Kochajcie krytyków

Kochajcie krytyków

Zgromadzeni w Dorothy Chandler Pavilion bili brawo krytykowi! Uznano go więc nie za wroga filmowców, lecz za część świata kinowej magii, która bez niego straciłaby na sile!

Jeszcze raz okazało się, że oglądanie w telewizji tzw. skrótu ceremonii wręczania Oscarów jest bez sensu. Pod nóż idą zwykle najciekawsze sytuacje i wszystkie nadające się do skomentowania smaczki. Pozostaje kilka momentów wręczania statuetek w najważniejszych kategoriach oraz występy piosenkarskie i taneczne. Po prostu rewia.

Ale ja - na szczęście - oglądałem pełną transmisję ceremonii, trwającą prawie całą noc z niedzieli na poniedziałek, i widziałem wszystko. O dziwo tym, co najbardziej mnie zaskoczyło, nie był taniec na oparciach foteli rozradowanego z przyznania mu Oscara Roberto Benigniego, lecz nieoczekiwane wystąpienie prowadzącej imprezę Whoopi Goldberg.
Czarnoskóra aktorka zaproponowała w tym roku całą gamę strojów: od rewiowych po historyczne. W pewnym momencie pojawiła się nawet jako... Szekspir. Ale dowodem mistrzostwa charakteryzatorów było przede wszystkim jej pierwsze wejście: jako królowej Elżbiety I. Było to trochę zabawne, a trochę pouczające. Przypomniano nam bowiem, że współczesne kino może przedstawić właściwie każdą sytuację, a wygląd aktorów zmieniać bez żadnych ograniczeń.
Nie pamiętam jednak, w jakim była stroju Whoopi Goldberg, gdy nagle zaproponowała ludziom amerykańskiego kina zgromadzonym w Dorothy Chandler Pavilion, aby oddali hołd zmarłemu niedawno krytykowi filmowemu Gene?owi Siskelowi. Czasem nas karcił, a czasem głaskał atłasową rękawiczką, ale jego opinie były dla nas bardzo ważne - powiedziała Whoopi, a zgromadzeni bili brawo. Krytykowi! Uznano go więc nie za wroga filmowców, lecz za część świata kinowej magii, która bez niego straciłaby na sile!
W Stanach Zjednoczonych krytycy filmowi cieszą się autorytetem. Ich opinie uważane są za fachowe i miarodajne. Pewnie, że nie dotyczy to każdego piszącego, ale ci, którzy przez lata wyrobili sobie nazwiska, stają się prawdziwymi instytucjami. Tak było z Gene?em Siskelem, który przez kilka dekad zamieszczał swoje recenzje filmowe na łamach dziennika "Chicago Tribune". Prawdziwą, ogólnoamerykańską sławę przyniosła mu jednak telewizja, w której stworzył duet z innym krytykiem, Rogerem Ebertem. Zażarte dyskusje Siskela i Eberta stały się telewizyjnym przebojem. Oglądało się je z zainteresowaniem, a na dodatek argumenty, które w nich padały, pozwalały widzowi wyrobić sobie pogłębioną opinię o omawianych filmach. W latach 80. rozmowy dwóch kochających kino dziennikarzy uważane były za najbardziej opiniotwórcze amerykańskie programy telewizyjne o kinie.
Ludzie przemysłu filmowego boją się krytyków. Szczególnie w Ameryce, gdzie zła recenzja może kosztować producenta filmu wiele milionów dolarów. Zdobyto się jednak na oddanie honorów zmarłemu Gene?owi Siskelowi. Może właśnie dlatego, że zmarły nie może już zaszkodzić?
Pomyślałem sobie, że jeżeli z takim upodobaniem naśladujemy amerykańskie zwyczaje, święta, uroczystości, a Oscar urósł w naszych mediach niemal do rozmiarów Nagrody Nobla, może i ten drobniutki fragment hollywoodzkiej feerii mógłby nam dać do myślenia. Po pierwsze: czy szanujemy swoich krytyków? Po drugie: czy w ogóle ich jeszcze mamy? Po trzecie: czy warto ich mieć? Nie myślę tu oczywiście o zwykłych dziennikarzach, którzy pospiesznie przystosowali się do polecenia szefa: będziesz pisał o kinie! Chodzi mi o ludzi, którzy są lub mają szansę stać się autorytetami. Nie dlatego, że są na każde zawołanie redaktora naczelnego czy dystrybutora, ale ze względu na ich erudycję w tej dziedzinie (nie mylić z liczbą obejrzanych filmów - to naprawdę nie to samo).
Coraz częściej słyszę rozmowy zdezorientowanych kinomanów, którzy nie bardzo wiedzą, na co iść do kina. Reklamy i omówienia promocyjne biorą za recenzje, a potem przykro im, że zmarnowali tyle drogocennego czasu. Jakąś namiastką, substytutem fachowej recenzji stały się więc festiwalowe nagrody, a najlepiej właśnie Oscary. Skoro dostał Oscara, to musi to być dobry film - przekonują sami siebie, a przecież nie zawsze jest to prawda. Oscary to przede wszystkim trofea marketingowej gry wielkich producentów, wyniki głosowania członków Amerykańskiej Akademii Filmowej mają więc prawo być zaskakujące (vide: "Zakochany Szekspir").
Kino potrzebuje dobrych krytyków. Whoopi Goldberg miała rację, że złożyła hołd Gene?owi Siskelowi. Krytycy budują prestiż tego środowiska i - jeśli są bezstronni - pomagają przejść udanym filmom do historii. Powinniśmy o tym pamiętać i kochać krytyków. Kreować wybijające się osobowości na autorytety, a potem ich słuchać. Brać pod uwagę ich oceny. Higiena sztuki potrzebuje ich erudycji i umiejętności nazywania artystycznych faktów. Tym bardziej że ostatnio tak mało jest tych, którzy potrafią nazywać otaczające nas zjawiska po imieniu. Może dlatego jesteśmy wobec nich tacy nieufni?

Okładka tygodnika WPROST: 14/1999
Więcej możesz przeczytać w 14/1999 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0