dokumentów, notatek, książek i zabytkowej maszyny do pisania, która - jako narzędzie przestępstwa - uległa przepadkowi na rzecz skarbu państwa. W 1996 r. SLD-owski minister sprawiedliwości Leszek Kubicki odpisał mu, że jego roszczenia o zadośćuczynienie za niesłuszne skazanie "wygasły bezpowrotnie".
Żadna z osób odpowiedzialnych za marcowe krzywdy i bezprawie - funkcjonariuszy SB, prokuratorów, sędziów, aparatczyków i propagandzistów partyjnych - nie doświadczyła żadnych sankcji. Wielu do dziś kontentuje się uzyskanymi wówczas beneficjami: tytułami naukowymi, gwiazdkami na pagonach, emeryturami przydzielanymi zasłużonym dla PRL. Sędziowie wydający haniebne wyroki w procesach marcowych nadal wymierzają sprawiedliwość w imieniu Rzeczypospolitej. To bardzo boli ówczesnych wypędzonych. - Nie chodzi nam o zemstę. Chodzi o odpowiedzialność, która różni ludzi od zwierząt - mówi światowej sławy pisarz Henryk Grynberg.
Więcej możesz przeczytać w 10/1999 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.