Ludzie-nic

Ludzie-nic

Dodano:   /  Zmieniono: 
Wobec diabelskiej misji, jaką wziął na siebie serbski dyktator, wszystko inne jest nieważne. Ani Albańczycy, ani też Serbowie
"Nie można pozostawiać w rękach kata losu jego własnych ofiar" Felipe Gonzalez

W pierwotnym planie to właśnie w tym tygodniu mieliśmy się stać członkami NATO. Gdyby nie marcowe przyspieszenie, nie stalibyśmy się nimi być może nigdy. Pięćdziesięciolecie Paktu Północnoatlantyckiego odbywałoby się w wersji protokolarnie i merytorycznie skróconej i nikt nie zająknąłby się na temat Polski, Czech i Węgier. Zeszlibyśmy "z agendy" nieomal niepostrzeżenie, odsunięci na później, gdy zakończy się bałkańska operacja NATO. A kiedy się zakończy? Otóż tego właśnie nie wie nikt. Felipe Gonzalez ma rację, wskazując na osobistą odpowiedzialność Milos?evicia i bezpardonowo go nazywając. Wie też, co mówi, gdy przypomina, że Slobo wykonuje klasyczny marsz od komunizmu do nacjonalizmu, bo tylko w ten sposób może znaleźć chętnych do wejścia na barykady, chroniące jego samego przed utratą władzy. Wszyscy, którzy mają skłonność do wyrozumiałości dla nacjonalizmu lub choćby nie czują diabelskiego zapachu siarki, jaki potrafi się wydobywać z głów i serc piewców idei narodowej, powinni uzmysłowić sobie tę historyczną prawidłowość. Poczucie narodowe - tak szlachetne i piękne w postaci podstawowej - dramatycznie łatwo może zostać ukierunkowane na poczucie wyższości własnego narodu nad drugim, kosztem tego drugiego. I ostatecznie także kosztem swego własnego narodu. Plonem ostatnich trzech tygodni - poza exodusem setek tysięcy tych, którzy nie stracili jeszcze tylko życia - jest śmierć co najmniej 3200 Albańczyków i zniszczenie co najmniej 200 osiedli albańskich. Ani ci ludzie, ani ich miejsca na ziemi nie są ofiarami nalotów NATO. To dzieło człowieka, który przyjmowany był na światowych salonach jako pełnoprawny uczestnik dyplomatycznej celebry (naiwne wydawało się niektórym oburzenie Tadeusza Mazowieckiego, gdy jeszcze w czasach swej misji ONZ-owskiej wrócił zdegustowany czerwonymi chodnikami, po których Milos?ević kroczył w genewskim Pałacu Narodów). To dzieło "weekendowych wojowników", werbowanych wśród Serbów, ale podobno także - według niektórych źródeł - spośród ochotników z Rosji, Rumunii i Bułgarii. Nowe szwadrony śmierci zamieniają w piątek wieczór cywilne ubrania na wojskowe panterki i udają się na brudną robotę do Kosowa, by w poniedziałek rano znów wrócić do zwykłych miejsc pracy. Nie mają już czasu posprzątać po sobie i czynią to komanda grabarzy - tak, jak działo się w hitlerowskich obozach śmierci lub w "likwidowanych" żydowskich gettach. Zamiast pasiaków - pomarańczowe opaski. I tak samo jak wtedy niektórych zwłok się nie sprząta, bo mają pozostać na widoku - dla postrachu. Z kim NATO toczy tę wojnę? Gonzalez upomina się o jasną formułę: z katem. Zdumienie budzi więc oświadczenie - zapewne będące jakimś kompromisem - wydane ostatnio przez dożywającą swych dni SdRP, która opowiada się "za politycznym rozwiązaniem nasilającego się konfliktu". Oznaczać to może dziś jedynie "powrót do stołu rokowań" i SdRP odwołuje się w tym miejscu do inicjatywy Schrödera. Niestety, zanim jeszcze odezwały się sceptyczne głosy w NATO na temat tej inicjatywy, jednoznaczne "niet" dla niej wyraził sam Milos?ević. Bo wobec diabelskiej misji, jaką wziął na siebie serbski dyktator, wszystko inne jest nieważne. Nieważni są Albańczycy, których można zarżnąć lub przepędzić. W końcu nieważni są też sami Serbowie, których ubrał w strój pomocników kata i którzy przelaną krew bliźniego swego nosić będą do końca życia na swych rękach i jeszcze przekażą ją w spadku następnym pokoleniom. Wszystko to są ludzie-nic. I nic to nowego pod słońcem. Zaledwie powtórka z historii. Zapewne NATO popełniło błędy, nie określając zawczasu pesymistycznego scenariusza interwencji i nie pokazując wyraźnie swej determinacji. Wolno nam to głośno mówić, bo jesteśmy członkami demokratycznego sojuszu, w którym należy jasno wyrażać swe oceny. Musimy jednak strzec się, by nie zapomnieć, kto jest katem i kto ofiarą.
Więcej możesz przeczytać w 17/1999 wydaniu tygodnika e-Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0